fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rio 2016

Wioślarstwo w Rio: Złoto-brązowe wiosła

Magdalena Fularczyk-Kozłowska i Natalia Madaj – pierwsze w historii złote polskie wioślarki
PAP, Adam Warżawa
Magdalena Fularczyk-Kozłowska i Natalia Madaj mistrzyniami olimpijskimi. Jest pierwsze złoto, a także brąz kobiecej czwórki.

Relacja z Rio de Janeiro

Miały wyłowić ten medal z wód pięknej laguny w środku Rio de Janeiro. Mówiły o tym podczas ubiegłorocznych mistrzostw świata w Aiguebelette, mówiły podczas ostatnich, czerwcowych zawodów Pucharu Świata w Poznaniu, mówiły, gdy bolały plecy i czasem nie chciało się wierzyć, że będzie tak wspaniale.

Popłynęły tak jak obiecały – z sercem i bardzo mądrze. Nie za szybko, w sam raz, by przypilnować wyrywające od startu Brytyjki, nie za wolno, by nie stracić cennych centymetrów, gdy przyjdzie do finiszu.

Okoliczności tego zwycięstwa będzie się długo wspominać. Najpierw to, że święto mieliśmy przeżywać już w środę, ale wichura i deszcz kazały o dobę odłożyć radość. Dobrze, bo w czwartek okolica Lagoa Rodrigo de Freitas, jak nazywa się olimpijski obiekt, wyglądała w słońcu znacznie piękniej. Błękitna woda, wokół gęsta zieleń, góry, także dzielnice nadbrzeżne oraz Chrystus Odkupiciel patrzący z góry Corcovado również na tory wioślarskie.

Victoria Thornley i Katherine Grainger, na torze nr 2, wyrwały do przodu ostro i nie wydawały się speszone wytrwałością Polek. Rytm miały dobry, tempo mocne, tak mocne, że wkrótce obie łódki, polska i brytyjska, odjechały pozostałym osadom. Kto potrafił wtedy na chłodno ocenić sytuację, wiedział już na półmetku, że polskie srebro w zasadzie zostało wywalczone, bo Litwinki znane z dobrego finiszu, jednak nie odrobią strat, ale walka szła o znacznie więcej.

Kamery wkrótce pokazywały już tylko jeden obraz: żółty dziób łódki Brytyjek i biały Polek. Nr 2 i nr 3, tuż obok siebie. Raz jeden był trochę z przodu, raz dopływał drugi. Przewaga do odrobienia po kilku mocniejszych pociągnięciach wioseł, tylko pewności brak, kto tę moc zachowa do końca.

Thornley i Grainger raz spróbowały uciec. Kilka szarpnięć i nic, polskie dziewczyny jak przyklejone na torze obok. Taka jazda rywalek nie uspokaja, wręcz przeciwnie, zwłaszcza gdy znaki pokazują już 1500 m przebytego dystansu.

Wreszcie wyczekiwany finisz, Madaj i Fularczyk-Kozłowska przyspieszają i robią to tak, jak każą wszystkie dobre podręczniki wioślarstwa: ostatnia ćwiartka dystansu, długie pociągnięcia i biała łódka jak zaczarowana wysuwa się po kilkunastu sekundach w przód. Kontry nie będzie, Brytyjki to wiedzą, Polki też, tak samo widzowie. Wioślarstwo ma wiernych kibiców, którzy znają się na rzeczy.

Będzie Mazurek Dąbrowskiego, będą uśmiechy i łzy jednocześnie, bo tyle są warte złote medale igrzysk, wyciągnięte po profesorsku z błękitnych (kto by myślał o zanieczyszczeniach w takiej chwili) wód Lagoa Rodrigo de Freitas, tam, gdzie parę przecznic na południe jest sławna plaża Ipanema, a trochę dalej na wschód jeszcze słynniejsza Copacabana.

Dopłynęły z wielkim uśmiechem do mety, kamery pokazały jeszcze obrazek, na którym przed polską łódką wyskoczyła z wody srebrna, może złocista rybka. Za metą polskie dziewczyny po prostu zaczęły wrzeszczeć wniebogłosy i długo nie mogły przestać, bo jak cię nie cieszyć – jest pierwsze polskie złoto w Rio, jest tytuł mistrzyń olimpijskich, pierwszy w polskim wioślarstwie kobiet, jest to, o czym marzą sportowcy przez całą karierę.

– To był wyścig naszego życia. Było trudno, ale przecież tak miało być. To są igrzyska olimpijskie i słabych osad nie ma. Jednak to zrobiłyśmy, bo wierzyłyśmy do końca w zwycięstwo, choć wiało i szarpało łódką, chociaż warunki były straszne, niby takie jak dla nas, ale groźne. To jest nasz czas! To są nasze zawody. To jest nasza osada. Trafiłyśmy na siebie. Słusznie o nas mówią: dwójka kompletna – opowiadała Magdalena Fularczyk-Kozłowska.

–  Pięknie, że tak właśnie to wyglądało. Wierzyłyśmy, że rozpędzimy się podczas ostatniej pięćsetki. Magda cały czas widziała rywalki, bo siedzi z tyłu i ma szerszy kąt widzenia, ale i ja cały czas obserwowałam rufę Brytyjek. Padły nasze krótkie hasła i nie odpuściłyśmy – mówiła w drodze na dekorację, wciąż cała w emocjach, Natalia Madaj.

Magda Fularczyk-Kozłowska zna już smak sukcesu olimpijskiego, choć nieco mniejszej rangi – cztery lata temu w Londynie zdobyła z Julią Michalską, także w dwójce podwójnej, brąz igrzysk.

Z Natalią Madaj znają się jednak długo. Już w 2008 roku zdobywały wspólnie medale młodzieżowych i akademickich mistrzostw świata. Wtedy nie potrafiły jeszcze wywalczyć startu olimpijskiego w Pekinie, ale czas pokazał, że warto było poczekać. Ze starą/nową partnerką Magda Fularczyk pływa znów od 2013 roku, zaczęły się sukcesy w Pucharze Świata, przyszły dwa tytuły mistrzostw Europy i srebro mistrzostw świata.

Przed panią Magdą i panią Natalią odbyły się jeszcze dwa finały, podczas których drżały polskie serca. Najpierw płynęła męska czwórka podwójna: Mateusz Biskup, Wiktor Chabel, Dariusz Radosz i Mirosław Ziętarski, młodzi następcy (z zachowaniem wszelkich proporcji, bo to osada wciąż na dorobku) sławnych polskich „Dominatorów" sprzed lat.

Wystartowali spokojnie, przez chwilę nawet zamykali wyścig, ale taka taktyka nie była zła – powoli zbliżali się do szybszych osad, mieli siłę by finiszować i stoczyć bój z Estonią o trzecie miejsce, niestety, tym razem jeszcze przegrany. Wygrali Niemcy przed Australijczykami.

Za kilka chwil na starcie pojawiła się biało-czerwona czwórka podwójna kobiet: Maria Springwald, Joanna Leszczyńska, Agnieszka Kobus i Monika Ciaciuch. Też miały tor nr 2, ale, w odróżnieniu od kolegów, na starcie nie chciały czekać.

Po 500 m prowadziły, w połowie dystansu też. Za nimi spokojnie płynęły żelazne faworytki Niemki i niemal równie mocne Holenderki. Chętne do wyprzedzania były też rywalki z USA. Obraz z toru jednak nie kłamał, polskie dziewczyny wciąż w przodzie, prawie łódka przewagi, przez chwilę pojawiła się niepoprawna myśl, że ta ucieczka, wbrew wszystkiemu, może się udać, tym bardziej że po 1500 m Polki jeszcze jechały na pierwszym miejscu.

Niemki to jednak firma, przyspieszyły i odpowiedzi na ten atak być nie mogło. Zmęczona polska czwórka oddała też srebro Holenderkom, ale brąz pięknie obroniła.

Po złotym i brązowym medalu polskiego wioślarstwa trudno nie odetchnąć z ulgą. Igrzyska wreszcie są dla nas.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA