fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

REGIONY Fundusze unijne

Krajowy Plan Odbudowy. Samorządy straciły zaufanie do rządu

Bruksela definiuje tylko cele dla środków z Funduszu Odbudowy
AdobeStock
Pieniądze z KPO to fundusze unijne i czuwać będzie nad nimi Komisja Europejska. Mimo to lokalni włodarze i tak obawiają się, że PiS upolityczni ich podział.

Zarzuty, że Krajowy Plan Odbudowy to fundusz wyborczy PiS, są zupełnie nieuzasadnione. Wystarczy spojrzeć, jak wykorzystywane są pozostałe fundusze unijne – powtarzają przedstawiciele rządu. Ma to być argument w dyskusji o Krajowym Planie Odbudowy, w której opozycja i samorządy domagają się gwarancji, że nie dojdzie do podziału unijnego Funduszu Odbudowy według partyjnego klucza.

Rzeczywiście, jeśli chodzi o podział „zwykłego” siedmioletniego budżetu UE, w Polsce nie słychać krytyki w sprawie potencjalnych preferencji czy marginalizacji. Potwierdza to nasza analiza tego, gdzie trafiły unijne dotacje w ciągu ostatnich pięciu lat, gdy ich podziałem zajmuje się PiS. Z naszych obliczeń nie wynika, by duże miasta, które najbardziej skarżą się na wykluczenie w KPO, dostawały mniej pieniędzy niż inne jednostki samorządowe. Jeśli już, to na niską dotację per capita mogą się skarżyć mniejsze miasta.

Ważne są tu też ostatnie dwa lata od czasu, gdy PiS wygrał wybory w połowie sejmików wojewódzkich. W danych nie widać jednak, by to wydarzenie w jakiś sposób zmieniło wcześniejszy podział.

Ścisłe procedury

Skąd więc obawy samorządów? – Fundusze strukturalne to jedno, KPO to zupełnie coś innego – podkreśla Andrzej Porawski, dyrektor Związku Miast Polskich.

– Te pierwsze rzeczywiście nie wzbudzają wielu kontrowersji. Przede wszystkim dlatego, że ok. 40 proc. środków ogółem jest zarządzanych przez samorząd wojewódzki w ramach regionalnych programów operacyjnych, skąd miasta i gminy czerpią najwięcej. A samorządowcy ufają urzędom marszałkowskim, niezależnie od tego, czy na ich czele stoją politycy obozu rządzącego czy opozycyjnego – wyjaśnia.

Pozostałe 60 proc., w tym pieniądze na ważne lokalne przedsięwzięcia w zakresie ochrony środowiska czy transportu, jest dzielonych na poziomie centralnym, przez rządowe instytucje. Ale to samorządom nie przeszkadza, bo jak wyjaśnia Marek Wójcik, pełnomocnik zarządu ZMP ds. legislacji i b. wiceszef MSWiA, proces podziału środków ma ściśle określone procedury. Działają komitety monitorujące i komitety sterujące na różnych szczeblach i na różnych etapach wdrażania unijnych funduszy – od momentu ustalania kryteriów wyboru projektów po ocenę wniosków czy kontrolę realizacji i rozliczania projektów.

Polityczny podział

Taki system gwarantuje bezstronność podziału, tak by pieniądze trafiały na rzeczywiście najefektywniejsze dla założonego celu projekty. Takich procedur w KPO jednak nie ma. Komisja Europejska w rozporządzeniu wskazuje jedynie, na jakie cele ma być przeznaczony Fundusz Odbudowy. Daje także ogólne wytyczne ich wykorzystania. Szczegóły ustalają rządy państw.
To dlatego w pierwszej wersji naszego KPO w ogóle nie było żadnych komitetów monitorujących i mechanizmów kontroli, pojawiły się dopiero po interwencji samorządów.

– W KPO brakuje też jasnej wizji strategicznych celów, jakim ma służyć jego realizacja, więc rodzi się podejrzenie, że rząd będzie wybierał projekty wedle uznania. Stąd nasze obawy o upolitycznienie KPO – wylicza Wójcik.
Ale najważniejszym powodem są złe doświadczenia z podziałem krajowych funduszy publicznych, głównie z Rządowego Funduszu Inwestycji Lokalnych.

– To było czystej wody politykierstwo, samorządy straciły zaufanie do rządu, gdyby nie to, nie było tej całej „awantury” o KPO – przekonuje Porawski.

Dziesięć razy mniej

Utrata zaufania to mocne słowa, ale, niestety, z takimi opiniami zgadzają się też niezależni eksperci.

– W przypadku PiS skrzywienie w stronę „naszych” przy dzieleniu rządowych funduszy zaczęło się od Funduszu Dróg Lokalnych. W RFIL przybrało już bezprecedensową, bezpardonową formę – mówi Jarosław Flis z Fundacji im. Stefana Batorego.

Jak wynika z badań fundacji, w drugiej turze podziału 6 mld zł dotacji z RFIL (w pierwszej turze, o wartości też 6 mld zł, dzielono dotacje wedle algorytmu) do gmin i miast rządzonych przez włodarzy związanych z PiS trafiło nawet dziesięć razy więcej pieniędzy (w przeliczeniu per capita) niż do jednostek związanych z opozycją. Wśród gmin rządzonych przez PiS rządowe wsparcie ominęło tylko ok. 2 proc., wśród pozostałych – 60 proc.

– Politycy PiS są całkowicie impregnowani na wszelkie argumenty i z uporem powtarzają, że w konkursach RFIL wygrały najlepsze projekty, a że akurat były to gminy z obozu władzy, to trudno. Ale ludzie widzą czarno na białym, że podstawowe kryterium podziału pieniędzy jest proste: na naszych i nie naszych. I trudno się dziwić, że to przekłada się na obawy, jeśli chodzi o KPO – zauważa Flis.

– Dotychczas wokół funduszy unijnych panował konsensus i ponadpolityczna zgoda – zauważa Tomasz Kaczor, ekspert ds. funduszy UE z Instytutu Prevision. Jak wylicza, priorytetem było sprawne wykorzystanie tych środków na rozwój: dopracowaliśmy się kryteriów, instytucji, procedur, a Unia nie miała zastrzeżeń.

– Niestety, ostatnie lata pokazały, że nawet fundusze unijne mogą być narzędziem walki politycznej, tym bardziej że są to ogromne środki. Pokazał to przykład Węgier, gdzie wsparcie z UE zostało wykorzystane do umacniania pozycji obozu rządzącego. Okazało się, że nawet procedury mogę być fasadowe. Nie mówię, że tak będzie i w Polsce. Ale podzielam obawy samorządowców, że istnieje ryzyko upolitycznienia podziału nawet tych funduszy – mówi Kaczor.

Źródło: regiony.rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA