fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Kryzys UE: Czy Europejczycy kochają Europę?

123RF
Polska w niewielkim stopniu może przyczynić się do rozwiązania kryzysu w strefie euro – uważa politolog.

"Jeśli kochasz Europę, powinieneś przestać marzyć o rozwoju integracji, a zacząć rozwiązywać problemy". Tak ujął wyzwanie dla europejskich elit Mark Rutte, premier Holandii. Jego słowa tłumaczy sytuacja polityczna przed nadchodzącymi wyborami. W sondażach coraz częściej przewagę zyskuje partia Geerta Wildersa, zagorzałego krytyka imigracji muzułmańskiej na Stary Kontynent.

Czy Unia jest w stanie rozwiązać swoje problemy? Czy może uczynić to na tyle szybko, aby zatrzymać postępy eurosceptyków w kluczowych państwach UE? Dwa spośród problemów mają obecnie największe znaczenie: stagnacja gospodarcza w strefie euro oraz kryzys migracyjny.

Dość oszczędzania!

Pierwszy problem należałoby rozwiązać przez odejście od polityki oszczędności w kierunku redystrybucji środków finansowych z państw mających nadwyżki handlowe do tych krajów, które mają największe problemy strukturalne, bezrobocie i niskie tempo wzrostu.

Taka polityka nie podoba się podatnikom niemieckim. Wraz ze zmianami na krajowej scenie politycznej pomysły tego typu będą cieszyły się coraz mniejszą przychylnością Berlina. Inny pomysł pojawiający się w dyskusjach ekonomistów polega na ukierunkowaniu ekspansji monetarnej Europejskiego Banku Centralnego w stronę polityki fiskalnej, przede wszystkim na inwestycje infrastrukturalne w najsłabszych gospodarkach strefy euro. Również i te pomysły nie mają zgody Berlina.

Unia ma wprawdzie politykę spójności i tzw. fundusz Junckera, ale oba instrumenty dość słabo pobudzają koniunkturę w strefie euro. Dlatego elity Europy Zachodniej lansują dwa alternatywne pomysły na ożywienie gospodarki. Pierwszy to pogłębienie integracji w polityce energetycznej, która poprzez niedawne zmiany regulacyjne w stronę dekarbonizacji ma na celu wymusić inwestycje w gospodarce.

Będą to inwestycje finansowane przede wszystkim przez przedsiębiorstwa i gospodarstwa domowe, przy stosunkowo niewielkim wsparciu ze strony funduszy publicznych. A to oznacza, że im biedniejsze społeczeństwa lub słabszy dostęp firm do kredytu, tym większe koszty tej transformacji. Większe też będą koszty w przypadku tych państw, które mają niekorzystny bilans energetyczny, a więc dużą ilość energii produkowanej z węglowodorów. Skorzystają natomiast te kraje i korporacje, które dysponują odpowiednimi technologiami i będą mogły je sprzedawać do państw przechodzących transformację energetyczną.

Jest więc to polityka mogąca potencjalnie przynieść asymetryczne korzyści wzrostowi gospodarczemu w poszczególnych państwach UE. Nie gwarantuje ona, że najsłabsze państwa strefy euro odbudują własne gospodarki.

Do nogi broń

Drugim pomysłem na pobudzenie koniunktury w Europie stał się w ostatnich miesiącach rozwój polityki obronnej. Tutaj jednym z rozwiązań jest stworzenie Europejskiego Funduszu Obronnego, mającego finansować działania badawcze w sektorze zbrojeniowym i kredytujące zakupy uzbrojenia. Z tego typu wsparcia skorzystają przede wszystkim kraje mające najbardziej rozwinięty przemysł obronny. Dodatkowo ten kierunek reform wzmocnią zmiany regulacji unijnych, które będą ograniczały swobodę zakupów broni przez państwa członkowskie.

To uderzy przede wszystkim w te państwa, które mają słabsze krajowe sektory zbrojeniowe, a jednocześnie traktują je jako ważny sposób podniesienia innowacyjności własnej gospodarki. Inny problem polega na tym, że fundusz zacznie działać dopiero w nowej perspektywie budżetowej, a więc po roku 2021. Będzie dysponował dość skromnymi środkami (rocznie ok. 0,5 mld euro na badania i 5 mld na zakup broni) i w żaden sposób nie będzie ukierunkowany na wsparcie najsłabszych gospodarek unii walutowej.

W tej sytuacji strefa euro pozostanie w najbliższym okresie organizmem bardzo wrażliwym na szoki zewnętrzne, o czym świadczą kolejne kłopoty włoskich banków. Nie widać końca negocjacji dotyczących wydobycia Grecji z zapaści finansowej i gospodarczej. Strefa może być więc przyczyną wstrząsów ekonomicznych i politycznych o potencjalnie poważnych skutkach dezintegracyjnych.

Drugim problemem trapiącym Europę jest migracja. Elity europejskie przez dłuższy czas koncentrowały się na kwestii pobocznej, a mianowicie systemie relokacji azylantów w ramach UE. Do dziś wywołuje to ogromne emocje i nie zostało całkiem zapomniane, zarówno przez urzędników Komisji, jak i polityków niemieckich wspierających ten pomysł. Wspomniani aktorzy starają się przeczekać okres największych kontrowersji, choć Komisja przypomina od czasu do czasu o konieczności wykonania decyzji o relokacji 160 tys. uchodźców.

Czy uchodźców da się przeczekać?

Na ostatnim w roku 2016 szczycie Unii przywódcy państw członkowskich podkreślili potrzebę zintensyfikowania operacji morskiej „Sofia", aby wsparła ona libijską straż przybrzeżną w celu ograniczenia napływu imigrantów do Europy. Zaoferowano także migrantom przebywającym w Libii pomoc w drodze powrotnej do ich ojczyzn.

Wszystkie te działania sprowadzają się do walki z bezpośrednimi przyczynami kryzysu, a nie tylko na sposobach jego rozładowania w niektórych krajach Unii. Są one podjęte zbyt późno, a ich skuteczność jest w dalszym ciągu bardzo niewielka. Okazuje się, że kryzys należało przede wszystkim rozwiązywać, zamykając granice Unii i zniechęcając imigrantów do podróży.

Problemem Unii jest to, że nie ma spójnej polityki migracyjnej. Przynajmniej od dziesięciu lat do Europy napływa od 1,5 do 2 mln imigrantów rocznie, głównie z byłych kolonii. Unia podejmowała dotąd wybiórcze i mało udane próby regulacyjne, np. w formie niebieskiej karty mającej przyciągnąć wykwalifikowanych pracowników do UE. Państwa stosowały najczęściej rozwiązania liberalne.

W ten sposób problem stał się bombą z opóźnionym zapłonem. Teraz polityka Europy Zachodniej ulega zmianie, czego wyrazem jest zaostrzanie kryteriów przyznawania azylu w Niemczech i zmniejszanie pomocy materialnej dla azylantów. Nasilają się działania readmisyjne, w tym do Grecji, gdzie imigranci przekroczyli granicę UE.

Polska w niewielkim stopniu może przyczynić się do rozwiązania kryzysu w strefie euro. Może jedynie zawczasu przygotować się na jej dalsze kłopoty – dbając o stabilność budżetu i systemu finansowego. Jest natomiast uczestnikiem kryzysu migracyjnego i sąsiadem kraju, który właśnie zmienia swoje podejście do imigrantów.

Polski rząd uznaje, że podstawowym wyzwaniem jest ochrona granic zewnętrznych UE. Nie chce uczestniczyć w systemie relokacji i oferuje w zamian inne formy pomocy, na przykład w postaci wsparcia materialnego dla uchodźców w państwach pozaeuropejskich – oraz logistycznego, przy wzmacnianiu granic zewnętrznych UE.

Mankamentem jest to, że w Polsce nie ma aktualnej strategii dotyczącej imigracji, która odpowiadałaby na kryzys. Polska powinna określić, którzy imigranci są mile widziani, a którzy nie. Wśród tych pierwszych są ,jak się wydaje, licznie przybywający Ukraińcy, choć być może należy wprowadzić górne pułapy dla ich rocznego napływu. Polityka migracyjna powinna również odpowiadać na potrzeby rynku pracy. Polska powinna zawczasu zwrócić uwagę na problemy, które stały się udziałem wielu państw Europy Zachodniej i pozostają poważnym wyzwaniem dla integracji europejskiej.

Autor jest profesorem w Instytucie Europeistyki UW, artykuł wyraża osobiste poglądy autora, a nie instytucji, z którymi jest związany

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA