fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Szkodliwa obrona demokracji

materiały prasowe
Dwa dni przed drugą turą François Hollande straszył wojną domową, jeśli władzę we Francji przejmie Front Narodowy. Jego zdaniem partia ta kwestionuje wartości republiki. A czy z tymi wartościami zgodna jest groźba, do jakiej posunął się socjalistyczny premier? – pyta politolog.

W wyborach regionalnych we Francji partia Marine Le Pen uzyskała najwięcej – blisko 7 mln głosów w skali kraju. Był to jej największy sukces w historii. A jednak Front Narodowy nie obejmie władzy nawet w jednym regionie.

Stało się tak ze względu na dwustopniową ordynację wyborczą, ale również z powodu taktyki rządzących socjalistów. W dwóch kluczowych regionach wycofali oni swoich kandydatów z drugiej tury, co ułatwiło zwycięstwo republikanów byłego prezydenta Nicolasa Sarkozy'ego. W ten sposób obecny prezydent François Hollande i jego zaplecze, nie mając na koncie zbyt wielu własnych sukcesów, postanowili skoncentrować kampanię wyborczą na blokowaniu marszu po władzę największej partii opozycyjnej. Wszystko w obronie demokracji przed populistami.

Dwa dni przed drugą turą premier straszył wyborców wojną domową, jeśli władzę przejmie Front Narodowy. Jego zdaniem partia ta kwestionuje wartości republiki francuskiej. Tylko czy zgodna z tymi wartościami jest groźba eskalacji konfliktu wewnętrznego do takich rozmiarów?

Bez monopolu na radykalizm

Problemem partii skrajnych jest nadmierny radykalizm i brak doświadczenia. Pojawiają się więc u nich pomysły wprawdzie atrakcyjne dla wyborców, ale trudne w realizacji. Warto jednak zwrócić uwagę, że nie tylko Le Pen głosi radykalne recepty na francuskie kłopoty.

Politycy socjalistycznego rządu zablokowali niemieckie pomysły dotyczące stałego mechanizmu realokacji uchodźców w ramach UE, co do niedawna wydawało się wręcz nie do pomyślenia. To populistyczna i niedojrzała do integracji Europa Środkowa utrudniała tego typu propozycje. Przynajmniej takie komentarze formułowano wobec naszego regionu.

Z kolei Sarkozy zażądał w trakcie kampanii wyborczej zmiany podejścia do imamów, twierdząc, że gdy zdobędzie władzę, będzie ich wydalał z Francji. Stwierdził także, że wsadzi do więzienia tych francuskich obywateli, którzy walczyli po stronie Państwa Islamskiego, a także odbierze im obywatelstwo. Sarkozy nie został jednak uznany ani za populistę, ani za wroga demokracji.

Jak wrogie wojska

Z kolei problemem partii głównego nurtu jest to, że nadmiernie skupiają się na „propagandzie sukcesu" i na kontroli przekazu medialnego. Mają też skłonność do zaniedbywania problemów zwykłych obywateli, koncentrując się na interesie elit. Przejawem tego jest upodabnianie się programowe partii mainstreamu, które co prawda cyklicznie zamieniają się u sterów władzy, choć do zasadniczej zmiany polityki to nie prowadzi.

Są też niechętne wszystkim nuworyszom, którzy zamierzają przerwać ten cykl. Innym przejawem tej tendencji jest obsadzanie przez partyjne kadry wielu miejsc w administracji i gospodarce. Nowo utworzona partia hiszpańska Ciudadanos (Obywatele), choć liberalna i proeuropejska, przyrównała dotychczasowy establishment do wrogich wojsk, które okupują wszystko, „poczynając od Trybunału Konstytucyjnego, przez lokalne szpitale, a kończąc na stacjach telewizyjnych". Taki sam zarzut stawia Ruch Pięciu Gwiazd we Włoszech, który cieszy się 30-proc. poparciem w sondażach i niemal zrównał się w notowaniach z rządzącą Partią Demokratyczną Matteo Renziego.

Jeśli więc mamy kryzys współczesnej demokracji, to nie polega on tylko na rosnącym radykalizmie wszystkich stron politycznych. Jego istotą jest bunt dużej części społeczeństwa wobec dotychczasowych elit i sposobów sprawowania przez nie władzy. Jest to protest tych grup, które zostały najbardziej poszkodowane wskutek kryzysu gospodarczego. Na Front Narodowy głosują przede wszystkim ludzie młodzi szukający pracy oraz pracownicy zagrożeni redukcjami. Bogatsi i lepiej wykształceni wyborcy wspierają partie głównego nurtu.

Rozłam na stare i nowe elity pokrywa się w dużym stopniu z podziałem społecznym, a ci, którzy gardzą partią narodową, odmawiają tym samym głosu dużej części Francuzów. Właśnie dlatego taktyka mainstreamu może się okazać przeciwskuteczna. Tym razem udało się zablokować Marine Le Pen. Ale czy ta sama sztuczka uda się za półtora roku w wyborach prezydenckich? Jeśli nie poprawi się sytuacja gospodarcza i nie rozwiążą problemy imigrantów, może być to trudne. Czy wówczas partie głównego nurtu w obronie demokracji będą wzywać do buntu społecznego i paraliżu nowych władz?

Wyostrzone emocje

Jakie może mieć to konsekwencje dla integracji europejskiej? Już teraz wyostrzają się narodowe interesy i emocje klasy politycznej. Trudniej jest o współpracę między największymi państwami.

Berlin usztywnia swoje stanowisko w zakresie redystrybucji finansowej w Europie. Z kolei Francuzi wykorzystują każdą okazję, aby podkopać politykę Niemiec. Forsują na przykład europejski system gwarantowania depozytów w ramach unii bankowej wbrew stanowisku Berlina.

O ile dla procesu decyzyjnego w Unii nie ma znaczenia, czy istnieje konflikt konstytucyjny lub blokada władzy w pojedynczym, zwłaszcza mniejszym kraju europejskim, o tyle tego typu spory we Francji mogą poważnie zdestabilizować całą Europę. Wszyscy dotąd myśleli, że dojście do władzy Le Pen może wywrócić Europę do góry nogami. Okazuje się, że równie destrukcyjna może się okazać obrona demokracji przez dotychczasowy establishment.

Autor jest profesorem w Instytucie Europeistyki UW

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA