fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Nowak: Rekolekcje trybunalskie

Adwokaci witają owacją na stojąco Andrzeja Rzeplińskiego, a część nawet konserwatywnych prawników staje po stronie opozycji.
PAP
Kryzys konstytucyjny kiedyś się skończy. Ale pozostaną szkody, które uczynił w debacie publicznej. Ośmielił bowiem ignorantów z danej dziedziny do zabierania głosu w sprawie – pisze prawnik.

Spór dotyczący Trybunału Konstytucyjnego przechodzi w nową fazę. Ale można już powoli go podsumowywać. Wyrządził on bardzo dużą szkodę nie tylko systemowi prawnemu, ale też debacie publicznej. Doprowadził do obniżenia jej jakości. Kogoś może dziwić, dlaczego zawodowi prawnicy, mimo różnych poglądów politycznych, tak mocno popierają Trybunał i przy większości okazji publicznie popierają, chwalą i nagradzają oklaskami profesora Rzeplińskiego.

Wydaje się, że dwóch nieznających się prawników już przy pierwszym spotkaniu przy rozmowie o Trybunale znajdzie wspólny język. Dlaczego? Chodzi tutaj bowiem z jednej strony o sprzeciw wobec ataków na władzę sądowniczą, ale z drugiej – także o sprzeciw wobec dziesiątków żenująco słabych merytorycznie argumentów kierowanych przeciwko Trybunałowi przez jego przeciwników.

Odnoszę jednak wrażenie, że prawdziwe argumenty natury prawnej były i są przedstawiane gdzieś zupełnie na manowcach, obok głównej debaty publicznej, i rozważa je nieznaczny odsetek społeczeństwa. W głównym nurcie natomiast widoczne są jedynie stabloidyzowane ich wersje. I to jest właśnie główny problem. Przeciętny krytyk Trybunału zabierający głos w sprawie czyni zadość zasadzie „nie znam się, ale się wypowiem".

Dawno temu Stanisław Cat-Mackiewicz oczekiwał od publicystów (myśląc wtedy przede wszystkim o wileńskim „Słowie"), żeby przed zajęciem się jakąś problematyką byli tak kompetentni, aby stać się partnerami do dyskusji z profesorami z danego zakresu. I nie chodziło mu tu bynajmniej o samą pewność siebie oraz przyjęcie, że kilka godzinek czytania jakichś przepisów równoważy lata poświęcone na działalność naukową, potwierdzoną np. tytułami naukowymi.

Obserwując obecną debatę, Mackiewicz nie byłby zadowolony. Jakże często bowiem dziennikarze, publicyści stwierdzają coś w rodzaju „nie jestem prawnikiem, ale jestem polonistą/filozofem/socjologiem, i właśnie moje wykształcenie będzie optymalne do dokonywania wykładni przepisów". Zaraz potem brną dalej i uzasadniają, że polonista zna się na słowach, filozof na logice i właściwie to zupełnie mogą zastępować prawników i recenzować ich. Zapominają jednak przy tej okazji, że dalsze wywody odbywają się przy całkowitej ignorancji dla reguł prawnych i reguł dokonywania wykładni przepisów. To trochę jak zabieranie się do charakterystyki jakiegoś dzieła literackiego tylko na podstawie bryków.

Inni publicyści jeszcze bardziej idą na skróty. Deklarują: „oceniam zjawiska polityczne, to jest wszystko polityka, a sędziowie Trybunału też muszą być rozliczani". I następnie po wykorzystaniu owych słówek wytrychów, w myśl konwencji „hulaj dusza, piekła nie ma", swobodnie recenzują na Twitterze poprawność orzeczeń Trybunału.

Cóż robią owi ambitni „poloniści", „filozofowie", „specjaliści od polityki" po wywalczeniu (w swoim przekonaniu) prawa do interpretacji przepisów prawnych i orzeczeń? Ano, prostą, podstawową rzecz. Zestawiają treść jakiegoś orzeczenia z treścią wybranego przepisu, np. konstytucji. I od razu wychodzi im, że coś się zgadza lub nie zgadza. – I o co tyle krzyku? – pytają – to jasne jak słońce, nie ma żadnych wątpliwości!

A jeżeli jakiś przepis konstytucji – o dziwo – nie odnosi się wprost do danego, szczegółowego stanu faktycznego, a Trybunał wywodzi z tego jakieś inne wnioski – oburzają się. Zajmując się przy tej okazji przepisami, nasz prawny amator trochę przypomina Stanisława Palucha z „Misia", tłumaczącego kolegom, czym jest ekstradycja: „Oni muszą wam oddać samolot, rozumiecie, oni muszą!". Czyli opierają się na kilku konkretnych słowach, zamykając dalsze dyskusje.

A przecież kompleksowa wykładnia znaczenia przepisów obejmuje również inne zagadnienia. Chociażby analizę innych przepisów zbliżonych do analizowanego, weryfikację konsekwencji ustawodawcy i przyświecających mu intencji. Ale oczywiście aby to sprawdzić, nie wystarczy kilkanaście minut ani nawet kilka godzin. Trzeba byłoby przekopać się przez całą konstytucję i związane z nią orzecznictwo.

Oczywiście to jest bardzo trudne. Znacznie lepiej ekscytować się prywatną korespondencją sędziów Trybunału, przyczepić się do jednego słówka i znów powtarzać, że z tego wynika, że „oni muszą wam oddać samolot". Znacznie łatwiej rozwadniać ocenę sytuacji poprzez dodawanie, że to też polityka, a skoro tak, wszystko można oceniać inaczej. W domyśle – prościej.

Miejmy nadzieję, że kryzys konstytucyjny kiedyś się skończy. Ale znacznie gorzej będzie ze szkodami, które uczynił w debacie publicznej. Ośmielił bowiem w niespotykanym chyba dotąd stopniu ignorantów z danej dziedziny do zabierania głosu w sprawie. Potem ktoś dziwi się, że adwokaci witają owacją na stojąco profesora Rzeplińskiego, a część nawet konserwatywnych prawników staje w ramach tego sporu zdecydowanie po stronie opozycji.

Stefan Kisielewski w jednej ze swoich powieści przedstawił następującą sytuację. Uczniowie w szkole mieli rekolekcje. Część z nich ucieka na wagary. Główny bohater (alter ego autora) się buntuje. Mimo że nie jest wierzący, woli zostać na miejscu i uczestniczyć w ciekawej wymianie myśli, niż sankcjonować bezmyślność i pogardę dla wiedzy. Przed trochę podobnym dylematem stajemy, niestety, dzisiaj.

Autor jest radcą prawnym. Wykłada w Katedrze Prawa i Gospodarki Nieruchomościami Zachodniopomorskiego Uniwersytetu Technologicznego w Szczecinie

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA