Publicystyka

Perły mądrości dla prawicy

Krzysztof Kłopotowski
Fotorzepa, Krzysztof Skłodowski
PiS powinien się porozumieć z liberalnym środowiskiem twórczym. Współczesny świat niesie bowiem, zwłaszcza na polu kultury, wyzwania, których nie można zostawiać lewicy – pisze publicysta.

Watahy barbarzyńców stoją u bram Zachodu. Wcześniej przybyłe są już z nami w środku, gdy rodzimi barbarzyńcy kręcą się przy wewnętrznej robocie rozkładowej.

Czyż Polska ma zamknąć się w Okopach Świętej Trójcy? Niczego nie należy przesądzać. Na przykład, że papiestwo zostanie w Rzymie. Może będzie musiało przenieść się do Krakowa? Czy mamy tworzyć katolickie państwo narodu polskiego, rozluźniając więzi ze zmurszałą Europą Zachodnią? Według założenia Zachód ulegnie islamowi, a my oprzemy się o chrześcijaństwo. Nawet dla ateistów lepsze to niż szariat, który ścina im głowy.

Ta tragiczna wizja wydaje się szalona. A jest niewykluczona, chociaż niepożądana. Próbujmy ocalić sobie tyle wolności, ile można w tych trudnych warunkach.

Ile geja w Bondzie

Rękę na pulsie czasów zawsze trzymało kino. Dziwna zbieżność wątków w filmach właśnie na ekranach odsłania nam wycinek krajobrazu przed bitwą o przyszłość Zachodu. To „Sufrażystka" i „Spectre", czyli nowy Bond. W pierwszym filmie aktor Ben Whishaw gra męża sufrażystki – stoi na straży tradycyjnego podziału ról seksualnych: kobiety podlegają mężczyznom prawnie w życiu prywatnym i politycznie w życiu publicznym. Tenże aktor gra „Q", asystenta Bonda, który jest specem od informatyki.

Prywatnie Whishaw od trzech lat żyje w związku partnerskim z kompozytorem Markiem Bradshawem. Wprawdzie „Q" oznacza po angielsku inicjał tytułu Kwatermistrza, ale zgodnie z duchem czasu obecnie może odnosić się do terminu „queer". Problematyka homoseksualna w świecie akademickim Zachodu nazywa się „queer studies". Whishaw jako aktor, a prywatnie jako życiowy partner Bradshawa, znalazł się na pierwszej linii frontu w walce o wyzwolenie płci sto lat temu i teraz. Jak do tego doszło?

Kobiety mogły się zbuntować przeciw panowaniu mężczyzn, ponieważ rewolucja przemysłowa stworzyła im miejsca pracy. Zarabiając pieniądze, zamiast być „przy mężu", mogły usamodzielnić się prywatnie, a następnie politycznie. Ruch sufrażystek powstał w „wieku pary i elektryczności". Był to pomysł idealistek z wyższego towarzystwa. Bez rewolucji przemysłowej idea wyzwolenia kobiet nie zdobyłaby szerokiej podstawy społecznej.

Co zaczęło się od mechanicznego wrzeciona i maszyny parowej, zaprowadziło do seksu. Ruch wyzwolenia gejów, nadając sobie taką nazwę, podkreślał, że jest tylko kolejnym etapem walki o zmianę ról erotycznych po emancypacji kobiet, której nikt na Zachodzie już nie kwestionuje.

A przecież niegdyś bano się, że emancypantki zdestabilizują rodzinę. Kobiety są rzekomo niezrównoważone psychicznie i zbyt uczuciowe, nie dojrzały więc do praw wyborczych. Obrażałyby mężczyzn niezależnością i – o zgrozo – mogłyby mężczyznami rządzić. Dziś jednak nikogo już nie gorszą Margaret Thatcher, Angela Merkel, Ewa Kopacz, Beata Szydło. Gorszą geje.

Myślicie, że homoseksualizm jest najwyższym stadium ideologicznego imperializmu lewicy? Bardziej zaborczy jest biseksualizm. Oto skala Kinseya dotycząca popędu seksualnego: „0" tylko hetero i „6" wyłącznie homo, a pomiędzy jest cały wachlarz postaw. Skądinąd Kinsey był oszustem. Zawyżył udział homoseksualistów w społeczeństwie, ale skala wyraża tylko natężenie popędu u danej jednostki, który ujawnia się lub nie, zależnie od sytuacji.

Daniel Craig grający supermęskiego Bonda wszedł do kultury rolą kochanka Francisa Bacona w filmie „Miłość jest diabłem". Grał prostego heteryka, który przyszedł okraść wielkiego malarza, ale się w nim zakochał i odrzucony popełnił samobójstwo. To autentyczny przykład, jak sytuacja ujawnia tłumiony popęd. Pogarda dla gejów temu zapobiega, aby chronić reprodukcję. Czy jest potrzebna, gdy coraz bardziej zastępują nas maszyny? W polskiej debacie obyczajowej odgrywa się teatr zgorszenia zamiast odpowiedzi na pytanie: czym zająć ludzi zbędnych w gospodarce?

Tęcza tolerancji

Wskutek postępu technicznego zmienił się popyt na mężczyzn. Wyraża to postać „Q" z Bonda. Nie potrzebuje siły mięśni ani twardej pewności siebie wobec wroga. Potrzeba mu za to inteligencji i giętkiej wyobraźni. A komu zależy na tradycyjnej obyczajowości, ten musi ochronić starą gospodarkę: górnictwo, przemysł ciężki (im bardziej zacofany, tym lepiej) oraz rolnictwo niezmechanizowane. Jednak dominacja nad światem i największe zyski łączą się z postępem informatyki. Im bardziej będziemy przenosić się w rzeczywistość wirtualną, tym łatwiej przybierać rozmaite role, także erotyczne.

Tęcza na pl. Zbawiciela w Warszawie mogła stać się symbolem Unii Europejskiej, bo została zamówiona z okazji polskiej prezydencji w Radzie UE i ustawiona przed siedzibą Parlamentu Unii w Brukseli. Jako znak wielokulturowości została przyjęta przez ruch gejowski. Po przeniesieniu jej do Warszawy ten wieloznaczny symbol fanatycy uznali za promocję homoseksualnej deprawacji, podczas gdy liberalna lewica za symbol wolności.

Hanna Gronkiewicz-Waltz zdemontowała tęczę, by poprawić opinię o PO wśród prawicowych wyborców, chociaż wcześniej zawzięcie broniła instalacji przed radykałami. Należało iść tropem, który prezydent Warszawy sama wskazała: to znak pokoju, według Biblii zesłany przez Boga rodzajowi ludzkiemu po potopie. Ale wyśmiali ją zacietrzewieni ludzie na prawicy.

Myślę, że w uzgodnieniu z autorką Julitą Wójcik można było umieścić na pl. Zbawiciela pary zwierząt ocalone przez Noego, by włączyć tęczę w tradycję judeochrześcijańską. Wrosła w pejzaż stolicy Polski. Trafiła też do światowych gazet jako symbol naszej tolerancji. Życzliwy reportaż z Warszawy „The New York Times" ozdobił jej zdjęciem. A doprawdy nie mamy za granicą za dużo dobrej prasy.

Tęczę, zamiast demontować, lepiej było ochrzcić, żeby gejów zbawiać na wezwanie patrona świątyni. Wszak „przestawał z celnikami", najgorszym wówczas elementem społecznym. A półkolistym kształtem dobrze pasowała do kolistego placu. Warszawa straciła symbol. Mógł łączyć chrześcijan, Żydów, gejów i polskich „prawdziwych Europejczyków". Przepadła okazja ugody wokół znaku biblijnego. A przecież tak różnorodny jest dzisiaj świat, że warto się uczyć, jak mamy nawzajem się znosić.

Być gejem to grzech w chrześcijaństwie, lecz niekoniecznie w chrześcijańskiej gnozie, w której chodzi o samozbawienie człowieka, także przez grzech wszelaki, żeby poznać swoje własne zło. Także w Talmudzie znajduje się myśl, że „człowiek, który nigdy nie zgrzeszył, nie stoi tam, gdzie skruszony grzesznik, gdyż człowiek prawy znajduje się niżej od grzesznika". Zadaniem człowieka w świecie jest rozwój świadomości.

Kościół zniszczył gnozę w II i III wieku po Chrystusie, ponieważ była za trudna dla wiernych. Pisma spalił, ocalało niewiele z tej myśli, i to głównie w polemikach kanonicznych autorów. Dopiero w latach 40. XX wieku odkryto zbiór ewangelii gnostyckich w Nag Hammadi w Egipcie. Wyłonił się z nich całkiem inny obraz nauczania Jezusa. W samą porę, by odnowić słabnące chrześcijaństwo, jeśli skorzystamy z szansy. Sławne słowa „Królestwo Boże w nas" oznaczają stan naszego umysłu tu i teraz, a nie zewnętrzną przestrzeń, gdzie dobrzy ludzie wędrują po śmierci.

Wersję gnozy dla współczesnego człowieka wypracował Carl Gustav Jung mający duże wzięcie wśród artystów współczesnych, jak Federico Fellini, Krystian Lupa i inni. Napisał esej „Próba psychologicznej interpretacji dogmatu o Trójcy Świętej", gdzie wprowadza do boskiego obrazu postać Złego, żeby powstała Czwórca. Tak uzyskuje symbol pełni psychicznej. To bluźnierstwo, ale rozwiązuje problem zła; jest składnikiem wszechmocnego Boga oprócz miłości. Myśl warta rozważenia po horrorach XX wieku. Czy to Szatan namówił Najwyższego na Auschwitz i Gułag?

Nic dziwnego, że Jung fascynuje artystów, bo w dzisiejszych czasach muszą zgłębiać głównie ludzki mrok. Największym skarbem w jego dorobku jest psychologiczne ujmowanie dogmatów wiary. Pozwala to agnostykom traktować chrześcijaństwo z powagą i szacunkiem, jako głęboką wiedzę o człowieku. Daje wspólny język wierzącym i niewierzącym, choć obie strony nieco inaczej rozumieją pojęcia. Agnostyków przekonuje do poparcia Kościoła wobec rozkładu społecznego.

Jeśli mamy razem pracować dla katolickiej Polski w zagrożonej islamem Europie, Jung nam to ułatwia. Na przykład zachwyca się dogmatem Piusa XII o wniebowzięciu Matki Boskiej w ciele, ogłoszonym w roku 1950. Dla prostego materialisty jest to obraza rozumu. Głosi wprowadzenie materii ciała do niematerialnej sfery nieba. Ale przypomina o dwoistej formie światła: falowej i cząsteczkowej, oraz równoważności masy i energii. Natomiast agnostyk jungista dojrzy tu wyniesienie kobiety do boskiej pozycji, czyli najwyższej w bycie. Czyżby Kościół zapowiedział feminizm? Czy raczej pragnął zapobiec nadużyciom wyzwolenia kobiet przez apoteozę niewiasty pokornej?

Kaczyński kontra Kant

Obcowanie z myślą Junga ułatwi nam wypracowanie własnego podejścia do wielu problemów obecnego świata. Zamiast naśladować Zachód, możemy wybijać się na niezależność. W pewnych warunkach może to sprawić odzyskanie wiary. Tylko nie można liczyć na masowe „nawrócenia" artystów. Możliwa jest współpraca z katolikami na gruncie chrześcijaństwa jako formy kultury. Gnoza nie nadaje się dla każdego Polaka czy nawet każdego polskiego inteligenta. Ale mądra władza dojrzy jej potencjał i poprze próby jej wcielania w życie w wąskich środowiskach.

Jarosław Kaczyński w swoim wystąpieniu w Sejmie skrytykował liberalną podstawę filozoficzną Platformy Obywatelskiej. Oświadczył: sądzić, że nie ma prawdy, a są tylko różne narracje, stanowi błąd, który PiS odrzuca, bo inaczej nie ma uczciwej polityki, tylko jest manipulacja. Czyli partia Jarosława Kaczyńskiego i jej rząd poznały prawdę o istocie rzeczywistości. To jest niebezpieczne uroszczenie – i w dodatku wątpliwe. Immanuel Kant już ponad 200 lat temu rozróżnił „rzeczy same w sobie" i zjawiska. Pierwsze są niepoznawalne, drugie poznawalne. Ale zjawiska różnie się jawią, co zależy od punktu widzenia osoby.

Inaczej postrzega mężczyznę kobieta kochana, inaczej zdradzona, a inaczej jego pracodawca. Niemcy widzą co innego w Polakach niż my. Na przykład naród nieszczęsny, a my widzimy w sobie „naród, który wydał papieża". Mnóstwo Polaków widzi w Niemcach byłych oprawców, a nie ma pojęcia, jak wielką wytworzyli kulturę. To wszystko są różne „narracje". Co nam nie odbiera możliwości walki o swoje interesy w wypadku konfliktu, gdy taka nasza wola.

Politycy wiedzą, że relatywizacja moralności i prawdy oraz dostrzeganie tego, że rzeczywistość jest pozorna, nie nadają się na hasła dla wyborców PiS, więc używają złudnej „substancjalności" rzeczy do walki o władzę: bóg to Bóg, honor to Honor, ojczyzna to Ojczyzna – jakby to były byty absolutne, niebudzące wątpliwości wśród ludzi sceptycznych.

Czemu zatem niżej podpisany autor relatywista popiera PiS? Gdyż w najbliższych latach złodziejstwo trzeba ścigać, korupcję wyplenić, rodzinę wzmacniać, polską rację stanu chronić, obcą agenturę wykorzenić, winnych tragedii smoleńskiej ukarać i kulturę narodową rozwijać – aby stać się gospodarzem w swoim wysprzątanym domu. „Tylko pod PiS, tylko pod tym znakiem, Polska jest Polską, a Polak Polakiem!".

Ale to hasło niepokoi nawet autora. Lepiej bierzmy więc przykład z jagiellońskich panów polskich. Byli tolerancyjni, gdyż pewni siebie. Brali z dorobku Zachodu tylko to, co pasowało do ich wizji państwa. Również bądźmy wybredni twórczo. Poluzujmy wodze wyobraźni, bo zbliża się świat inny niż znany do tej pory.

Oto perły mądrości dla PiS na te czasy: po pierwsze, projektować katolickie państwo narodu polskiego na wypadek rozkładu Europy pod naciskiem islamu. Po drugie,chronić wolność myśli i obyczaju dopóty, dopóki będzie można. Po trzecie, pogodzić się z gejami, jak nasi dziadowie z emancypantkami. Po czwarte, uznać gnostycyzm za formę chrześcijaństwa dla sceptyków i popierać go w kulturze obok form tradycyjnych. Po piąte, odrzucić uroszczenie do posiadania prawdy o istocie rzeczy, gdy inni mają swoje prawdy.

Proponuję płaszczyznę porozumienia z liberalnym środowiskiem twórczym. Gospodarze we własnym kraju nie mogą zostawić lewicy swobodnej refleksji nad adaptacją do współczesnego świata.

Autor jest publicystą, krytykiem filmowym związanym z TV Republika

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL