fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Samorządowe bajki Platformy

Przewodniczący Platformy Obywatelskiej Grzegorz Schetyna
Fotorzepa, Jerzy Dudek j
Propozycje PO przed wyborami lokalnymi mają jedną wspólną wadę. Do ich wprowadzenia wymagane byłyby zmiany ustrojowe, które może przeprowadzić jedynie większość parlamentarna. Tę zaś partia dwa lata temu utraciła – pisze publicysta z ruchu Bezpartyjni Samorządowcy.

Niedawna konwencja Platformy Obywatelskiej miała być nowym otwarciem głównej partii opozycji. PO zadeklarowała początek długiego marszu, który ma się skończyć zwycięskimi wyborami parlamentarnymi, potwierdzonymi późniejszą wygraną w wyborach prezydenckich. Warto więc przeanalizować pierwszy krok – w stronę wyborów samorządowych. Ten pokazuje bowiem zawsze i kierunek, i styl marszu.

Podczas konwencji padły długo oczekiwane słowa o zjednoczeniu opozycji, jednak lider nie wymienił żadnych partii, tylko KOD, czarne marsze, a więc „środowiska". Zwolennicy zjednoczenia będą więc musieli poczekać.

Platforma pragnie wyjść ze ślepego zaułka, w który sama się wpędziła deklaracją o „totalnej opozycji". Widocznie z badań wyszło, że ta totalnie negująca postawa – choć ekscytuje twardy elektorat i pozwala królować w konkurencji „kto bardziej dowali PiS-owi" – nie daje na dłuższą metę szans na wyjście z narożnika. Po prostu taka postawa nie poszerza elektoratu PO. Mamy więc zmianę – od konwencji Platforma to nie lider „totalnej opozycji", ale autor „totalnej propozycji".

Decentralizacja poprzez centralizację

Analiza programu PO wydaje się zajęciem mało praktycznym, gdyż plemienność naszej polityki i plebiscytowy charakter wyborów samorządowych nie zachęcają zwolenników którejkolwiek ze stron wojny polsko-polskiej do lektury programów. Plemiona i tak wiedzą, na kogo zagłosują. Gra toczy się jednak o elektorat migrujący, bo ten przechyla wagę na stronę zwycięzcy. Dlatego analiza programowa ma sens, bo pokazuje kierunki myślenia o kraju i narzędzia, jakich PO chce użyć do osiągnięcia zwycięstwa wśród „miękkiego elektoratu". Jaka jest więc „totalna propozycja" dla samorządu?

Główną refleksją autorów programu było – jak to zwykle bywa w strategiach marketingowych – wyraziste odróżnienie się od konkurenta. Ponieważ formacja rządząca jest oskarżana (często jak najsłuszniej) o ciągoty centralizacyjne i rozszerzanie kompetencji państwa, to strategia PO idzie właśnie w kierunku mającym (w sferze werbalnej) wykazać zamiary decentralizacyjne i obywatelskie. Nie brak w programie zabawnych lapsusów w tym względzie, gdzie np. przykładem DECENTRALIZACJI w obszarze działań społecznych jest CENTRALIZACJA instytucji różnych szczebli w jedno ciało odpowiedzialne za ten obszar.

Postulat likwidacji urzędów wojewódzkich dowodzi z kolei albo niskiej oceny percepcji odbiorców takiej propozycji, albo słabej orientacji Platformy w sposobie działania państwa. Likwidacja urzędów wojewódzkich wymagałaby bowiem nowelizacji kilkuset ustaw i kilku tysięcy rozporządzeń, gdzie ten szczebel władzy wymieniany jest jako ważny element funkcjonowania ładu ustrojowego. Pomijając już kwestię zasadniczą, czyli to, że ta propozycja de facto likwiduje obecność państwa w regionach, co jest propozycją dość egzotyczną.

Diabeł dzwoni na mszę

Zacznijmy jednak od tego, kto ma być odbiorcą nowego programu. Pierwsza grupa to obywatele w perspektywie ich małych ojczyzn. Czegóż tu dla nich nie ma – same wspaniałe rzeczy, żeby wymienić tylko referenda gminne, dogodniejsze godziny pracy urzędów, partnerstwo publiczno-prywatne w mieszkalnictwie, walkę ze smogiem, obniżenie cen biletów w komunikacji, wprowadzenie rad seniorów, stypendiów, przetwórstwa na wsi, produktów lokalnych i Karty Młodego Przedsiębiorcy. Problem w tym, że każdy z przyszłych wyborców może spytać – czemu tych propozycji Platforma dotąd nie wprowadziła? PO bowiem rządzi w samorządzie (na strategicznym poziomie wojewódzkim, bo na poziomie gminnym rządzą w Polsce samorządy bezpartyjne) od dziesięciu lat. Ma za sobą nawet dwa lata nieskrępowanej hegemonii w samorządzie za rządów PiS.

Drugą grupą odbiorców programu mają być samorządowcy. Przed konwencją słychać było wiele deklaracji, jak to PO wspiera tych niezależnych w ich trudzie codziennej pracy u podstaw. „Chcemy zachować wolność samorządów, aby nie podlegały one rygorom partii politycznych", stwierdziła w Krośnie przed łódzką konwencją posłanka Małgorzata Kidawa-Błońska. Warto to przeczytać powoli – PO namawia do głosowania na siebie (partię), by pomóc zachować wolność bezpartyjnym samorządowcom. Ale ci wiedzą od dziesięciu lat, jak wygląda ich przeczołgiwanie przez platformerskich marszałków województw, którzy dzielą środki na infrastrukturę i rozwój. Diabeł się w ornat przebrał i ogonem na mszę dzwoni.

Taktyka wobec niezależnych samorządowców ze strony PO zmienia się przed tymi wyborami jedynie z powodu wzrostu ich znaczenia i możliwej roli koniecznego być może koalicjanta. Dziś jest to buta władzy na poziomie wojewódzkim, przed wyborami zaś szantaż: pójdźcie z nami (a najlepiej – do nas), bo jak nie, to będziemy wam to pamiętać, bo i tak wygramy. Tak wygląda w realu deklaracja o „niepodleganiu rygorom partyjnym".

Szczegóły programowych propozycji PO dla samorządowców mają jedną wspólną wadę. Do ich wprowadzenia wymagane byłyby zmiany ustrojowe, a więc takie, które może przeprowadzić jedynie większość parlamentarna. Tę zaś Platforma dwa lata temu utraciła. Propozycje te są więc bajkami z mchu i paproci dla samorządowców, którzy przecież jak na dłoni widzą kuriozalność tych postulatów. Obrażają więc one ich inteligencję, bo żadnej z tych propozycji nie da się wprowadzić nawet jak PO wybory lokalne wygra. Pomijając już ich sensowność.

Rzeczywisty cel programu

Jako się rzekło, pierwszy krok długiego marszu pokazuje kierunek i styl. Wynika z niego, że państwo podrożeje i to znacznie. Mgliście można się domyśleć z programu, że PO sfinansuje swoje obiecane samorządom środki z postulowanego pozostawienia szczeblowi lokalnemu dochodów z podatków CIT i PIT. Ale tych pieniędzy zabraknie z kolei w kasie państwowej. Można – i trzeba – mieć nadzieję, że samorządy wydałyby te pieniądze sensowniej niż centrala, ale na pewno nie zaspokoją one wzrostu wydatków spowodowanych zwiększeniem wydatków postulowanych przez PO w programie. Są to więc w rzeczywistości żądania populistyczne i Platforma liczy po cichu, że nigdy ich nie będzie musiała wprowadzić w życie. Chodzi o to, by wyborcy pamiętali, że chciała. I tę pamięć (nie dobro samorządu) PO będzie chciała zdyskontować w „prawdziwych" wyborach – parlamentarnych.

W programie Platformy przebija słabość merytoryczna, hipokryzja w stosunku do odbiorców programu, instrumentalne traktowanie wyborów samorządowych i słabo skrywana jedyna dominanta – antypisizm. To może wystarczy do utrzymania pozycji lidera wśród opozycji, ale może nie wystarczyć do zwycięstwa w elekcji lokalnej. Tę bowiem od początku wygrywają niezależne, bezpartyjne komitety mieszkańców małych ojczyzn. Z programu PO nie wynika, dlaczego akurat w tych wyborach miałoby się to zmienić.

Wymarzony rywal

Po słabej konwencji szef Platformy dostał prezent od losu. Propozycje zmian w ordynacji autorstwa PiS, ogłoszone po konwencji PO, były miłą niespodzianką dla Grzegorza Schetyny, który nie zaproponował nic samorządowi. Po likwidacji jednomandatowych okręgów wyborczych i zmniejszeniu okręgów wyborczych na placu boju mają pozostać tylko dwaj gracze – PiS i blok „totalnej opozycji", co jest taktycznie na rękę PO w walce o przywództwo w antypisowskiej krucjacie.

Strategicznie – widać Jarosławowi Kaczyńskiemu Schetyna jako jedyny rywal pasuje jak nikt.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA