fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Kłamstwa rewolucji bolszewickiej

Dla Władimira Putina bolszewicy do spółki z ich przeciwnikami spod flagi carskiej Rosji ucieleśniają monolityczną wspólnotę broniącą się przed dekadencją Zachodu.
AFP
Lenin był ogarnięty obsesją przemocy. Zatroszczył się o to, by wiek XX zabarwił się czernią grozy i czerwienią wytoczonej krwi – pisze historyk.

Neurony piramidowe u Lenina były silniej rozwinięte, łączące je włókna liczniejsze, a komórki większe niż u zwykłego śmiertelnika – taką diagnozę postawił berliński neurolog, profesor Oskar Vogt, który krótko po śmierci przywódcy pierwszego państwa komunistycznego badał jego mózg. Ku radości sierot po Leninie w raporcie końcowym uczony napisał, że „aparat myślowy Lenina był mózgiem atlety". Na takie dictum radziecka tuba propagandowa nr 1, dziennik „Prawda", obwieściła: „Profesor Vogt wniósł znaczny wkład do materialistycznego poznania ludzkiej psyche". Wdzięczność Rosjan nie miała granic, skoro nauka radziecka z neurologicznym wyzwaniem poradzić sobie nie mogła.

Jurij Annenkow, artysta rysownik, który jako pierwszy po śmierci zawodowego rewolucjonisty oglądał jego mózg w słoiku z formaliną, oświadczył, że „jedna jego część zachowała się znakomicie, druga jednak skurczyła się i zapadła w sobie, do wielkości orzeszka laskowego". Z opresji naukę radziecką wyciągnął profesor Vogt, naukowa sława w zakresie badań nad ludzkim mózgiem. Wraz ze swoim zespołem i aparaturą ważącą kilkaset kilogramów przyjechał do Moskwy. Mózg Lenina pokroił w plasterki i rozczłonkował na 30 tysięcy kawałeczków. Niektóre z nich do wielkości 20 mikrometrów (0,02 mm). Każdy został pod mikroskopem obejrzany, fachowo opisany, a co dziesiąty jego plaster pomalowany. Rosja nie skąpiła środków na morfologiczną eksplorację centralnego organu twórcy jej państwowości. Jej kolejny tyran Stalin sprezentował niemieckiemu neurologowi instytut ulokowany we wspaniałym pałacu tuż przy placu Czerwonym. Dzięki temu badania posuwały się śmiało naprzód, aż do finalnej publikacji Vogta w 1936 roku. Ale nie figuruje ona w dorobku naukowym badacza. Objęta cenzurą nie ujrzała światła dziennego.

Październikowy fake news

Tezy uczonego z Berlina, którymi wystawił Leninowi morfologiczny łuk triumfalny, nie oparły się postępowi wiedzy. Na „podstawie ekstremalnej miażdżycy w naczyniach krwionośnych i rozmiękczenia lewej części mózgu" współcześnie naukowcy wyciągnęli wniosek o chorobie dziedzicznej, która zabiła wodza rewolucji. Jak wiadomo, zmarł on po czwartym wylewie, tak jak jego ojciec i w tym samym co on wieku. Już pierwszy wylew spowodował paraliż, który odebrał mu mowę i funkcje poznawcze (co z resztą Stalin skomentował krótko i zwięźle: „Lenin zdechł").

Jak rewelacje Vogta o „komórkach gigantycznych rozmiarów w płatach czołowym, ciemieniowym, skroniowym i potylicznym" okazały się fantasmagorią niemieckiego neurologa, tak i sama „wielka rewolucja październikowa" sprowadziła się do jednego fake newsa. Spektakularnego ataku robotniczych mas z Leninem na czele na dawny pałac carów i siedzibę Tymczasowego Rządu, nigdy bowiem nie było. Zaistniał on jedynie w filmie legendarnego reżysera, Siergieja Eisensteina „Pancernik Potiomkin". Wprzęgnięty do machiny propagandy obraz filmowy skutecznie utrwalał fałszywy przebieg wydarzeń. W paradygmacie dzisiejszej postprawdy legitymizował przejęcie władzy przez bolszewików. W rzeczywistości 7 listopada 1917 roku w Piotrogrodzie pod osłoną nocy rozegrał się najzwyklejszy pucz, przygotowany przez sprawnego organizatora Lwa Trockiego, którego mieszkańcy miasta nawet nie zauważyli. Kilkuset bolszewików wdarło się do pałacu. Wybito zaledwie kilka szyb w oknach. Największe straty miały miejsce w piwnicy, w której zdobywcy w porywie gniewu potłukli leżakujące ponadstuletnie butelki wina i koniaku. Zaskoczeni szturmem na pałac ministrowie poddali się napastnikom potulnie jak baranki. Rzeczywista słabość rządu i jego niepopularność wynikała z kontynuowania rujnującej kraj wojny, przy beznadziejnym militarnym położeniu.

Poza determinizmem

Kolejne kłamstwo rewolucji bolszewickiej 1917 roku dotyczy rzekomej nieuchronności dziejowego zastąpienia wstrętnego kapitalizmu zbawczym komunizmem, co w naukowy dogmat o materializmie dialektycznym ubrał Lenin, ten ponury superdziałacz i mówca wiecowy, żyjący rewolucją przez 24 godziny na dobę, który w tym celu wyrzekł się wszystkiego, co lubił: jazdy na łyżwach, studiowania łaciny, szachów, a nawet muzyki. Ta konieczność dziejowa miała być machiną sprawczą wyższego rzędu, decydującą o braku alternatywy dla wystąpienia robotniczych mas. Z rewolucją proletariatu jako najważniejszym krokiem, nadającym sens i cel biegowi dziejów ludzkości. W rzeczywistości mit, uzasadniający późniejszy terror o niespotykanej w dziejach ludzkości skali. Bo w istocie Lenin przejął pogląd francuskich blankistów, że rewolucje nie wybuchają za sprawą nieubłaganie toczącego się koła historii, lecz na drodze spiskowej przeprowadza je elita kierowana przez lidera, którą to rolę zarezerwował dla siebie. Później elita, czyli partia, przymusowo wprowadza dyktaturę proletariatu. Prowadzi ona niemal za rączkę nieuświadomione masy robotniczo-chłopskie ku ich świetlanej przyszłości, przetrącając ręce i głowę każdemu, kto stanie na drodze obiektywnego biegu dziejów.

Bo czy rzeczywiście w 1917 roku nie było alternatywy dla dyktatury proletariatu i terroru? Wycieńczona wojną, przeorana po rewolucji lutowej, która obaliła cara, republika rosyjska przypominała sypiący się domek z kart. Liberalno-demokratyczny rząd premiera Kiereńskiego nie potrafił podołać żadnemu z palących problemów: ani zakończyć wojny, ani nadać autonomii nierosyjskim narodom, a już szczególnie Finom, Ukraińcom i Kozakom, ani też przyznać ziemi chłopom. I przede wszystkim łudził się, że zdemoralizowane wojną rosyjskie społeczeństwo z wdzięcznością przyjmie ofiarowane mu demokratyczne swobody. 15 milionów chłopów, trzon narodu, miało je w głębokim poważaniu, pragnąc jedynie dwóch rzeczy: zakończenia wojny i własnego gruntu.

Przejęcie władzy przez bolszewików w ramach walki klas, wbrew temu, co perorował Lenin, nie podlegało żelaznym prawidłom historii. Doszło do niego, gdyż polityczna konkurencja bolszewików, wszyscy ci mniej lub bardziej radykalni lewicowcy, ochoczo skakali sobie do gardeł i nie potrafili przedstawić rozsądnej alternatywy. Tymczasem bolszewicy szli do władzy po trupach. Dyskontowali radykalizujące się aspiracje mas, którym żadna władza nie mogła się przeciwstawić. Dlatego nie było innego wyboru, jak tylko zakończyć wojnę, nawet wtedy, gdy pociągało to za sobą separatystyczny pokój z Niemcami na haniebnych warunkach. Dla bolszewików było to istne przekleństwo. Ale też z tego samego powodu Lenin przeprowadził reformę rolną, oddającą grunty ziemskie chłopom, czym zanegował marksistowski dogmat o kolektywnym nimi zarządzaniu. Nawet w fabrykach, gdzie wpływy bolszewików były silne, powszechne żądanie bezpośredniej kontroli robotniczej przekraczało granice, którą partia uważała za możliwą do pogodzenia z uzdrowieniem gospodarki.

Zachodnioeuropejski wirus

Oficjalna wiara w determinizm dziejowy czyniła z bolszewików ludzi odpornych na doświadczenie rzeczywistości, rzecz charakterystyczna dla ludzi pozbawionych innej religii. Bo właśnie wyrugowanie przez „wielką czwórkę" myślicieli niemieckich – najistotniejszych dla klimatu intelektualnego początku XX wieku – wiary w Boga, owego impulsu napędzającego jednostki i masy, urosło do rangi głosu nowych czasów. Marks opisywał świat, w którym to stosunki ekonomiczne są sprężyną napędową ludzkości. Freud dostrzegł ją w popędzie seksualnym, zaś Nietzsche w „woli mocy". Einstein, dowodząc, że czas absolutny nie istnieje, a czasoprzestrzeń jest zakrzywiona, zdjął wirujący glob z dotychczasowej osi i jakby porzucił we wszechświecie, czym zdetronizował absolut z wyznaczonego mu wcześniej miejsca.

Publiczna reakcja na te teorie dowiodła, że geniusz czystej nauki wywiera na ludzkość większy wpływ niż politycy. Bo oto u progu lat 20. XX wieku zaczęły się rozpowszechniać poglądy o nadejściu kresu wszelkich absolutów: czasu, przestrzeni, dobra, zła, wiedzy, a w końcu wartości. Teorie Marksa i Freuda, odsłaniające pod powłoką rzeczy istnienie ukrytych sił, podważały poczucie odpowiedzialności jednostki i trwałości zasad moralnych. Pod wpływem idei desynchronizacji czasu Einsteina oraz seksualnego gnostycyzmu Freuda nowa literatura dwudziestowieczna zmiatała z powierzchni ziemi cały literacki dorobek XIX wieku. Autorzy „Ulissesa" oraz „W poszukiwaniu straconego czasu" obwieszczali narodziny nowego antybohatera, a zarazem koniec romantycznego indywidualnego heroizmu, i okazywali wzgardę dla werdyktów i zakazów moralnych. Wizja Einsteina, relatywizująca uznane wartości, otwierając przestrzeń dla przemocy, potwierdzała się empirycznie w afrykańskiej Faszodzie, gdzie w kolonialnym konflikcie brutalnie starły się Anglia i Francja. Do jeszcze bardziej gwałtownego konfliktu doszło podczas tłumienia powstania holenderskich Burów, broniących się na południu afrykańskiego kontynentu przed wcieleniem do Imperium Brytyjskiego (1899–1902), gdy brytyjskie wojska kolonialne posiadłości osadników puściły z dymem, a kobiety i dzieci pozamykały w obozach koncentracyjnych, za drutem kolczastym.

Triumf przemocy

Przemoc zatriumfowała także podczas uśmierzenia powstania Herero przez niemieckie cesarstwo Hohenzollernów (1904–1908), a karna ekspedycja kajzera wysłana do Niemieckiej Afryki Południowo-Zachodniej (dzisiejszej Namibii) wyrżnęły w pień prawie 100 tys. Afrykańczyków z plemienia Herrero i 10 tys. z plemienia Namów. W końcu przemoc objawiła się na terenie Imperium Osmańskiego, gdy doszło do ludobójstwa Ormian. Do podobnych wydarzeń doszło w trakcie I wojny światowej. Pozbawiony jakiegokolwiek przewodnika, dryfujący w odmętach zawieruchy wojennej świat tonął w bezmiarach pesymizmu. Kiedy więc koniec I wojny światowej zbiegł się z publikacją dzieła Oswalda Spenglera „Zmierzch cywilizacji Zachodu", przyjęto je wszędzie z zapartym tchem. Ta pustka stwarzała przestrzeń dla nowego typu mesjasza o niepohamowanym apetycie do panowania nad całą ludzkością. Nic dziwnego, że świat nie musiał długo czekać, by z zaproszenia skorzystali gangsterzy polityczni. Jako pierwszy właśnie Lenin, (później dołączyli Mussolini, Hitler i Stalin), jak gąbka wchłaniający zachodnie prądy na emigracji w szwajcarskim Zurychu. Odurzony narkotykiem władzy i ogarnięty obsesją przemocy w napięciu niespotykanym w naszych czasach, wraz ze „swoją rewolucją" i utopią celów władzy zatroszczył się o to, by wiek XX zabarwił się „czernią grozy i czerwienią okrutnie wytoczonej krwi".

To właśnie Leninowi jako pierwszemu udało się za pomocą masowego terroru stworzyć nieznaną w dziejach autokrację, dostarczając dla niej wzorca na najbliższe sześć dziesięcioleci. Zasadzała się ona na czterech celach: zniszczeniu całej opozycji, oddaniu rządów w ręce awangardy rewolucji – partii, stłamszeniu wszelkiej opozycji w jej łonie i skoncentrowaniu władzy w ręku wąskiej grupy, a ostatecznie – w ręku jednego człowieka. W ten sposób pojawił się nowy typ społeczeństwa, totalnie podporządkowany partyjnemu państwu. Na jego straży stanęła tajna policja Czeka, w jego interesie znacjonalizowano przemysł, zmilitaryzowano obowiązek pracy, a od chłopów, przykładając im pistolet do szyi, zażądano obowiązkowych dostaw. „Maszyna i śrubki", brzmi tytuł genialnego opracowania Michała Hellera, opowiadającego o tym, jak w bolszewickim systemie hartował się radziecki człowiek, „niewielka śrubka w mechanizmie państwa". „Homo sovieticus", jak określił typ człowieka stworzonego przez komunizm jeden z marksistowskich literatów, „miał pokochać kajdany tak, by wydawały się czułym objęciem matki". Z czasem okazało się to kolejną utopią. W 1921 roku kajdany zerwali robotnicy z Piotrogrodu. Dołączyli do nich marynarze z Kronsztadu. Jedni i drudzy byli przedstawicielami proletariackiej awangardy rewolucji 1917 roku. Wezwali oni do zakończenia rządów jednej partii, przywrócenia wolności słowa i pluralizmu politycznego. „Czuła matka", reżim Lenina, odpowiedział wysłaniem wojska przeciwko protestującym, odsłaniając swoje prawdziwe oblicze.

Nowy typ totalitaryzmu

Nowy totalitaryzm zastąpił dotychczasowe despotyzmy i tyranie. Do tej pory samowładztwo podlegało ograniczeniu rozmaitych sił społecznych: Kościoła, arystokracji, szlachty, mieszczaństwa, cechów, gildii, sądownictwa. Totalitaryzm ten manifestował prymat politycznej woli nad organizacją społeczeństwa oraz prowadził do aberracji idei państwa, nad którą mozolnie pracowała myśl europejska na przestrzeni ostatnich 400 lat. Sowiecki komunizm nie symbolizował już władzy despoty stojącego ponad prawem, lecz państwo kontrolujące całe życie swoich obywateli, zredukowanych do wymiaru socjohistorycznego. Uzurpując sobie prawo do wysyłania obywateli na śmierć, usprawiedliwiał się przy tym rzekomą naukową koniecznością.

Bolszewicki totalitaryzm, owoc rewolucji 1917 roku, przetrwał do początku lat 90. XX wieku. Odżywa jednak jak złowieszczy upiór w Rosji Putina. Nie tylko w formie i treści rządów, ale także w zupełnie ahistorycznym, aksjologicznym wymiarze. Dla Putina rewolucyjni bolszewicy do spółki z ich ówczesnymi przeciwnikami spod flagi carskiej Rosji ucieleśniają monolityczną wspólnotę (której przecież nigdy nie było), broniącą się wtedy i dzisiaj przed zagrażającą rosyjskiej cywilizacji dekadencją Zachodu.

Dr hab. Arkadiusz Stempin jest wykładowcą Uniwersytetu we Fryburgu oraz Wyższej Szkoły Europejskiej im. ks. Tischnera w Krakowie.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA