fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Kiedy prawo szkodzi człowiekowi

123RF
Jeżeli uznamy, że nie da się obiektywnie ustalić istoty i funkcji małżeństwa oraz rodziny, zgodzimy się na to, że obszar ten zostanie objęty regulacją państwową. A wtedy te instytucje mogą zostać zdefiniowane w sposób absolutnie dowolny – podkreśla prawnik.

Kolejna odsłona debaty bioetycznej, z którą ostatnio mieliśmy do czynienia w Polsce, pokazuje, iż dyskurs prowadzony jest daleko od istoty problemu, nawet bez próby zbliżenia się do jego sedna. To samo dotyczy oficjalnych wypowiedzi publicznych w innych sprawach uznawanych za kontrowersyjne, jak: wolność religijna i stosunek państwa do religii, sprawa klauzuli sumienia czy w końcu związki partnerskie.

Inny byt

Celem każdej takiej debaty powinna być troska o dobro człowieka. Zbyt rzadko w przestrzeni publicznej pojawiają się wypowiedzi osób usiłujących rzetelnie podejść do dyskutowanych zagadnień. Brakuje wyważonych wypowiedzi, które ani nie popadają w populizm, ani nie odwołują się jedynie do argumentów emocjonalnych dotykających problemu zbyt jednostronnie. W dyskusji o konkretnych rozwiązaniach legislacyjnych zapomina się, że prawo ma być dla człowieka, a nie człowiek dla prawa.

Studenci już na pierwszym roku studiów na zajęciach z prawa rzymskiego dowiadują się, że wszelkie przepisy i regulacje winny być stanowione ze względu na człowieka – hominum causa omne ius constitutum sit. Trudno sobie wyobrazić prawo, które w założeniu miałoby cel inny niż człowiek, a właściwie inny niż dobro człowieka. Zrozumienie i zastosowanie tej zasady w praktyce stanowienia i stosowania norm może już jednak nie być wcale takie oczywiste i niekontrowersyjne. Domaga się odpowiedzi na kilka fundamentalnych pytań, jeżeli chcemy, aby prawo stanowione w państwie służyło dobru wspólnemu, a nie tylko zaspokajało bieżące interesy czy też stwarzało fasadowe wrażenie sprawnie funkcjonującego systemu.

Jako banał – wart jednak przypomnienia – traktujemy to, że normy prawne są stanowione przez ludzi i dla ludzi, dla ich dobra, a przez to także dla dobra następnych pokoleń. Bez ciągłego uświadamiania sobie tak rozumianego celu prawa stać się ono może swoim wypaczeniem i dobru wspólnemu już nie będzie sprzyjało. Żeby do tego nie dopuścić, prawodawca musi sobie odpowiedzieć na fundamentalne pytania: Kim jest człowiek i co jest jego dobrem? Kiedy prawo służy człowiekowi, a kiedy zaczyna go deprawować?

Pytania te wywodzą się z koniecznego namysłu nad relacją między prawem a człowiekiem. Można podjąć karkołomną próbę kształtowania prawa w przekonaniu, że nie da się powiedzieć nic pewnego o istocie człowieka i jego naturze. Prawodawca zyskuje wówczas pewną swobodę formułowania norm. Prawo stanowione decyduje wtedy, jaki ma być człowiek, zamiast pomóc mu udoskonalić to, co w jego naturze najlepsze. Jeżeli uznamy, że nie da się obiektywnie ustalić początku życia człowieka, to zgodzimy się tym samym, że ustalenie takie nastąpi na drodze prawnej. Okazać się może wtedy, że w rozumienia prawa karnego – jak orzekł już kiedyś Sąd Najwyższy – człowiekiem jest się od momentu rozpoczęcia porodu, a wcześniej tylko jakimś innym bytem, któremu przysługuje znacznie słabsza ochrona.

Jeżeli uznajemy, że nie da się obiektywnie ustalić istnienia potrzeb religijnych człowieka, a przez to i potrzeby poszanowania religijności, także w przestrzeni publicznej, to zgadzamy się na uregulowanie owej przestrzeni przez prawodawcę – możliwe, że w sposób wolność religijną znacznie ograniczający. A jeżeli uznamy, że nie da się obiektywnie ustalić istoty i funkcji małżeństwa oraz rodziny, to zgodzimy się na to, że obszar ten zostanie objęty regulacją państwową, która będzie mogła zdefiniować te instytucje w sposób absolutnie dowolny.

Bez ducha

W debacie bioetycznej właściwie nie próbuje się już odpowiadać na podstawowe pytania. W dyskusji pokutują stereotypy, które uniemożliwiają wzniesienie jej na poziom wyższy, pozwalający o sprawach dla człowieka najważniejszych mówić w sposób wolny od populizmu.

Nader często prawo do formułowania ostatecznych i decydujących odpowiedzi przyznajemy przedstawicielom nauk przyrodniczych. Przykładem może być debata nad zapłodnieniem pozaustrojowym. W mediach nierzadko stanowisko sprzeciwiające się regulacji szeroko otwierającej dostęp do tej metody konfrontowane było z wypowiedziami biologów i medyków, którzy formułowali sądy o dopuszczalności tej metody, opierając się wyłącznie na wiedzy przyrodniczej (zapominając na tę chwilę, iż to właśnie biologia przesądza, że człowiek powstaje w momencie zapłodnienia). Ograniczenie natury człowieka do procesów biologicznych byłoby dopuszczalne tylko wtedy, gdyby człowiek był wyłącznie rzeczywistością biologiczną, pozbawioną jakiegokolwiek pierwiastka duchowego. W obszarze pozabiologicznym przyrodnicy mają już jednak do powiedzenia bardzo niewiele.

Podobny problem dotyka przedstawicieli nauk prawnych. Prawo rozumiane jako pewien zespół norm ustanowionych przez ludzi dla dobra ludzi także nie stanowi ostatecznej odpowiedzi na pytania o istotę człowieka oraz o to, co naprawdę mu służy lub szkodzi. W znalezieniu wyjścia z tej sytuacji pomóc by mogło prawo naturalne, ale wszystkie próby odwołania się do niego uznawane są przez obecnie dominujące trendy za niepoważne i niewarte dyskusji.

Współczesny prawnik, wykształcony zazwyczaj na paradygmacie pozytywizmu prawniczego, a więc rozumiejący prawo jako zespół przepisów i wynikających z nich norm, nie jest w stanie ustosunkować się do problemu, jeżeli poszukiwanej odpowiedzi nie znajduje w przepisach prawnych. Te zaś są zbiorem reguł, które mogą ulegać zmianie w zależności od woli prawodawcy. Tym samym prawnik – jeśli nie wykroczy poza pozytywistyczne dogmaty – może jedynie przedstawić wolę prawodawcy. Nie ma zaś zawodowej kompetencji do orzekania o słuszności lub niesłuszności określonego zachowania. Prawnik, posługując się metodą właściwą swojej profesji, może stwierdzić, że coś jest niezgodne z prawem – ale już nie, że coś jest złe lub dobre.

Innym nadużyciem – kolejnym błędem w dyskusji – jest szermowanie argumentem wolności. Wskazuje się, że przepisy o medycznie wspomaganej prokreacji, o przerywaniu ciąży, o związkach partnerskich nikogo nie zmuszają do korzystania z dawanych przez nie możliwości. Mają one jedynie ułatwiać życie tym, którzy widzą w nich sposób na realizację swojego dobra.

Taka konkluzja pomija znaczenie życia ludzkiego w fazie prenatalnej, które istnieje (w przypadku przerywania ciąży) albo ma powstać (w przypadku medycznie wspomaganej prokreacji). Owszem, ktoś może twierdzić, że człowiek powstaje później, niemniej nie zmienia to faktu, że moment zaistnienia życia ma istotne znaczenie i należy podjąć próbę jego ustalenia. Powinno to nastąpić na poziomie filozoficznego namysłu nad człowiekiem z pomocniczym tylko wykorzystaniem biologii czy prawa.

Zadziwia, że przy tak wygórowanych oczekiwaniach wobec prawa nie docenia się jego skutków. Rozwiązania prawne wprowadzane przez państwo są wyrazem aprobaty akceptowanych w nich zachowań. Przepisy prawne pozwalające lub ułatwiające określone czynności często są interpretowane społecznie jako ich rekomendacja. Społeczeństwo – sprawujące władzę zwierzchnią w państwie – powinno odpowiedzieć sobie na pytanie, czy na pewno chce zachęty do tego rodzaju postaw. Czy na pewno służą one dobru wspólnemu? Pamiętajmy, że brak ułatwień w jakiejś dziedzinie nie musi od razu oznaczać zakazu.

Przede wszystkim etyka

Są dwie postawy przy ustanawianiu porządku prawnego. Można wpierw spróbować odczytać naturę człowieka, rozpoznać, co na nią wpływa i kreować prawo pozwalające człowiekowi wydobyć z siebie możliwie najwięcej cnót – i tym samym współkształtować dobro wspólne.

Druga postawa odwołuje się do różnych wizji człowieka, rzadko odpowiadających rzeczywistości, albo staje się po prostu wypadkową interesów. Postawę taką odnajdujemy choćby u Jeana-Paula Sartre'a: „Człowiek jest tylko tym, czym siebie uczyni (...). Chcemy powiedzieć, że człowiek przede wszystkim istnieje, tzn. stworzy siebie dopiero w przyszłości i jest świadomy tego swego rozwoju w przyszłości. Człowiek jest przede wszystkim projektem przeżywanym subiektywnie, miast być pianą, pleśnią czy kalafiorem (...). Człowiek przede wszystkim będzie tym, co stanowi realizację jego woli" .

W debacie nad zapłodnieniem pozaustrojowym, a także w przypadku innych zagadnień dotykających istoty człowieczeństwa, sięgnijmy najpierw do antropologii filozoficznej, do etyki. Niezbędny jest też namysł nad sprawami elementarnymi – tym, co ma służyć człowiekowi. Później z wnioskami stąd wynikającymi skonfrontujmy możliwości, jakie daje nam nauka. Na koniec trzeba sprawdzić zgodność planowanej regulacji z konstytucją, która jest dla obywateli wyrazem wartości najważniejszych. Dopiero wtedy zyskamy pewność, że prawo będzie stanowione ze względu na człowieka.

Autor jest adiunktem w Katedrze Prawa Karnego Porównawczego Wydziału Prawa i Administracji UW

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA