Publicystyka

Marian Piłka: Piekło kobiet

Fotorzepa/ Marian Zubrzycki
Rozpowszechnienie aborcji ujawniło wiele problemów psychologicznych i psychiatrycznych u kobiet, które zdecydowały się na uśmiercenie nienarodzonego dziecka – pisze polityk i historyk.

Na manifestacjach aborcyjnych i w wystąpieniach feministycznych powraca hasło „piekło kobiet". Hasło to wymyślone w okresie międzywojennym przez Tadeusza Boya-Żeleńskiego, znanego propagatora aborcji i kolaboranta w czasie sowieckiej okupacji, miało ukazywać dramat kobiet, które nie mogły legalnie mordować swoich nienarodzonych dzieci. To hasło służyło później propagowaniu i legalizacji aborcji na życzenie. I dziś środowiska feministyczne do niego powracają, dążąc nie do zachowania „kompromisu aborcyjnego", ale właśnie wprowadzenia niczym nieograniczonego mordowania dzieci nienarodzonych, nawet aż do momentu urodzin.

Dziś to hasło ma przekonywać, że zakaz prenatalnego dzieciobójstwa jest skazywaniem kobiet na „piekło" uśmiercania dzieci w pokątnych warunkach. Bo w przeciwnym razie mogą rodzić się dzieci „niechciane". Można powiedzieć – zbędne, tak jak w systemach totalitarnych zbędnymi czy niechcianymi były grupy społeczne skazywane na eksterminację.

Syndrom poaborcyjny

Paradoksalnie istnienie „piekła kobiet" potwierdza współczesna psychologia i psychiatria. Rozpowszechnienie aborcji doprowadziło do ujawnienia wielu problemów psychologicznych, a nawet psychiatrycznych u kobiet, które zdecydowały się na uśmiercenie własnego nienarodzonego dziecka. Takie zaburzenia potwierdziły badania psychologiczne i psychiatryczne prowadzone najpierw w Stanach Zjednoczonych, a następnie w wielu innych krajach.

Mają one bardzo różny charakter i ujawniają się w różnych okresach życia. Czasami bezpośrednio po uśmierceniu nienarodzonego dziecka, czasem dopiero po latach. Mają niekiedy lżejszy, a kiedy indziej bardzo ciężki przebieg. I choć zdarza się, że po dokonaniu aborcji część kobiet czuje ulgę, bo „pozbyły się problemu", to u większości z nich problemy psychiczne zaczynają się właśnie po dokonaniu aborcji.

Nie zawsze jednak kobiety wiążą je z dokonanym czynem, choć głębsze badania psychologiczne potrafią ujawnić ich zasadnicze przyczyny. Ich charakter często zależy też od typu wrażliwości i charakteru. Generalnie, im bardziej wrażliwa kobieta, tym objawy są silniejsze. Pierwszym problemem jest najczęściej tzw. depresja poaborcyjna. Jej przejawy to: złe samopoczucie, zarzuty do samej siebie i do ojca dziecka, że nie powstrzymał kobiety przed aborcją, spadek poczucia własnej wartości, poczucie agresji, rozdrażnienie, skłonność do płaczu, trudności z zasypianiem, natrętne myśli o uśmierconym dziecku. Często kobiecie śni się uśmiercone dziecko, co tylko wzmaga zły stan emocjonalny.

Ale wraz z upływem czasu problemy wcale nie ustają. Zdarza się, że dają o sobie znać nawet po latach, niejednokrotnie w postaci ostrych psychoz, a nawet różnych schorzeń somatycznych. Aborcja ma fatalny wpływ na małżeństwo. Nie tylko często skutkuje głębokim żalem do współmałżonka, że w trudnym momencie psychologicznym nie okazał wsparcia i pomocy, ale w konsekwencji pojawia się także niechęć do współżycia.

Pojawia się poczucie pustki i utraty sensu życia. I choć aborcja na ogół nie jest bezpośrednio powodem rozpadu małżeństwa, bo trzeba wychować żyjące dzieci, to po ich usamodzielnieniu często dochodzi do rozwodu w wyniku emocjonalnego wypalenia spowodowanego właśnie uśmierceniem własnego dziecka. A nawet jeżeli kobieta dokonuje zabicia swego nienarodzonego dziecka wbrew woli jego ojca czy w tajemnicy przed nim, to także w konsekwencji często prowadzi to do emocjonalnego wypalenia i rozpadu związku.

Aborcja prowadzi bowiem do syndromu poaborcyjnego. W jawnej lub ukrytej formie pojawia się on prawie u wszystkich kobiet. Jednym z najsilniejszych jego przejawów jest agresja, która występuje nie tylko jako objaw syndromu, ale także jest wyrazem chęci jego przezwyciężenia. Jest bowiem nieudolną próbą samousprawiedliwienia. I kieruje się nie tylko przeciwko tym, którzy skłonili kobietę do uśmiercenia własnego dziecka, przeciwko ojcu czy aborterowi, ale często także przeciwko kobietom w ciąży i ich nienarodzonym dzieciom, których widok przypomina kobiecie jej bolesne doświadczenie.

Normalna kobieta reaguje na ciążę innych z życzliwością, widząc w ich stanie samospełnienie się kobiecości. Zachowanie gatunku jest bowiem podstawowym prawem natury i uśmiercenie własnego nienarodzonego dziecka jest drastycznym okaleczeniem ludzkiej natury, jest zakwestionowaniem własnej kobiecości, przekreśla bowiem sam sens człowieczeństwa. Religia jest jedyną właściwie formą zdolną do uleczenia tego bólu, ale nie wszystkie kobiety są zdolne do religijnego przezwyciężenia tego zła. Wiele nie potrafi sobie z nim poradzić. Dlatego ich podstawową reakcją na samo wspomnienie tego czynu jest agresja.

Kobiety są ofiarami

Ta agresja to właśnie nieukojony ból, z którym te kobiety nie potrafią sobie poradzić. Dotknięte syndromem poaborcyjnym, widząc kobietę w ciąży, często pod pozorem życzliwości i troski o jej przyszłość, sugerują jej usunięcie nienarodzonego dziecka. Podobne zachowania występują u ginekologów aborterów, których pierwszą sugestią jest nie pomoc w prowadzeniu ciąży, ale jej usunięcie. Innym wyrazem tego syndromu jest dehumanizacja dziecka nienarodzonego i zaprzeczanie jego człowieczeństwu („zlepek komórek").

W tym zachowaniu mniej lub bardziej świadomie ujawnia się chęć samousprawiedliwienia. Bo skoro to zjawisko ma tak szeroki zakres i aborcji dokonuje tak wiele kobiet, to musi być zachowaniem normalnym. Taki jest tok rozumowania tych, którzy cierpią na syndrom poaborcyjny. Dążenie do upowszechnienia aborcji to wyraz trudności w poradzeniu sobie ze skutkami jej dokonania, a jednocześnie jest to patologiczną formą obrony własnej „normalności". Śmierć innych dzieci nienarodzonych ma być ceną za przywrócenie spokoju sumienia.

Aborcja jest bowiem głęboką zadrą w psychice kobiet, dlatego dla wielu, które nie potrafią sobie z tą psychozą poradzić, każde potępienie aborcji, każdy głos o ochronie życia, jest dotykaniem drzazgi tkwiącej w jej świadomości i wywołującym ból przypomnieniem tego bolesnego doświadczenia. Reakcją na ten ból jest najczęściej agresją wobec tych, którzy chcą chronić życie nienarodzonych dzieci. Stąd tyle agresji i wulgarności na marszach proaborcyjnych. Stąd też dążenie do wprowadzenia cenzury aborcyjnej, zakazującej mówienia o konsekwencjach zabicia własnego dziecka, czy kłamliwe negowanie badań naukowych. Stąd także charakterystyczna dla wszelkich ruchów totalitarnych dehumanizacja dziecka nienarodzonego i odmawianie mu człowieczeństwa.

Kobieta jest drugą po uśmierconym nienarodzonym dziecku ofiarą aborcji. Ten czyn głęboko ją okalecza w jej kobiecości. Czasem również fizycznie, bo pozbawia ją możliwości zostania powtórnie matką, ale przede wszystkim okalecza ją psychicznie. Aborcja nie tylko nie prowadzi do likwidacji problemu, ale sama staje się przyczyną głębokich problemów, niszczących osobowość i zdrowie. Często kobieta po dokonaniu tego czynu czuje się mniej wartościowa, pozbawiona sensu życia, jakim dla każdego człowieka, a zwłaszcza dla każdej kobiety, jest życie swych dzieci.

Ten syndrom to rzeczywiste, a nie urojone, piekło kobiet. Zagraża ono wszystkim, którzy uwierzą, że uśmiercanie własnych nienarodzonych dzieci jest rozwiązaniem jakiegokolwiek problemu. Dlatego wprowadzenie ustawodawstwa chroniącego życie dzieci nienarodzonych jest barierą chroniącą kobiety przed nieodpowiedzialnością ich partnerów życiowych, czy w ogóle przed subkulturą aborcyjną. Zwłaszcza że ciąża często wiąże się z niestabilnością emocjonalną, z którą, gdy nie ma wsparcia ojca swego nienarodzonego dziecka, nie zawsze kobieta potrafi sobie poradzić. Ochrona prawna życia dzieci nienarodzonych jest także ratunkiem dla kobiet przed piekłem syndromu poaborcyjnego.

Autor jest historykiem, wiceprezesem partii Prawica Rzeczypospolitej

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL