fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Czego potrzebują polscy naukowcy?

Fotorzepa, Marian Zubrzycki
Polscy naukowcy potrzebują wsparcia socjalnego. Inaczej będą wyjeżdżać z kraju – pisze przewodniczący Krajowej Reprezentacji Doktorantów.

Doktoranci to część środowiska akademickiego najmocniej, w moim odczuciu, związana z przyszłością szkolnictwa wyższego i ścieżkami rozwoju kariery naukowej. Warunki ich pracy naukowej są jednak niejednokrotnie ekstremalne.

Doktorant co roku musi walczyć o stypendia. Podstawowe stypendium doktoranckie (przeważnie niecałe 1500 zł) w zależności od jednostki otrzymuje od kilku do 70–80 proc. uczestników studiów. W skali kraju jest to jednak średnio ok. 20 proc. Około 30 proc. doktorantów może liczyć na stypendium projakościowe, wynoszące ok. 800 zł. Możliwe jest też uzyskanie kilkusetzłotowego stypendium dla najlepszych doktorantów. Szczęśliwcy uzbierają w ten sposób ok. 3000 zł. Oczywiście jest też odsetek, który załapie się na stypendium w grancie i ma nawet większe środki, ale to margines w masie ponad 40 tys. doktorantów. Nie ma za to najmniejszej gwarancji, że w kolejnym roku los nie odwróci się i doktorant nie zostanie bez środków, bo w rankingach punktacji wypadnie słabiej. Większości z nas pozostaje albo łączyć doktorat z pracą zawodową (przeważnie niezwiązaną z badaniami), albo pozostawać na utrzymaniu swoich partnerów czy rodziców.

Po obronieniu doktoratu wcale nie jest łatwiej. Może bowiem się okazać, że pensja adiunkta będzie jeszcze niższa niż stypendia doktoranckie. Młody doktor może też stanąć przed wyzwaniem znalezienia pracy, bo miejsca na uczelni zajmuje kadra z wieloletnim stażem. A pracy dla doktorów poza uczelnią, mówiąc potocznie, jak na lekarstwo. Jeśli doktor znajdzie zatrudnienie na uczelni, będzie podlegał obowiązkowi habilitacji w ciągu ośmiu lat. A środków na badania i warunków do ich wykonania często brak. W niektórych naukach osiem lat to po prostu bardzo mało czasu.

Po zdobyciu habilitacji brniemy w kolejny wymóg awansowy w postaci wypromowania doktora. Co po raz kolejny prowadzi do występowania patologii. Przejawia się to w dwojaki sposób – po pierwsze, są ludzie, którzy nie mają żadnych kompetencji ani ochoty do prowadzenia opieki naukowej, ale są zmuszeni do współpracy z doktorantami. Mogą to być świetni naukowcy, eksperci w swoim obszarze, prowadzący znakomite badania, ale nieczujący się dobrze we współpracy z ludźmi. Po drugie nikt nie dba o to, żeby przygotować kadrę do właściwej pracy z młodymi naukowcami. Istnieje wręcz przekonanie, że albo wraz z dobrnięciem do habilitacji wszelkie kompetencje w tym zakresie spadły nam z nieba, albo że rola opiekuna ogranicza się do podpisywania sprawozdań i korekty prac przygotowywanych przez doktoranta.

W obecnej ścieżce brak również mechanizmów promujących lub też wręcz wymuszających mobilność naukowców. Wchodzenie w nowe środowisko, przyglądanie się funkcjonowaniu innych systemów (również krajowych) czy po prostu konieczność skonfrontowania swoich prac z innymi grupami naukowców byłyby dodatkowym impulsem rozwojowym i jakościowym, który niejednokrotnie kończy się wraz z osiągnięciem doktoratu i zajęciem ciepłej posady na uczelni.

W całym systemie szkolnictwa wyższego brak jest mechanizmów promujących najlepszych, eliminujących najsłabszych oraz tępiących patologie, których doktoranci jako najsłabsze jednostki w systemie doświadczają zbyt często. Wykazały to choćby badania ankietowe, które przeprowadziła Krajowa Reprezentacja Doktorantów w 2014 roku. Wpłynęły do nas aż 622 zgłoszenia. Przypadki wykorzystywania doktorantów do zadań administracyjnych, dopisywania innych pracowników do publikacji czy zlecania zajęć prowadzonych ponad wymiar i bez wynagrodzenia wcale nie są rzadkie. Doktoranci wskazywali również na przykłady mobbingu, nepotyzmu czy nieprawidłowości w rozdziale środków stypendialnych np. przez niejasne kryteria i preferowanie doktorantów określonych pracowników, a nie najlepszych.

Krajowa Reprezentacja Doktorantów, podejmując tematykę ścieżki rozwoju naukowego, oczekuje stworzenia systemu kładącego nacisk na elitarność studiów doktoranckich. Należy ograniczyć liczbę doktorantów do realnych potrzeb i przyjmować osoby o predyspozycjach koniecznych do uzyskania stopnia doktora. Z drugiej strony tak wyłanianej grupie muszą być stwarzane warunki do realnego zajęcia się nauką, czyli wsparcie naukowe, ale też socjalne. Nie powinniśmy o nie co rok walczyć, ale podpisywać kontrakty na okres studiów doktoranckich. Osoby, które nie wykazywałyby cyklicznych postępów, traciłyby środki. W ramach kontraktu powinny zostać określone nie tylko obowiązki doktoranta, ale także jednostki oraz opiekuna naukowego. Nie może być również przepaści finansowej pomiędzy tym, co oferuje rynek pracy, a tym, co umożliwia jednostka naukowa, bo inaczej w nauce zostaną tylko zawzięci pasjonaci albo ci, którzy nie mają pomysłu na życie poza uczelnią lub szans na przyzwoitą pracę.

Studia doktoranckie przybierają często karykaturalną formę. W ich programie są nikomu niepotrzebne przedmioty, które zapewniają tylko pensum pracownikom uczelni. Z drugiej strony każdy doktorant zajmuje się odrębną niszą dyscypliny nauki. Niemożliwe jest więc dobranie przedmiotów realnie dostarczających zaawansowanej wiedzy potrzebnej wszystkim uczestnikom. W rezultacie albo wprowadzane są przedmioty na poziomie popularnonaukowym, albo większość uczestników studiów jest zmuszana do zagłębiania się w obszary dalekie od ich specjalizacji.

Studia doktoranckie powinny budować kompetencje młodego badacza, dostarczać narzędzi metodologicznych, wpajać zasady etyki badacza; powinny też uczyć pozyskiwania środków na badania i umiejętności pozwalających komercjalizować efekty pracy. Muszą również dawać ogólny pogląd na to, co w danej dyscyplinie jest najnowszym trendem. O taki kierunek zmian będziemy jako doktoranci zabiegać. Bez tego, zamiast doktoryzować się w kraju, Polacy wciąż będą objawieniem zagranicznych laboratoriów i uczelni.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA