fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Kolekcja Czartoryskich: Przecięcie węzła gordyjskiego

„Dama z gronostajem” zawsze podziwiana – tu na Zamku Królewskim w roku 2010.
Rzeczpospolita, Danuta Matłoch
Nieuregulowany status kolekcji Czartoryskich – zarówno jeśli idzie o roszczenia reprywatyzacyjne, jak i o bieżące zarządzanie – od lat był przyczyną trosk. Dobrze, że udało się go rozwiązać – pisze dyrektor Muzeum Historii Polski.

Przyzwyczajeni jesteśmy, że dzieła sztuki prowokują skandale. Rzadko się jednak zdarza, by dotyczyło to sztuki sprzed setek lat. Nasze przyzwyczajenia naruszyła ostatnio najsłynniejsza polska dama – „Dama z gronostajem". Zakup kolekcji Czartoryskich przeprowadzony przez wicepremiera Piotra Glińskiego w ostatnich dniach ubiegłego roku wzbudził niespodziewanie wielkie zainteresowanie mediów i dyskusję. Te emocje są zrozumiałe, bo rzecz dotyczy najstarszej i najcenniejszej polskiej kolekcji. Na pewno też najsłynniejszej, bo „Dama z gronostajem" jest jedynym w polskich zbiorach obrazem rozpoznawalnym przez publiczność całego świata.

Dyskusja koncentruje się przede wszystkim wokół faktu, czy zbiory Czartoryskich były bezpieczne i czy fundacja mogła je sprzedać za granicę, zubażając tym samym dziedzictwo narodowe. Żeby całościowo ocenić decyzję dotyczącą wykupu, należy się jednak zastanowić również nad tym, na ile istniejący stan prawny, stworzony na początku lat 90., mógł zabezpieczyć racjonalne zarządzanie zbiorami. Żeby zrozumieć istotę rzeczy, wypada przypomnieć kilka prawd o początkach i losach kolekcji.

Pamiątki Sybilli

Jej inicjatorką – i postacią, która stoi u początków polskiego muzealnictwa – była księżna Izabela Czartoryska. Po upadku powstania kościuszkowskiego i trzecim rozbiorze księżna postanowiła stworzyć zbiór polskich pamiątek narodowych, które świadczyłyby o dawności i wielkości Rzeczypospolitej oraz zbiór wybitnych dzieł sztuki europejskiej. Swoją kolekcję umieściła w Świątyni Sybilli i Domku Gotyckim w pałacowym ogrodzie w Puławach. Chociaż najcenniejszym obiektem, który znalazł się w Puławach, jest słynny obraz Leonarda da Vinci, to w centrum Świątyni Sybilli znajdowała się Szkatuła Królewska, w której zgromadzono pamiątki po polskich władcach i ich rodzinach, od Zygmunta Starego aż po Stanisława Augusta.

Zbiory powiększali spadkobiercy Izabeli Czartoryskiej. Jeśli wziąć pod uwagę również archiwalia, zawierające tak cenne pamiątki narodowe jak akt unii horodelskiej czy pergamin hołdu pruskiego, można je śmiało uznać za najstarszą i najcenniejszą polską kolekcję. Zbiór towarzyszył trudnym dziejom narodu, ponieważ w 1831 ks. Adam Jerzy Czartoryski wywiózł go z kraju, udając się na emigrację do Paryża. Przechowywany w siedzibie księcia – hotelu Lambert – wzbogacony został m.in. przez pamiątki związane z Wielką Emigracją. W 1876 roku ks. Władysław Czartoryski sprowadził kolekcję do Krakowa, gdzie udostępniona została dla publiczności jako Muzeum Książąt Czartoryskich.

Na tym jednak nie koniec złożonych losów kolekcji. W okresie II wojny światowej Niemcy zrabowali Szkatułę Królewską wraz z większą częścią jej zawartości. Muzeum straciło również „Portret młodzieńca" Rafaela Santiego, który uważany jest za największą – z punktu widzenia wartości artystycznej – stratę polskiego muzealnictwa w okresie okupacji. Po 1945 roku zbiory nie zostały formalnie znacjonalizowane, ale oddane w zarząd krakowskiego Muzeum Narodowego.

W tym miejscu zaczyna się dzisiejszy problem ze zbiorami Czartoryskich. Polskie państwo nie zdecydowało się w 1989 roku na kompleksowe rozwiązanie sprawy roszczeń reprywatyzacyjnych związanych z mieniem przejętym przez państwowe muzea w latach 40. Proces ten był regulowany przez wyroki sądowe lub dobrowolne porozumienia.

Jest to proces, o którym, do czasów afery z warszawskimi nieruchomościami, niezainteresowani mało wiedzieli. Dla muzealników sądowe postępowania reprywatyzacyjne niejednokrotnie kończyły się utratą cennych obiektów, odszkodowań bądź koniecznością wykupu zbiorów od prawnych właścicieli. Ponieważ w większości przypadków negocjacje były prowadzone przez dyrektorów muzeów i nie dotyczyły zbiorów tak dobrze znanych jak Czartoryskich, sprawy te rzadko trafiały do szerszej opinii publicznej. Przede wszystkim spoczywały i nadal spoczywają na barkach dyrektorów instytucji kultury.

W przypadku zbiorów Czartoryskich sprawa wydawała się rozwiązana już w 1991 r. Wówczas to powstała Fundacja Książąt Czartoryskich, która do grudnia ub. roku posiadała tytuł własności do kolekcji i roszczeń z nią związanych. Kolekcja pozostawała własnością fundacji, ale samo Muzeum Czartoryskich było oddziałem Muzeum Narodowego. To ostatnie na bieżąco zarządzało zbiorami i sprawowało opiekę konserwatorską, ponosząc wszystkie koszty, a dodatkowo płacąc fundacji czynsz za wynajem nieruchomości. Pierwotnie statut fundacji przewidywał, że dyrektor Muzeum Narodowego był jednocześnie prezesem zarządu fundacji.

Wszystko zmieniło się w 2004 roku, kiedy statut zmieniono i funkcje prezesa zarządu i dyrektora Muzeum Narodowego zostały rozdzielone. Miało to bardzo istotne skutki dla zarządzania kolekcją. Od 2004 roku niemal co rok krakowskie media donosiły o sporach, konfliktach i nieporozumieniach. Fundacja wielokrotnie toczyła spory z konserwatorami o wywożenie „Damy z gronostajem" na zagraniczne wystawy. Kraków został też zaalarmowany koncepcją tworzenia wystawy w pałacu Czartoryskich w Puławach i przeniesienia do niej najcenniejszych zbiorów.

Wreszcie rozpoczęty w 2010 roku remont, który miał się zakończyć w 2013 r., utknął i z roku na rok przesuwała się perspektywa uzyskania środków na jego dokończenie. Wiedza o tych sporach rzadko wychodziła poza Planty, ale stosunki pomiędzy muzeum a fundacją, a czasem również we władzach fundacji, przybierały dramatyczny obrót. Dość powiedzieć, że w ciągu ostatnich pięciu lat zarząd zmienił się czterokrotnie. W czasie jednej z tych zmian musiała interweniować policja, a sprawą częstych podróży zagranicznych „Damy z gronostajem" interesowały się polskie i międzynarodowe media.

Powróćmy jednak do wyjściowych kwestii o pewność obecności w Polsce i o sprawność zarządzania kolekcją. Czy zbiory Czartoryskich były satysfakcjonująco zabezpieczone przed sprzedażą i wywiezieniem z Polski? Wprawdzie formalnie rzecz biorąc, statut stanowił o niezbywalności zbiorów, ale decydujący głos w sprawie formowania zarządu fundacji ma rada fundacji powoływana przez fundatora – prezydenta rady. To oznacza, że gdyby w którymkolwiek momencie prawa fundatora odziedziczyła osoba zdeterminowana do spieniężenia zbiorów, mogłaby znaleźć furtkę, np. poprzez zmianę statutu, do przekazania części kolekcji w długoterminowy depozyt zagraniczny albo, pośrednio, np. do przekazania praw fundatora-prezydenta za wynagrodzeniem.

Ewentualny spór w tej sprawie mogłyby rozstrzygać sądy, których wyrok nie byłby oczywisty, nawet gdyby sprawa znalazła się w wyłącznej gestii sądów polskich. Co dopiero, gdyby doszło do faktów dokonanych, a depozytariuszem czy nowym fundatorem okazałby się bogaty człowiek z kraju, którego system polityczny i prawny mogą się bardzo różnić od polskiego, np. znad Zatoki Perskiej czy Dalekiego Wschodu. Spór prawny mógłby być wówczas prowadzony w nieskończoność i niekoniecznie zgodnie z polskim prawodawstwem.

Kłopotliwa dwuwładza

Nawet jeśli jednak ktoś uznaje problem własności „Damy z gronostajem" za satysfakcjonująco rozwiązany, pozostaje kwestia bieżącego zarządzania. Ten problem istniał od wielu lat i wynikał z wadliwej struktury prawnej – bez perspektywy poprawy.

Wyobraźmy sobie, że ministerstwo przeznacza kolejne 30 mln złotych na remont muzeum, a fundacja decyduje przenieść najcenniejsze obiekty do Puław. Konstrukcja prawna, w ramach której kto inny podejmuje strategiczne decyzje dotyczące zbiorów, a kto inny ponosi odpowiedzialność finansową i prawną, była wadliwa przynajmniej od momentu rozdzielenia funkcji prezesa zarządu i dyrektora Muzeum Narodowego. W przypadku dwuwładzy zwykle pojawiają się spory i konflikty – nawet przy najlepszej woli wszystkich.

Regułą jest, że losy wielkich prywatnych kolekcji regulowane są długoterminowo na trzy sposoby. W USA takie muzeum pozostaje przeważnie prywatne i wówczas – jak nowojorska Frick Collection – samo szuka środków na utrzymanie. W Europie kolekcja, jeśli brak bezpośrednich spadkobierców lub nie stać ich na jej utrzymanie, zwykle zostaje podarowana państwu. Tak stało się z londyńską Wallace Collection. Bywa również tak – jeśli właściciel nie zgadza się na przekazanie – że kolekcja zostaje przez państwo wykupiona. Tak było w przypadku Muzeum Thyssen-Bornemisza, za który w 1999 roku hiszpański rząd zapłacił 350 mln dolarów.

W dyskusji na temat wykupu zbiorów Czartoryskich pojawia się jeszcze kwestia precedensu. I znów: nie jest prawdą, że wykup zabytkowych nieruchomości i kolekcji w Polsce nie miał dotąd miejsca. Decyzje o wykupie dóbr kultury były wielokrotnie podejmowane przez władze samorządowe. Tak stało się m.in. kilka lat temu z pałacem w Kozłówce i jego wyposażeniem, wykupionym przez władze województwa lubelskiego, a w ubiegłym roku z pałacem Zamoyskich wykupionym przez władze powiatu Jarosław. Częściej jeszcze instytucje państwowe, korzystając z finansowego wsparcia ministerstwa lub samorządów, podpisywały ugody, płacąc za pozostawienie w swoich zbiorach kolekcji przejętych w latach 40.

Jestem jak najdalszy od niechęci do własności prywatnej, jaka w ostatnich latach narasta zarówno na prawicy, jak na lewicy. Ani rozsądek, ani istniejąca na świecie praktyka muzealna nie sprzeciwiają się własności prywatnej i sensowności rozwoju prywatnych kolekcji. Dwuwładza w Muzeum Czartoryskich była jednak gordyjskim węzłem nie do rozplątania. Decyzja o wykupie jest tego węzła przecięciem. Dobrze, że została podjęta.

Autor jest historykiem i publicystą. W latach 80. działał w opozycyjnym Ruchu Młodej Polski, w latach 90. redagował m.in. pisma „Debata" i „Kwartalnik Konserwatywny". W latach 2001–2002 był wicedyrektorem Instytutu Adama Mickiewicza. Od roku 2006 kieruje Muzeum Historii Polski.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

REDAKCJA POLECA

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA