fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

PiS zwiększa udziały „swoich ludzi”

Fotorzepa, Jerzy Dudek
Na horyzoncie rysuje się perspektywa „Budapesztu w Warszawie”, gdzie ludzie związani z władzą przejmują prywatne firmy. Ostatni przykład to przejęcie wolnych mediów przez ludzi ze środowiska Viktora Orbána - przekonuje poseł Nowoczesnej Jerzy Meysztowicz.

Od połowy listopada duże zainteresowanie wzbudza afera KNF. Trudno się dziwić opinii publicznej, kiedy mowa o propozycjach korupcyjnych sięgających astronomicznych kwot. Spore wątpliwości budzą deklaracje przedstawicieli rządu Prawa i Sprawiedliwości, który przekonuje o planach dogłębnego zbadania i wyjaśnienia sprawy, noszącej znamiona przestępstwa.

Niestety, trzeba przyznać, że PiS w tym wypadku jest sędzią we własnej sprawie. Nie wróży to zatem ani bezstronności w działaniu organów ścigania, ani należytej dynamiki w podejmowaniu tychże działań, która w tym przypadku jest niezwykle pożądana. Przykłady działań służb mieliśmy okazję obserwować ostatnimi czasy podczas rewizji w KNF, a także kiedy to zwlekano z zatrzymaniem głównego podejrzanego prawie dwa tygodnie.

Gospodarczy Budapeszt nad Wisłą

W aferze, o której mowa, jest bardzo wiele wątków. Jednym z nich, na którym chciałbym się skupić, jest tzw. plan Zdzisława. Zawiera on przepisy pozwalające na przejęcie prywatnej firmy – w tym przypadku banku – za symboliczną złotówkę. Co niezwykle ciekawe, poprawka do ustawy o Komisji Nadzoru Finansowego, umożliwiająca takie działanie, pojawiła się dopiero w chwili, kiedy wiadome już było, że Leszek Czarnecki, właściciel Getin Banku, nie przystał na korupcyjną propozycję.

Nasuwa się więc pytanie: dlaczego w pośpiechu forsuje się i zgłasza poprawki w II czytaniu do ustawy, bez wymaganego uzasadnienia i niezgodnie z powszechnie obowiązującymi zasadami legislacji? Komisja Nadzoru Finansowego otrzymuje w ten sposób dodatkowe narzędzia do przejmowania przez inne podmioty zagrożonych banków. Czy to nie wzbudza wątpliwości?

Jedynym logicznym uzasadnieniem wyżej opisywanej sytuacji może być forsowanie nowych reguł gry w gospodarce przez rząd Prawa i Sprawiedliwości. To, co było do tej pory w rękach prywatnych, jutro może być w rękach państwa.

Gdybyśmy zastanowili się chwilę dłużej, to nie chodzi tylko o zwiększanie udziału państwa w gospodarce. Na horyzoncie rysuje się perspektywa „Budapesztu w Warszawie”, gdzie od dawna środowiska związane z władzą przejmują prywatne firmy. Ostatni przykład to przejęcie wolnych mediów przez ludzi ze środowiska Viktora Orbána i stworzenie konglomeratu związanego z rządem.

Metody wykorzystujące zaangażowanie państwa pozwalają na skuteczne zawłaszczanie majątków. Chodzi zatem o to, żeby wraz z powiększaniem zasobów w dyspozycji państwa, zwiększać udziały „swoich” ludzi w gospodarce.

Opatrznie rozumiany sygnalista

Prawo i Sprawiedliwość uczy się bardzo szybko. To nie tylko przytoczona wyżej akcja nakierowana na konkretny bank. W rządzie krążą pomysły na systemowe ułatwienie takich działań jak na Węgrzech. Na początku 2018 roku ministrowie Kamiński i Wąsik forsowali pomysł ustawy o jawności życia publicznego.

Pod pozorem walki z korupcją pojawiły się w niej zapisy pozwalające w bardzo łatwy sposób na doprowadzenie firmy do bankructwa, a w konsekwencji do ewentualnego przejęcia za grosze. Nic bowiem nie stałoby na przeszkodzie, aby kolejny „pan Zdzisław” pokierował działaniami organów państwa w taki sposób, aby mogły one przejąć kolejną firmę. Być może wystarczyłoby oskarżyć władze firmy o to, że nie wprowadzono wystarczających procedur antykorupcyjnych i wymierzyć karę w wysokości do 10 mln złotych lub postraszyć zarząd pięcioletnim zakazem realizacji zamówień publicznych. Albo wykorzystać opatrznie rozumianą przez pomysłodawców tamtej ustawy instytucję sygnalisty, by wywołać kryzys w firmie. Dzięki skoordynowanej współpracy wielu stron społecznych, m.in. organizacji przedsiębiorców, NGO-sów, samorządowców oraz RPO udało się zatrzymać tamtą niebezpieczną ustawę.

Wątpliwe zapisy, wątpliwego projektu

Echa tej zablokowanej ustawy pobrzmiewają w kolejnym krążącym w rządzie dokumencie – autorstwa Ministerstwa Sprawiedliwości. Mowa tu o ustawie o odpowiedzialności podmiotów zbiorowych za czyny zabronione pod groźbą kary. Pomimo bardzo wielu negatywnych opinii i uwag m.in. Business Centre Club, Konfederacji Lewiatan, Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji, Deloitte Legal czy nawet państwowego PGNiG, nadal nie wycofano się z jej procedowania.

Tymczasem zastanówmy się chwilę, co nam może w ramach przyjaznego otoczenia dla przedsiębiorców i ich firm zafundować Ministerstwo Sprawiedliwości? Między innymi to, że możemy patrzeć, jak państwo doprowadza nas do ruiny lub przejmuje naszą własność pod pozorem „niezachowania ostrożności wymaganej w danych okolicznościach, mimo że można było przewidzieć możliwość popełnienia czynu zabronionego”, o czym mowa w art. 5 pkt 2 przytaczanej ustawy.

Nie stanowi dla nas również pocieszenia, że kary wobec podmiotu zbiorowego – a takimi są: osoby prawne, jednostki organizacyjne nieposiadające osobowości prawnej, spółki handlowe z udziałem Skarbu Państwa, zagraniczne jednostki organizacyjne oraz przedsiębiorcy niebędący osobami fizycznymi za przestępstwo lub przestępstwo skarbowe – będzie orzekał sąd. Praktyka pokazuje, że groźba kary będzie wisiała nad przedsiębiorstwem miesiącami, jak również niepewność, czy postanowienie będzie sprawiedliwe (z jednej strony to problem niskich kompetencji gospodarczych w wymiarze sprawiedliwości, z drugiej groźba upolitycznienia tych spraw po zmianach wprowadzonych przez PiS).

Zbyt duża władza prokuratorów

Największy niepokój mogą jednak budzić zapisy dotyczące kompetencji prokuratury, która może bez udowodnienia winy, wyłącznie „jeżeli zachodzi uzasadnione podejrzenie popełnienia czynu zabronionego stanowiącego podstawę tej odpowiedzialności oraz przemawia za tym interes społeczny” wydać postanowienie o tzw. zarządzie przymusowym potwierdzanym przez sąd.

W rozdziale zatytułowanym „środki zapobiegawcze” artykuły od 57 do 59 stanowią, że „w celu zabezpieczenia prawidłowego toku postępowania w sprawie odpowiedzialności podmiotów zbiorowych lub zapobiegnięcia popełnienia nowego przestępstwa można wobec podmiotu zastosować następujące środki zapobiegawcze: zakaz promocji i reklamy, zakaz zawierania umów określonego rodzaju, zakaz prowadzenia określonej działalności, zakaz obciążania na czas postępowania bez zgody sądu majątku lub jego zbywania, zakaz ubiegania się o zamówienia publiczne, wstrzymanie wypłat dotacji lub subwencji czy zakaz łączenia się, podziału lub przekształcenia się podmiotu zbiorowego”. W tym wypadku środki zapobiegawcze ma prawo zastosować prokurator bez zgody sądu. Jeżeli jednak sprawa znajdzie swój finał w sądzie, nikt poza nim nie jest upoważniony z mocy ustawy zakończyć sprawę.

Oby nie przyszli po waszą firmę

Wyżej wskazane sankcje mogą doprowadzić do upadłości w bardzo krótkim czasie każdego biznesu. W przypadku oddalenia zarzutów przez sąd nikt nie poniesie odpowiedzialności za straty lub upadłość przedsiębiorstwa.

Do tego dochodzą oczywiście podnoszone zarzuty rozbieżności pomiędzy regulacją projektu a kodeksem karnym. To ,co jednak najbardziej istotne w tym projekcie, to zrezygnowanie z prejudykatu podjęcia działań po uprzednim skazaniu za czyn zabroniony osoby fizycznej. W tej sytuacji może się okazać, że w konsekwencji postępowania to tylko i wyłącznie podmiot zbiorowy poniesie konsekwencje pomimo uniewinnienia osoby fizycznej, która to przyczyniła się do oskarżenia o czyn zabroniony!

Zastanawiać powinien też fakt, gdzie jest stanowisko rzecznika małych i średnich przedsiębiorców, który to został z fanfarami powołany w ramach tzw. Konstytucji dla biznesu przez premiera Mateusza Morawieckiego i miał chronić przedsiębiorców przed nadmiernym wykorzystywaniem władzy.

Konkluzja z tego, dla wszystkich prowadzących biznes w Polsce, jest taka, że jeżeli o szóstej rano ktoś zapuka do waszych drzwi, to nie możecie być pewni, czy przyszli po was, czy „tylko” po waszą firmę.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA