fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Prawo autorskie

Wydawcy prasy bez dyrektywy ws. zapłaty za wykorzystywanie treści w internecie

Fotolia
Dyrektywa o prawach autorskich chwilowo zatrzymana. Przyczyniły się do tego również głosy wszystkich polskich eurodeputowanych.

Parlament Europejski zdecydował w czwartek o odrzuceniu projektu mandatu negocjacyjnego w sprawie dyrektywy o prawach autorskich i skierowaniu jej pod obrady plenarne. Oznacza to, że projekt nowego prawa zostanie jeszcze raz przedyskutowany i poprawiony, ale tym razem w gronie wszystkich eurodeputowanych we wrześniu. To rzadka procedura, bo zazwyczaj projekt stanowiska PE przygotowują jego wyspecjalizowane komisje (w tym wypadku wiodącą była Komisja Prawna), jest on potem przyjmowany w głosowaniu plenarnym i staje się podstawą negocjacji z unijną Radą (ministrami państw członkowskich). Na końcu wspólna decyzja i ostateczny kształt prawa uciera się w tzw. trilogach, czyli negocjacjach między przedstawicielami trzech instytucji: PE i Rady – jako decydentów, z udziałem Komisji Europejskiej, która pierwotny projekt prawa przygotowała. Teraz jednak stało się inaczej i sięgnięto po procedurę bardziej transparentną. Ale też dużo bardziej polityczną, bo poprawki będą zgłaszać już nie tylko wyspecjalizowani europosłowie.

Czytaj także: Parlament Europejski przeciw walce z piractwem internetowym

W PE zwyciężył oportunizm i propaganda

Zastraszanie eurodeputowanych

– Żałuję, że większość posłów do PE nie poparła naszego stanowiska. Jest to jednak część procesu demokratycznego. We wrześniu wrócimy do tej kwestii, aby dokładniej się zastanowić i spróbować rozwiać obawy ludzi, a jednocześnie zaktualizować zasady dotyczące praw autorskich we współczesnym środowisku cyfrowym – powiedział sprawozdawca dyrektywy Axel Voss, niemiecki chadek.

Przeciwnicy dyrektywy cieszą się z sukcesu, choć to jeszcze nie koniec debaty. A jej zwolennicy mają nadzieję, że przegrali bitwę, ale nie wojnę. I apelują o tonowanie nastrojów. – Przed tym głosowaniem rozpowszechniano mnóstwo wprowadzających w błąd informacji. Nie akceptujemy takiej skali nadużyć i zastraszania, z jaką mieliśmy do czynienia w ostatnich dniach. Będziemy bronić autonomii Parlamentu Europejskiego i prawa eurodeputowanych do pracy bez bycia zastraszanym – oświadczył Udo Bullman, szef europejskich socjaldemokratów, obrońca dyrektywy.

W dyrektywie nie chodziło o konflikt między wolnością internautów a prawami wielkich koncernów. Wręcz przeciwnie. W tym sporze po jednej stronie barykady stanęli obrońcy wolności i koncerny takie jak Google czy Facebook. A po drugiej artyści i wydawcy.

Kontrowersyjne artykuły 11 i 13

Dyrektywa ma być fundamentalną zmianą prawa po 16 latach, czyli tak naprawdę dostosowaniem rozwiązań dotyczących praw autorskich do rzeczywistości świata cyfrowego. W projekcie przedstawionym przez Komisję Europejską znalazł się zapis ważny dla wydawców prasowych. Artykuł 11 dyrektywy przewiduje przyznanie wydawcom praw pokrewnych, czyli de facto tych samych praw, które mają autorzy, jeśli chodzi o zwielokratnianie oraz publiczne odtwarzanie ich prac. Miałoby to dać im efektywny instrument dopominania się o wynagrodzenie ze strony portali internetowych czy wyszukiwarek typu Google News, dostarczających czytelnikowi za darmo treści z gazet, za które w innej sytuacji musiałby zapłacić. To nie podoba się portalom, które żyją z agregowania opublikowanych przez innych dzieł. Przepis wzbudził też obawy o to, że zwykli użytkownicy będą musieli płacić za cytowanie czy linkowanie cudzych treści. Mówiło się nawet o podatku od linkowania. To jednak nieprawda, bo zapłacić musiałby tylko portal, który czerpie z takich publikacji zyski. Nie ma też tu mowy o żadnych ograniczeniach przepływu informacji: publikowanie byłoby jak najbardziej dozwolone, pod warunkiem że taki pośrednik zapłaciłby wydawcy dostarczającemu oryginalną treść.

Jeszcze bardziej kontrowersyjny okazał się artykuł 13. Mowa w nim o konieczności filtrowania dostarczanych przez użytkowników treści pod kątem łamania praw autorskich. Portale typu YouTube musiałyby sprawdzać, czy ładowane do serwisu filmiki nie zawierają materiałów chronionych. Przeciwnicy tego rozwiązania nazywają to cenzurą prewencyjną. Koncerny internetowe są też temu przeciwne, bo to wymagałoby od nich opracowania odpowiednich rozwiązań technologicznych, a następnie wzięcia odpowiedzialności za ewentualne naruszenie takich praw.

Inna sytuacja, nietrafne porównanie

Zgubne miano ACTA 2
 
Propozycja nowej unijnej dyrektywy o prawach autorskich zyskała popularne miano ACTA 2 w nawiązaniu do ACTA, wielostronnej umowy handlowej dotyczącej zwalczania obrotu towarami podrabianymi, którą Unia przyjęła w 2011 r. Wtedy jej przeciwnicy twierdzili, że pod pretekstem ochrony prawa własności intelektualnej wprowadza się inwigilację internautów. Teraz dyrektywa o prawach autorskich została uznana za zamach na wolność w internecie. Eksperci podważają trafność porównania, ale było ono na tyle przekonujące, żeby zachęcić do rozpoczęcia na nowo prac nad dyrektywą. ACTA wywołała masowe protesty. Można było się obawiać, że tym razem dojdzie do podobnych demonstracji.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA