fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Rzeź Woli. Rozstrzelane miasto

Ofiary masakry na Woli. Niemcy nie oszczędzali nikogo, bestialsko mordując mężczyzn, kobiety i dzieci.
Wikipedia
Trzy dni i ponad 50 tys. zabitych – rzeź Woli dokonana przez Niemców podczas powstania warszawskiego to jedna z największych masowych zbrodni w historii świata.

W piątym dniu Powstania Warszawskiego w Warszawie doszło do tzw. Rzezi Woli, w czasie której Niemcy zamordowali od 20 do 45 tys. mieszkańców Warszawy. W związku z przypadającą 1 sierpnia 75. rocznicą wybuchu Powstania Warszawskiego przypominamy tekst, który ukazał się w "Rzecz o historii" w 2017 roku.

Kamienica przy Wolskiej 129 była naprawdę duża – w 150 lokalach mieszkało około 600 osób. Pierwsze dni powstania mijają tu stosunkowo spokojnie. 5 sierpnia o godzinie 10 rano na obszernym podwórzu domu zaroiło się jednak od Niemców. Oddział liczy kilkadziesiąt osób. Są uzbrojeni w karabiny maszynowe i granaty. Groźbami i siłą wyganiają wszystkich mieszkańców budynku na ulicę Wolską. „Wyszłam z mieszkania z mężem, dwoma synami i dwiema córkami. Razem z innymi mieszkańcami domu żandarmi kazali nam wyjść na ulicę Wolską, przejść jezdnię i zatrzymać się przy parku Sowińskiego. Odłączono mężczyzn od kobiet oraz oddzielono od matek chłopców w wieku od 14 lat. [...] Zobaczyłam, iż na rogu ul. Wolskiej i Ordona stoi na podstawie karabin maszynowy, a przy naszym domu w odległości ok. 10 m od ul. Ordona, w kierunku Prądzyńskiego, stoi drugi karabin maszynowy. [...] Z tych karabinów żołnierze niemieccy dali do nas salwy. Upadłam na ziemię. Nie byłam ranna. Na moje nogi padały zwłoki. Żyła jeszcze leżąca przy mnie moja najmłodsza córka Alina" – relacjonowała tuż po wojnie Wacława Szlacheta, jedna z nielicznych ocalałych z rzezi. Kątem oka widzi, jak żołnierz podchodzi do wózka, w którym leżą kilkumiesięczne bliźnięta jej sąsiadki, i strzela do nich. Krew w żyłach mrożą jęki konających w cierpieniach. Kiedy w końcu Niemcy odchodzą, udaje jej się uciec z miejsca egzekucji. Odnajduje zwłoki dwóch córek. Po mężu i dwóch synach nie ma śladu. W jednej chwili traci wszystkich bliskich.

Na sąsiedniej ulicy Elekcyjnej w domu pod numerem 8 świat rozpada się Henrykowi Haboszewskiemu. Również tutaj oprawcy pojawiają się około godzinie 10. „Wypędzono nas z piwnic i pognano pod park na Ulrychowie, do przechodzących strzelano, żonę zabito na miejscu, dziecko nasze ranne wołało matkę, wkrótce podszedł Ukrainiec i zabił moje dwuletnie dziecko jak psa. Następnie razem z Niemcami zbliżył się do mnie, stanął mi na piersiach, patrząc, czy żyję. Udawałem trupa". Niemcy przyprowadzają kolejne grupy mieszkańców Woli i na miejscu rozstrzeliwują. „Tworzył się zwał niezliczonych trupów. Tych, co jeszcze dawali oznaki życia, dobijano. Zostałem przywalony jakimiś ciałami, tak że się prawie dusiłem. Egzekucje trwały do piątej po południu" – opowiadał Haboszewski.

Pacyfikacją Woli dowodził SS-Gruppenführer Heinz Reinefarth (pośrodku z Krzyżem Żelaznym).
Wikipedia

Każdego mieszkańca należy zabić

Do podobnych zbrodni dochodzi niemal w każdym domu, parku, fabryce czy placyku przy Wolskiej, Górczewskiej, Elekcyjnej, Płockiej, Okopowej i wielu innych uliczkach Woli. Opróżnione z mieszkańców domy były podpalane, podobnie jak zwłoki pomordowanych. Dlatego tak trudno dziś ustalić liczbę ofiar. Już nigdy nie dowiemy się dokładnie, ile tysięcy ludzi zginęło. Po wojnie prochy ofiar zostały złożone w zbiorowych grobach. Jedno jest pewne: liczba pomordowanych była olbrzymia. Ginęły całe wielopokoleniowe rodziny. „Przemysłowa" skala zbrodni sprawiła, że oprawcy czasami popełniali błędy, jednak cudem ocalonych, takich jak Wacława Szlacheta czy Henryk Haboszewski, była garstka. Z ich relacji wyłania się obraz niewyobrażalnej zbrodni, która była efektem wypełnienia szaleńczego rozkazu Hitlera, który na wieść o wybuchu powstania w Warszawie nakazał zniszczyć miasto i wymordować wszystkich jego mieszkańców. Zgodnie z relacją SS-Obergruppenführera Ericha von dem Bach-Zelewskiego, którego mianowano dowódcą sił wyznaczonych do spacyfikowania stolicy Polski, rozkaz brzmiał następująco: „Każdego mieszkańca należy zabić, nie wolno brać żadnych jeńców. Warszawa ma być zrównana z ziemią i w ten sposób ma być stworzony zastraszający przykład dla całej Europy".

Podobny kataklizm już raz dotknął stolicy Polski. 150 lat wcześniej podczas insurekcji kościuszkowskiej straszliwej rzezi mieszkańców Pragi dokonali rosyjscy żołdacy gen. Suworowa. W wyniku trwającej wiele godzin fali mordów życie straciło ponad 20 tys. ludzi.

Niemcy nie chcieli być gorsi. W ciągu 10 dni, między 2 a 12 sierpnia 1944 r., wymordowali na Woli ponad 50 tys. ludzi (niektóre szacunki mówią nawet o 65 tys. zabitych), z czego większość między 5 a 7 sierpnia. Najtragiczniejsza była „czarna sobota", czyli 5 sierpnia, kiedy w masowych mordach zginęło 20–30 tys. osób. Gdyby przyjąć szacunkową liczbę 50 tys. zabitych w ciągu trzech dni, okaże się, że średnio co godzinę mordowano około 700 osób.

Przytaczam te liczby, podobnie jak relacje ocalonych, nieprzypadkowo, najmocniej bowiem przemawiają one do wyobraźni współczesnego człowieka. O ile w Polsce ta zbrodnia jest dość dobrze znana i udokumentowana, o tyle na świecie wiedza o niej wciąż jest znikoma. A przecież to nie tylko największy pojedynczy masowy mord w historii Polski, lecz także jedna z największych zbrodni tego typu w dziejach ludzkości, szczególnie gdy weźmiemy pod uwagę jej stosunkowo niewielki zasięg terytorialny i krótki czas, w jakim jej dokonano.

Porównać można ją jedynie z masakrą nankińską, której dopuścili się Japończycy na przełomie roku 1937 i 1938. Kiedy wojska japońskie zajęły ówczesną stolicę Republiki Chińskiej, rozpętały w mieście niebywały terror. Zginęło około 100 tys. ludzi, choć niektóre szacunki mówią nawet o liczbie trzykrotnie większej. W odróżnieniu od warszawskiej Woli zabijano jednak głównie mężczyzn, kobiety zaś gwałcono. Szacuje się, że Japończycy dopuścili się od 20 tys. do 80 tys. gwałtów.

Oskar Dirlewanger – bestia w ludzkiej skórze
Wikipedia

Piekło zstąpiło na ziemię

Niemcy bestialsko mordują ludność cywilną Warszawy już od pierwszych dni powstania. Wystarczy wspomnieć rozstrzelanie około 40 mieszkańców kilku kamienic przy Marszałkowskiej przez oddział Ukraińców czy spalenie żywcem blisko 200 osób przy ulicy Olesińskiej na Mokotowie. Wykorzystują także polskich cywilów w charakterze żywych tarcz, m.in. na Woli podczas ataków na barykady na Okopowej i Wolskiej.

Prawdziwe piekło rozpętuje się jednak, kiedy do Warszawy przybywają tzw. siły odsieczy, czyli jednostki, których zadaniem jest uwolnienie gubernatora dystryktu warszawskiego Ludwiga Fischera i generała Reinera Stahela, okrążonych w dzielnicy rządowej – w okolicach pl. Piłsudskiego – i opanowanie niezwykle ważnej dla Niemców ze względów strategicznych arterii komunikacyjnej Wolska – Chłodna – Ogród Saski – most Kierbedzia. Owe „siły odsieczy" to przede wszystkim naprędce zorganizowana grupa policyjna z Kraju Warty, dowodzona przez SS-Gruppenführera Heinza Reinefartha, brygada SS pod dowództwem sadystycznego SS-Oberführera Oskara Dirlewangera (składająca się m.in. z batalionu, w którym służyli niemieccy kłusownicy i kryminaliści, tzw. batalionu rosyjskiego i wschodniomuzułmańskiego pułku SS, sformowanego głównie z Turkmenów i Azerów) oraz dwa bataliony azerbejdżańskie (batalion „Bergman" i I batalion 111. pułku). Niemcy przerzucają też do Warszawy pułk szturmowy Brygady RONA (Rosyjskiej Narodowej Armii Wyzwoleńczej). Bezpośrednie dowodzenie obejmuje nad nimi major Jurij Frołow. Pułk RONA przez pierwsze dziesięć dni walk z powstańcami (4–14 sierpnia) stacjonuje na Ochocie, gdzie zapisuje się mordami cywilów, gwałtami i rabunkami. Dowódcą całości tych sił zostaje mianowany Heinz Reinefarth.

Główny szturm na Wolę rusza rankiem

5 sierpnia. Po wyparciu powstańców z placówek przy Górczewskiej i Wolskiej oddziały Grupy Szturmowej „Reinefarth" rozpoczynają rzeź ludności cywilnej. Oprawcy nie oszczędzają nikogo, bez litości mordują kobiety, dzieci, starców, rannych i chorych. Otaczają kolejne domy, wypędzają mieszkańców na ulicę lub na podwórza i rozstrzeliwują. Często w ruch idą granaty, zwłaszcza jeśli mieszkańcy chronią się w piwnicach.

Jan Grabowski wraz z rodziną i pozostałymi mieszkańcami domu przy Wolskiej 123 zostaje zmuszony do przejścia na plac przed pobliską kuźnią: „Niemcy zaczęli strzelać z karabinu maszynowego i karabinów ręcznych, a także rzucać granaty w tłum leżących ludzi. Po jakimś czasie [...] zobaczyłem, iż Niemcy przypędzili nową grupę. [...] Strzelanina trwała z przerwami na dobijanie co najmniej sześć godzin". On sam ma szczęście, nie zostaje nawet ranny. Jednak na jego oczach żołdacy mordują jego żonę i dwóch synów. „Słyszałem, jak żandarm mówił, by zabić mego pięciomiesięcznego synka, który płakał, po czym posłyszałem strzał i dziecko ucichło. Leżąc, udawałem zabitego".

Niemcy stopniowo udoskonalają sposoby przeprowadzania masowych mordów. Aby zużywać mniej amunicji i granatów, wpadają na pomysł, by zamykać mieszkańców w kamienicach, a następnie je podpalać. Ludzie albo palą się żywcem, albo wybiegają z domu lub wyskakują z okien prosto pod karabiny i miotacze płomieni. W ten sposób giną m.in. mieszkańcy tzw. domów Hankiewicza przy ul. Wolskiej 105/109 (ok. 2 tys. ofiar) oraz Kolonii Wawelberga przy ul. Górczewskiej 15 (2–3 tys. ofiar). Aby zwłoki lepiej się paliły, oprawcy jeszcze przed egzekucją każą swoim ofiarom wyrywać sztachety z płotów.

W sierpniu krew zastyga szybko

Szczególnym okrucieństwem wykazują się dirlewangerowcy. Zachęca ich do tego sam dowódca, który z pistoletem w ręku osobiście bierze udział w wielu zbrodniach. Na terenie cerkwi św. Jana Klimaka przy ul. Wolskiej 149  esesmani w bestialski sposób mordują kilkadziesięcioro dzieci z prawosławnego sierocińca. Mathi Schenk, Belg wcielony do armii niemieckiej i w czasie powstania warszawskiego tymczasowo przydzielony do brygady Dirlewangera, tak wspomina to wydarzenie: „Wysadziliśmy drzwi, chyba do szkoły. Dzieci stały w holu i na schodach. Dużo dzieci. Rączki w górze. Patrzyliśmy na nie kilka chwil, zanim wpadł Dirlewanger. Kazał zabić. Rozstrzelali je, a potem po nich chodzili i rozbijali główki kolbami. Krew ciekła po schodach".

Dirlewangerowcy dopuszczają się także licznych gwałtów. „Za każdym razem, kiedy szturmowaliśmy piwnicę, a były w niej kobiety, dirlewangerowcy je gwałcili. Często kilku tą samą, szybko, nie wypuszczając broni z rąk. Po jakiejś walce wręcz trząsłem się pod ścianą, nie mogłem się uspokoić; wpadli ludzie Dirlewangera. Jeden wziął kobietę. Była ładna, młoda. Nie krzyczała. Gwałcił ją, przyciskając mocno jej głowę do stołu. W drugiej ręce miał bagnet. Najpierw rozciął jej bluzkę. Potem jedno cięcie, od brzucha po szyję. Krew chlusnęła. Czy wiecie, jak szybko zastyga krew w sierpniu...?". Do licznych gwałtów dochodzi także w zajezdni przy Młynarskiej. Oprawcy wybierają młode kobiety i dziewczynki i zanim strzelą im w tył głowy, brutalnie gwałcą.

Późnym popołudniem 5 sierpnia hitlerowcy modyfikują nieco metodę likwidowania cywilów. Nie mają zresztą wyjścia. Na wolskich ulicach, skwerach i podwórkach zalega już tyle ciał, że specjalne komanda nie nadążają z ich paleniem. W sierpniowym słońcu zwłoki rozkładają się błyskawicznie. Grozi epidemia. Chaotyczna dotychczas masakra zmienia się więc w dobrze zorganizowaną egzekucję. Na terenie dzielnicy zostaje wyznaczonych kilka punktów zlokalizowanych przede wszystkim przy ulicach Wolskiej i Górczewskiej, gdzie przeprowadzane są masowe egzekucje. Są to głównie zabudowania fabryczne, parki, place. Aby usprawnić usuwanie ciał, kolejne grupy prowadzonych na stracenie muszą się wspinać na stosy wcześniej pomordowanych i dopiero tam są rozstrzeliwani. Jan Grabowski, ocalały z mordu koło kuźni przy ul. Wolskiej 124, po wojnie opisał jedno z takich miejsc: „Trupy nosiliśmy na dwie kupy aż do zmroku. Jeden stos miał długość ok. 20 m, drugi 15 m, szerokość ok. 10 m, wysokość ok. 1,5 m". Czasami kolejne warstwy ciał były przekładane deskami, aby stos szybciej się palił.

Główne miejsca zbrodni to okolice nasypu kolejowego przy Górczewskiej (5–10 tys. ofiar), fabryka K. Franaszka przy ul. Wolskiej 41/45 (ok. 7 tys. ofiar), park Sowińskiego (ok. 1,5 tys. ofiar), zajezdnia tramwajowa przy ul. Młynarskiej (ok. 1 tys. ofiar), fabryka Kirchmajera i Marczewskiego przy ul. Wolskiej 79/81 (ok. 2 tys. ofiar) oraz fabryka Ursus przy ul. Wolskiej 55 (ok. 7 tys. zabitych). W tym ostatnim punkcie gehennę przeżywa Wanda Felicja Lurie, zwana po wojnie polską Niobe. Jej wspomnienie jest jedną z najbardziej znanych i przejmujących relacji z mordów na Woli.

5 sierpnia wraz z trójką dzieci w wieku 11 lat, 6 lat i 3,5 roku chroni się w piwnicy domu przy ul. Wawelberga 18. Jest w ostatnim miesiącu ciąży. Niemcy przepędzają wszystkich mieszkańców kamienicy na teren fabryki Ursus. Na podwórzu widać zwał trupów wysokości metra. „Naszą grupę skierowano w kierunku przejścia między budynkami. Leżały tam już trupy. Gdy pierwsza czwórka dochodziła do miejsca, gdzie leżały trupy, strzelali Niemcy i Ukraińcy w kark od tyłu. Zabici padali, podchodziła następna czwórka, by tak samo zginąć. [...] Podeszłam więc w ostatniej czwórce razem z trojgiem dzieci do miejsca egzekucji, trzymając prawą ręką dwie rączki młodszych dzieci, lewą – rączkę starszego synka. Dzieci szły, płacząc i modląc się. Starszy, widząc zabitych, wołał, że i nas zabiją. W pewnym momencie Ukrainiec stojący za nami strzelił najstarszemu synkowi w tył głowy, następne strzały ugodziły młodsze dzieci i mnie. Przewróciłam się na prawy bok. Strzał oddany do mnie nie był śmiertelny. Kula trafiła w kark z lewej strony i przeszła przez dolną część czaszki, wychodząc przez prawy policzek. Dostałam krwotoku ciążowego. Wraz z kulą wyplułam kilka zębów. Czułam odrętwienie lewej części głowy i ciała. Byłam jednak przytomna i leżąc wśród trupów, widziałam prawie wszystko, co się działo dokoła. Obserwowałam dalsze egzekucje. Wprowadzono nową partię mężczyzn, których trupy padały i na mnie. [...] Wprowadzono dalszą partię kobiet i dzieci – i tak grupa za grupą rozstrzeliwano aż do późnego wieczoru". Wanda Lurie przeżyła. 20 sierpnia 1944 r. już w obozie przejściowym w Pruszkowie urodziła syna Mścisława.

Mordercy z SS i Wehrmachtu nie oszczędzają także licznych wolskich szpitali. W Szpitalu Wolskim, mieszczącym się przy Płockiej 26, mordują wszystkich lekarzy i pielęgniarki (ok. 60 osób) oraz pacjentów (prawie 300 osób). Do największej rzezi dochodzi w położonym kilka przecznic dalej szpitalu św. Łazarza. Wieczorem 5 sierpnia wdzierają się tam Azerowie z batalionu 111. pułku oraz 2. batalionu „Bergman". Nie mają litości dla nikogo. Od strzałów w tył głowy, serii z broni maszynowej i granatów giną ranni, lekarze, a także szukająca w szpitalu schronienia ludność cywilna, wśród której jest wiele dzieci. W szpitalu ginie ok. 1,2 tys. osób, niektóre płoną żywcem w podpalonych po rzezi budynkach. Do zbrodni dochodzi także w szpitalu Karola i Marii przy ul. Leszno 36. Z trzech wolskich szpitali Niemcy oszczędzają tylko jeden – szpital zakaźny św. Stanisława, w którym urządzają własny lazaret.

Wieczorem 5 sierpnia do Warszawy przybywa gen. Erich von dem Bach-Zelewski, który obejmuje dowództwo nad całością sił walczących z powstaniem w Warszawie i zakazuje zabijania dzieci oraz kobiet. Nie jest to decyzja podyktowana względami humanitarnymi. Dowództwo niemieckie dochodzi do wniosku, że szkoda marnować „żywą siłę", która może być użyta podczas niewolniczych prac w Niemczech. Skala i natężenie mordów powodują także, że problemem staje się brak amunicji. Nie starcza jej na jednoczesne mordowanie cywilów i walkę z powstańcami. Porucznik artylerii Hans Thieme (po wojnie profesor prawa na uniwersytetach w Lipsku i Getyndze) tak zrelacjonował spotkanie z Reinefarthem: „Patrząc chłodno na kolumnę kobiet i dzieci, ciągnącą nie dalej niż 10 metrów od nas, powiedział: »Patrzcie, panowie, ci uciekinierzy to nasz największy problem! Nie mam tyle amunicji, aby ich wszystkich położyć trupem!«".

Decyzja gen. von dem Bacha powoduje, że orgia zniszczenia i mordów nieco słabnie. Jednak do ogarniętych zbrodniczym szałem niemieckich żołdaków rozkaz ów dociera powoli. Z dużymi oporami stosują się do niego dirlewangerowcy. Masowe egzekucje trwają więc jeszcze dwa dni i przynoszą co najmniej kolejnych 10–15 tys. ofiar. Cywile, którzy przeżyli pierwszą falę mordów, próbują się przedrzeć na tereny opanowane przez powstańców (swoją drogą pojawienie się oszalałych ze strachu i zmaltretowanych ludzi bardzo negatywnie wpływa na morale powstańców i ludności cywilnej Śródmieścia oraz Starego Miasta) lub są pędzeni przez Niemców do nowo utworzonego obozu przejściowego w Pruszkowie.

„Po obu stronach ulicy jeszcze płonęły lub dogasały domy. [...] Pełno trupów. Tu leży kilku mężczyzn, tam kobieta naga do pasa już zastygła, niektóre trupy rozjechane przez samochody, odrzucone na bok jak łachmany. Ślady rabunku, jakieś walizki porozbijane, stosy banknotów, fruwające na wietrze, na które nikt nie zwracał uwagi. Co chwila słychać wrzaski rozdzierające i strzały. To oddziały policji Dirlewangera mordowały ludzi, strzelając do nich na naszych oczach. Miejscami stąpaliśmy po kałużach świeżej krwi" – opisywał moment wyjścia z miasta adwokat Stanisław Wojciech Talikowski.

Mordercy chodzą na wolności

Mówimy, że kiedy umiera człowiek, ginie cały świat. W ciągu kilku gorących dni sierpnia 1944 r. zabito na Woli tych światów kilkadziesiąt tysięcy. Niestety, wielu sprawców tej przerażającej zbrodni pozostało bezkarnych. Generał Erich von dem Bach-Zelewski, schwytany przez Amerykanów, w zamian za to, że zgodził się „sypać" podczas procesu norymberskiego, nie został przekazany polskiej prokuraturze. Ostatecznie trafił do więzienia, ale za inne przestępstwa popełnione w czasie wojny. Amerykanie nie zgodzili się także na ekstradycję zbrodniarza Heinza Reinefartha. Po wojnie zrobił nawet karierę polityczną – został burmistrzem miasta Westerland na wyspie Sylt, a następnie zasiadał w landtagu kraju związkowego Szlezwik-Holsztyn. Prowadzone przeciw niemu postępowanie zostało w 1967 r. umorzone przez sąd w Flensburgu ze względu na rzekomy „brak wystarczających dowodów winy".

Zemsta ofiar dosięgła jedynie Oskara Dirlewangera. W 1945 r. zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach w Altshausen w Badenii-Wirtembergii, a jedna z wersji jego śmierci mówi, że został zakatowany przez pilnujących go żołnierzy polskich, którzy rozpoznali w nim kata Woli. Ci jego podkomendni, którzy przetrwali wojnę, w wielu wypadkach dożyli w spokoju późnej starości. W 2008 r. niespodziewanie pojawiła się szansa na osądzenie chociaż części z nich. W archiwach austriackiego Czerwonego Krzyża odnaleziono nieznane wcześniej dokumenty z nazwiskami oraz danymi 85 dirlewangerowców. Dzięki pracy wolontariuszy z Muzeum Powstania Warszawskiego udało się ustalić, że dziesięciu z nich wciąż żyje w Niemczech. Wytoczenie im procesów wymagało jednak wsparcia ze strony tamtejszych instytucji zajmujących się ściganiem zbrodni nazistowskich i gromadzeniem danych o zbrodniarzach wojennych. Niemieckie śledztwo w tej sprawie zostało jednak umorzone w 2012 r. Niemcy nie wysilali się zbytnio, ich działanie sprowadziło się do pobieżnych kwerend w archiwach Centralnego Urzędu Ścigania Zbrodni Nazistowskich w Ludwisburgu i w Archiwum Federalnym w Koblencji.

I nie powinno nas to dziwić. Nasi zachodni sąsiedzi, tropiąc byłych nazistów, stosują bowiem podwójne standardy. Kiedy chodzi o ściganie zbrodniarzy odpowiedzialnych za mordowanie Żydów, niemieccy prokuratorzy potrafią przeczesywać archiwa w całej Europie i postawić przed sądem nawet 93-letniego starca, tak jak kilka lat temu w przypadku Hansa Lipschisa, strażnika z Auschwitz. Tymczasem sprawcy nieprawdopodobnej rzezi na warszawskiej Woli być może wciąż chodzą na wolności. Takie postępowanie jest jednak zgodne z prowadzoną konsekwentnie od lat niemiecką polityką historyczną, której celem jest przekonanie świata, iż jedynymi ofiarami wojny byli Żydzi i niemieccy „wypędzeni". 200 tys. mieszkańców Warszawy bestialsko wymordowanych przez Niemców i ich wschodnich sojuszników zdecydowanie nie pasuje do tego obrazu.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA