fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Kaci Powstania Warszawskiego: Spóźniona sprawiedliwość

W pierwszych dniach powstania Niemcy dokonali masakry Woli, mordując od 30 tys. do 60 tys. Polaków (na zdjęciu: cywile pędzeni ul. Wolską)
wikipedia
Najważniejsi kaci Powstania Warszawskiego nigdy nie ponieśli odpowiedzialności za ludobójstwo dokonane w stolicy Polski. Szef SS popełnił samobójstwo, a podlegli mu generałowie, nawet jeśli trafili do więzień, to na krótko i za inne przestępstwa.

W związku z przypadającą 1 sierpnia 75. rocznicą wybuchu Powstania Warszawskiego przypominamy tekst, który ukazał się w "Rzecz o historii" w 2018 roku.

"Mein Führer, pora jest dla nas niezbyt pomyślna. Z punktu widzenia historycznego jest to jednak błogosławieństwo, że Polacy to robią. Po pięciu, sześciu tygodniach wybrniemy z tego. A po tym Warszawa, stolica, głowa, inteligencja tego byłego 16- czy 17-milionowego narodu Polaków, będzie zniszczona, tego narodu, który od 700 lat blokuje nam Wschód i od czasu pierwszej bitwy pod Tannenbergiem staje nam na drodze. A wówczas historycznie polski problem nie będzie już wielkim problemem dla naszych dzieci i dla wszystkich, którzy po nas przyjdą, ba, nawet już dla nas" – te słowa wypowiedział do Adolfa Hitlera Reichsführe SS Heinrich Himmler. Był wieczór 1 sierpnia 1944 r. Do kwatery głównej Hitlera w Berlinie dotarła właśnie informacja, że kilka godzin wcześniej, punktualnie o 17, mieszkańcy Warszawy chwycili za broń i rozpoczęli walkę o wolność. Choć Wehrmacht po licznych klęskach na froncie wschodnim był już w odwrocie i cofał się w stronę Berlina, Hitler był pewien, że nagły zryw Polaków w Warszawie zakończy się ich klęską i całkowitym zwycięstwem Niemiec.

Jeszcze tego samego wieczoru Hitler zwołał tajną naradę, na którą zaprosił Heinricha Himmlera i kilku generałów, w tym Ericha von dem Bacha-Zelewskiego, którego Sztab Generalny wyznaczył na dowódcę odpowiedzialnego za stłumienie powstania. „Każdego mieszkańca należy zabić – mówił Hitler według późniejszej relacji von dem Bacha. – Nie wolno brać żadnych jeńców. Warszawa ma być zrównana z ziemią i w ten sposób ma dać zastraszający przykład dla innych miast Europy”. Podobne rozkazy, nakazujące zamordowanie tysięcy walczących o wolność Polaków, otrzymali wieczorem 1 sierpnia dowódcy wojska, policji, SS i gestapo operujący na terenie Warszawy i okolic, w tym generał Heinz Guderian, odpowiedzialny za armię stacjonującą na terenie Generalnej Guberni.

Tak rozpoczynała się wielka i krwawa, nierówna bitwa polskiego miasta z przeważającymi siłami wroga. Bitwa, która zakończyła się druzgocącym zwycięstwem wojsk niemieckich. Zwycięstwo to (militarnie pozbawione znaczenia) okupiono krwią dziesiątek tysięcy warszawiaków. Siedem miesięcy później, gdy hitlerowskie Niemcy podpisały akt bezwarunkowej kapitulacji, zwycięscy alianci zaczęli wyłapywać dygnitarzy hitlerowskiego państwa, aby postawić ich przed sądem i rozliczyć za zbrodnie. W aktach oskarżenia, które sypały się przed alianckimi sądami, zarzutów o zbrodnie popełnione w Warszawie zabrakło.

Dziwna śmierć

Heinrich Himmler, jeden z najbliższych współpracowników Adolfa Hitlera, tuż po wybuchu Powstania Warszawskiego zadzwonił do Oberführera Paula Otto Geibela, szefa SS w dystrykcie warszawskim, i wydał mu polecenie: „Niech pan zniszczy dziesiątki tysięcy”. Już od pierwszych dni niemieckie jednostki rozpoczęły brutalną pacyfikację polskiej stolicy, mordując ludność cywilną, w tym kobiety, dzieci, starców i pacjentów szpitali.

Pół roku później, gdy wojska aliantów zbliżały się do Berlina, generałowie zwycięskich armii zaczęli sporządzać listy poszukiwanych nazistowskich zbrodniarzy wojennych. Nazwisko Himmlera znalazło się na drugim miejscu (na pierwsze trafił sam Hitler). 28 kwietnia Hitler dowiedział się z brytyjskiego radia, że Himmler rozpoczął tajne negocjacje z zachodnimi aliantami za pośrednictwem Czerwonego Krzyża. W efekcie pozbawił go wszystkich funkcji państwowych i członkostwa w NSDAP. Dwa dni później Hitler popełnił samobójstwo, a jego następca – admirał Karl Dönitz – 8 maja podpisał akt bezwarunkowej kapitulacji Niemiec. Heinrich Himmler zrozumiał wówczas, że jego próby dogadania się z aliantami spełzły na niczym, a jemu samemu wkrótce przyjdzie odpowiedzieć za zbrodnie wojenne. Aby uniknąć sądu i surowego wyroku, zdobył dokumenty na fałszywe nazwisko i udając podoficera tajnej żandarmerii polowej, rozpoczął podróż do Bawarii. Liczył, że uda mu się niepostrzeżenie przekroczyć granicę, a potem przedostać się do Ameryki Południowej, gdzie niemieccy zbrodniarze szukali bezpiecznej przystani.

Plan jednak spalił na panewce. 22 maja Himmler wpadł w ręce brytyjskich żołnierzy wskutek fatalnego błędu na punkcie granicznym. Zamiast wmieszać się w tłum Niemców wracających do domu, podszedł do wartownika i pokazał mu sfałszowane dokumenty. Nie wiedział, że alianccy żołnierze mieli rozkaz aresztować nie tylko esesmanów i funkcjonariuszy gestapo, lecz również żandarmów. Himmler został więc rutynowo zatrzymany. Przewieziono go do obozu w miejscowości Westertimke. Zbrodniarz doszedł do wniosku, że uda mu się ubić interes polityczny z Brytyjczykami. Wówczas ujawnił swoje prawdziwe nazwisko. To, co wydarzyło się później, jest tajemnicą. Według oficjalnej wersji 23 maja wzięto go na przesłuchanie i wtedy niespodziewanie popełnił samobójstwo, połykając cyjanek potasu. Brytyjczycy sfilmowali i sfotografowali jego zwłoki, a ich dowódca, marszałek Bernard Montgomery, kazał pochować je w nieznanym miejscu.

Jednak dokumenty dotyczące sekcji zwłok Himmlera zostały utajnione aż na 100 lat (zostaną upublicznione najwcześniej w 2045 r.), a lekarze, którzy oglądali zwłoki, zanotowali w protokołach, że nie ma śladów po dużej bliźnie. Wszystko wskazuje na to, że Himmler nie popełnił samobójstwa, tylko został zamordowany przez Brytyjczyków, aby nie ujawnił przed sądem kulis tajnych negocjacji nazistów z londyńskim rządem. Mogłoby to postawić Brytyjczyków w złym świetle wobec sojuszników, gdyż w 1943 r. w Casablance podczas tajnej konferencji prezydent Roosevelt i premier Churchill zobowiązali się prowadzić wojnę aż do kapitulacji Niemiec i nie podejmować żadnych negocjacji pokojowych.

Ucieczka przed PRL

Za zbrodnie na Polakach nie odpowiedział zaufany podwładny Himmlera i jeden z jego najbliższych współpracowników – generał SS Erich von dem Bach-Zelewski. Ten oficer polskiego pochodzenia, fanatyczny nazista i zwolennik Hitlera, był odpowiedzialny za pacyfikację walczącej Warszawy. Jak na ironię, w ręce Amerykanów wpadł 1 sierpnia 1945 r., czyli dokładnie rok po wybuchu powstania. Amerykański prokurator zapoznał się z jego przeszłością i złożył mu propozycję: zamiast kary śmierci za swoje zbrodnie otrzyma symboliczny wyrok, jeśli podczas procesu w Norymberdze ujawni wszystko, co wie, o zbrodniach najważniejszych dygnitarzy III Rzeszy. Von dem Bach się zgodził. Gdy kilka tygodni później z wnioskiem o ekstradycję zbrodniarza zwróciły się władze ZSRR i PRL, Amerykanie konsekwentnie odmawiali (doszło przez to nawet do kilku incydentów dyplomatycznych). Generał wywiązał się z obietnicy. W Norymberdze złożył obszerne zeznania, które pozwoliły skazać na śmierć lub długoletnie więzienie najważniejszych współpracowników Hitlera. Sam von dem Bach uniknął wyroku. Sprzyjało mu to, że nowy, komunistyczny rząd Polski starał się wymazać z kart historii Powstanie Warszawskie. Zelewski trafił na krótko do aresztu (w 1947 r.) i wówczas Amerykanie zgodzili się na to, aby został przesłuchany przez prokuratora Krajowej Rady Narodowej Jerzego Sawickiego. Sawicki wypytywał o niemieckie zbrodnie w okupowanej Polsce, ale ani razu nie zapytał o Powstanie Warszawskie. W tym samym roku rząd PRL zwrócił się do Amerykanów z prośbą o przeniesienie von dem Bacha do aresztu w Warszawie, aby mógł wziąć udział jako świadek w procesie Ludwiga Fischera, cywilnego gubernatora dystryktu warszawskiego w latach 1939–1945 (został skazany na karę śmierci i stracony). Władze PRL zobowiązały się, że von dem Bach nie trafi na ławę oskarżonych, a po zeznaniach wróci do Niemiec (tak też się stało).

Ten jeden z największych i najbardziej okrutnych nazistowskich zbrodniarzy został zwolniony z więzienia w 1949 r. Dwa lata później Izba Denazyfikacyjna (powołana do osądzenia urzędników III Rzeszy) skazała go na 10 lat obozu pracy, ale szybko zamieniono mu wyrok na areszt domowy. W 1961 r. ponownie go aresztowano i oskarżono o dwa przestępstwa: udział w nocy długich noży (podczas której na polecenie Hitlera SS wymordowało jego przeciwników politycznych) oraz zabójstwo w latach 30. kilku niemieckich komunistów. Wyrok był najsurowszy z możliwych: dożywotnie pozbawienie wolności. 8 marca 1972 r. Zelewski zmarł w więziennym szpitalu. W czasie odsiadki wziął ślub kościelny ze swoją cywilną żoną, z którą miał już pięcioro dzieci. Czy była to konsekwencja nawrócenia i strachu przed Sądem Bożym? Tego się już nie dowiemy, bo nie zachowały się na ten temat żadne świadectwa, a sam generał nie był człowiekiem wylewnym. Jednak hipotezie o jego nawróceniu przeczyć może fakt, iż do ostatnich dni von dem Bach nie przeprosił Polaków za zbrodnie, które popełnił.

Zbrodniarze służą nowemu państwu

Na współpracę z wymiarem sprawiedliwości zdecydował się również generał Heinz Reinefarth, podwładny von dem Bacha. Ten generał SS otrzymał 1 sierpnia 1944 r. polecenie sprowadzenia innych jednostek SS i włączenia ich do walki przeciwko powstańcom i cywilom. Podlegający mu żołnierze rzadziej angażowali się w walkę zbrojną. Skupiali się na pacyfikacjach ludności cywilnej. Zdolności organizacyjne Reinefartha i jego umiejętności strategiczne wzbudziły podziw Hitlera. Po stłumieniu Powstania Warszawskiego przywódca III Rzeszy powierzył mu dowództwo nad siłami stacjonującymi nad Odrą i broniącymi dostępu do Berlina. Reinefarth zawiódł jednak oczekiwania swojego wodza, za co został aresztowany i skazany na śmierć, ale wyroku już nie zdążono wykonać. Po kapitulacji III Rzeszy amerykański prokurator złożył Reinefarthowi propozycję podobną do tej, którą usłyszał von dem Bach: w zamian za zeznania obciążające przywódców III Rzeszy sam uniknie kary. Generał zgodził się i przed trybunałem w Norymberdze złożył obszerne wyjaśnienia. Wkrótce potem sam został aresztowany i oskarżony o zbrodnie wojenne, ale sąd w Hamburgu uniewinnił go z braku dowodów. Prawdopodobnie był to element gry. Chodziło o to, aby nikt w przyszłości nie mógł już pociągnąć Reinefartha do odpowiedzialności (zgodnie z prawem nikt nie może być dwukrotnie sądzony za ten sam czyn). Akt oskarżenia nie wspominał o tłumieniu Powstania Warszawskiego.

Już jako człowiek wolny Reinefarth osiadł w Westerland na wyspie Sylt w północnych Niemczech. Tam w 1951 r. został wybrany na burmistrza. Jego przeszłość często powracała w debacie publicznej, ale generał zawsze podkreślał, że żadnych zbrodni nie popełnił, stanął przed sądem i został ze wszystkich zarzutów uniewinniony. Z tego też względu rząd RFN odrzucał wszystkie wnioski prokuratury PRL o ekstradycję Reinefartha. Nieniepokojony przez nikogo esesman w 1961 r. został nawet wybrany do Landtagu (parlamentu związkowego), a gdy jego mandat wygasł, otworzył kancelarię prawną. Zmarł 7 maja 1979 r. w swojej posiadłości, nierozliczony za zbrodnie z okresu Powstania Warszawskiego. Do końca starał się uchodzić za szanowanego obywatela. Z kolei generał wojsk pancernych Nikolaus von Vormann, wynalazca miniaturowych czołgów, które wybuchały, zabijając setki ludzi, w czasie Powstania Warszawskiego pacyfikował Śródmieście i Starówkę. 21 września został odwołany do III Rzeszy, aby objąć komendę nad jedną z jednostek broniących Berlina przed aliantami. Jako dowódca wykazał się nieudolnością i bardziej aliantom pomógł, niż zaszkodził. Być może było to celowe działanie. Po klęsce Niemiec von Vormann dostał się do niewoli, ale nie trafił do więzienia za swoje zbrodnie. Został szybko zwolniony, a potem odszedł ze służby wojskowej, otrzymał wysoką emeryturę i zajął się pisaniem książek. Zmarł w 1959 r., przez nikogo nieniepokojony. Chwalił się, że jego działalność publicystyczna służy nowej demokratycznej ojczyźnie.

Polska zemsta?

Przed sądem nigdy nie stanął SS-Oberführer Oskar Dirlewanger, dowódca kompanii karnej SS, wysyłany do walki z partyzantami. To jego jednostki zostały dołączone przez Heinza Reinefartha do sił walczących przeciwko warszawiakom. Dirlewanger znany był z sadyzmu – jego bestialstwo budziło grozę i potępienie nawet u najwyższych dowódców III Rzeszy. Przeciwko jego metodom protestowali generałowie Guderian i von dem Bach-Zelewski, których trudno podejrzewać o empatię i wrażliwość. Po wybuchu Powstania Warszawskiego oddziały Dirlewangera trafiły na Wolę i tam zaczęły mordować ludność cywilną. Według niego Polacy jako przedstawiciele niższej rasy powinni zostać „wypaleni do ostatniego”, dlatego pacyfikował Wolę przy użyciu miotaczy ogni. W kamienicach palonych przez dirlewangerowców tylko w pierwszych dniach sierpnia zginęło około 60 tys. starców, kobiet i dzieci, a żołnierze dopuścili się setek brutalnych gwałtów. Hitler pochwalał te metody i dlatego 30 września, gdy los Warszawy był już przesądzony, odznaczył bestialskiego sadystę Krzyżem Rycerskim. W uzasadnieniu (zachowanym w archiwach do dziś) zapisano: „za taktyczne zdolności, odwagę i zimną krew”.

Dirlewanger został zatrzymany 1 czerwca 1945 r. w Altshausen w południowych Niemczech, wówczas na terenie francuskiej strefy okupacyjnej. Umieszczono go w areszcie w tej miejscowości. I tu zaczyna się seria tajemnic. Według oficjalnych dokumentów Dirlewanger zmarł śmiercią naturalną 7 czerwca 1945 r. Ale wszystko wskazuje na to, że to nieprawda, a okoliczności jego zgonu nikt nie badał. Być może dlatego, że próbował negocjować z aliantami, a ci nie chcieli ujawnienia tego faktu? Rolf Michaelis, niemiecki pisarz i autor książki o żołnierzach brygady Dirlewangera, dotarł do wyjątkowego świadka. Był to Anton Füssinger, porucznik niemieckich wojsk, który siedział w celi razem z katem Warszawy oraz żołnierzem o nazwisku Gustav Minch. Wiele lat później Füssinger zdał dokładną relację z tego, co się wówczas wydarzyło: „W nocy z 4 na 5 czerwca 1945 r. Dirlewanger i Minch byli trzy razy osobno wyprowadzani z celi i bici na korytarzu. Kiedy obaj po raz trzeci powrócili do celi, na skutek odniesionych obrażeń nie byli w stanie nic powiedzieć ani podnieść się. Po krótkim czasie znów przyszły straże i wezwały ich do ponownego wyjścia z celi. Strażnicy pobili ich kolbami karabinów tak, że obaj mieli głębokie krwawiące rany. Dziwię się, że zgodnie z meldunkiem o śmierci złożonym przez komendanturę francuską Dirlewanger miał umrzeć dopiero 7 czerwca, a Minch 8 czerwca 1945 r. Na pewno nie jest zgodne z prawdą to, co podaje meldunek, że obaj umarli śmiercią naturalną. Mogę w każdej chwili zeznać przed sądem pod przysięgą, że Minch i Dirlewanger zmarli na skutek obrażeń odniesionych przy pobiciu ich przez polskie straże”.

„Polskie straże” wydają się rzeczywiście kluczem do rozwiązania zagadki. 2 października 1944 r., po kapitulacji Warszawy, uczestnicy powstania zostali wywiezieni do obozu przejściowego w Pruszkowie, a potem do innych obozów (samo miasto zniszczono). Wielu z nich udało się jednak uciec i kontynuować walkę. Rolf Michaelis odkrył, że wśród strażników zatrudnionych do pilnowania obozu jenieckiego w Altshausen znalazło się kilku weteranów Powstania Warszawskiego, a w szeregach francuskiego wojska służyło wielu innych Polaków. Oczywiste jest, że mieli motywację, aby ukarać sadystycznego zbrodniarza, zwyrodniałego mordercę kilkudziesięciu tysięcy Polaków. Relacja porucznika Füssingera została potwierdzona 15 lat później podczas sekcji zwłok zbrodniarza. Wykazała ona, że Dirlewanger zginął w wyniku wielu obrażeń, które mogły być (i najprawdopodobniej były) skutkiem pobicia. Choć okoliczności śmierci wskazują, że jej inspiratorów trzeba szukać w polskim ruchu oporu, to nie zachowały się żadne dokumenty, które mogłyby odpowiedzieć na pytanie, kto i kiedy zlecił wymierzenie sprawiedliwości Dirlewangerowi i kto to polecenie wykonał. Logika każe jednak szukać sprawców wśród wąskiej grupy Polaków pełniących służbę w obozie jenieckim w Altshausen.

Symboliczne wyroki

Za kratki trafili natomiast dwaj inni wysocy rangą kaci Warszawy: Ludwig Hahn i Paul Otto Geibel. Hahn był komendantem gestapo i SD najpierw w dystrykcie krakowskim (przeprowadził eksterminację polskiej inteligencji), a później warszawskim. Podczas powstania dowodził obroną tzw. dzielnicy policyjnej (mieszkali tam funkcjonariusze okupacyjnej armii) i nadzorował masowe egzekucje Polaków. W akcjach wspierał go właśnie Geibel, szef SS i policji. Obaj trafili później do więzienia, ale… nie za masowe zbrodnie w Warszawie. Hahn na sprawiedliwość czekał długo, bo ukrywał się przed aliantami, zacierał za sobą ślady i zdobył dokumenty na nowe nazwisko. Przez lata pracował jako agent ubezpieczeniowy. W 1975 r. usłyszał dwa wyroki, ale dotyczyły one wywozu Żydów do obozów koncentracyjnych. Zasądzonego wyroku (dożywocie) nie odsiedział. Sąd zwolnił go ze względów zdrowotnych.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA