fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Postępowanie podatkowe

Doradca podatkowy: Oszustwa na małych spółkach to mit

AdobeStock
To żadne uszczelnienie, tylko biurokracja, jeden nowy podatek jawny, a drugi ukryty – tak Paweł Mazurkiewicz, doradca podatkowy i partner w MDDP ocenia nowe pomysły rządu.

Doradzał pan jakimś spółkom komandytowym?

Niejednej.

Doradzał pan, jak unikać podatków?

Nie, i to z wielu powodów. Pomijając wszystkie inne – moi klienci działający w formie Spółki komandytowej to przedsiębiorcy zainteresowani optymalizacją procesów biznesowych a nie podatku dochodowego.

Ministerstwo Finansów w uzasadnieniu najgłośniejszego w ostatnich tygodniach projektu zmian w podatkach dochodowych pisze, że spółki komandytowe są narzędziem agresywnej optymalizacji podatkowej.

Mam wrażenie, że to uzasadnienie albo celowo wprowadza czytelników w błąd albo jego autorzy zostali przez kogoś w błąd wprowadzeni. Można z niego m.in. wywnioskować, że w Unii Europejskiej podwójne opodatkowanie spółek komandytowych albo im podobnych jest szeroko rozpowszechnione. Podano przykłady 11 państw, gdzie rzekomo są takie porządki.

Czyżby ministerialni eksperci źle odczytali zagraniczne przepisy?

Mam wrażenie że to co znalazło się w uzasadnieniu jest dezinformacją – nie wiem na ile celową. Po pierwsze: niedopowiedzenia ekonomiczne. Na Węgrzech, w Czechach, w Bułgarii i w Chorwacji rzeczywiście różne formy spółek, w tym podobne do komandytowych, podlegają podatkowi dochodowemu obok opodatkowania dochodów ich wspólników. Ale w tych krajach podatki dochodowe są w ogóle znacznie niższe, niż w Polsce. Na przykład w Bułgarii podatek od spółki wynosi tylko 10 procent, a od dywidend ich udziałowców – też 10 procent. Razem po zagregowaniu obydwu podatków wychodzi łączny ciężar opodatkowania na poziomie 19 procent. Dokładnie tyle, ile nasz liniowy 19-procentowy PIT od biznesu. Prawdą jest zatem, że spółki w tych krajach są podwójnie opodatkowane, ale ciężar ekonomiczny jest mniejszy niż to co proponuje obecny projekt ustawy. Druga forma dezinformacji to niedopowiedzenia co do zakresu obowiązku opodatkowania dwufazowego (na poziomie spółki i wspólników). Na przykład we Francji spółka komandytowa podlega podatkowi jako korporacja, ale są też spółki – osoby prawne - które mogą być opodatkowane tak jak spółka osobowa. W Rumunii z kolei (o czym uzasadnienie ustawy zresztą wspomina) przymus takiego opodatkowania pojawia się tylko wtedy, gdy udziałowcy spółki nie mieszkają albo nie mają siedziby w tym kraju.

Więc nie można mówić, że było jedenaście wzorców?

Absolutnie nie. Uważam, że proponowany model opodatkowania dochodów spółki komandytowej jest - biorąc pod uwagę wszystkie uwarunkowania, w tym stawki podatkowe – unikalny w skali krajów UE. Być może można porównać go co najwyżej z modelem belgijskim lub greckim.

Czy jednak spółka komandytowa może służyć do oszukiwania fiskusa?

A czy indywidualna działalność gospodarcza osoby fizycznej może służyć do oszukiwania fiskusa ? Można oczywiście twierdzić, że każda osoba prowadząca taką działalność stosuje optymalizację podatkową, bo gdyby prowadziła biznes poprzez spółkę z o.o. to przecież płaciłaby znacznie wyższe podatki. Typowy scenariusz funkcjonowania spółki komandytowej jest zupełnie niezwiązany z jakąkolwiek optymalizacją podatkową: ktoś prowadzi indywidualny biznes. Interesy idą dobrze i po paru latach znajduje sobie wspólnika i razem chcą prowadzić firmę na większa skalę. Mogą założyć spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością. Tylko, że ona jest mniej elastycznym narzędziem działania, niż na spółka komandytowa. W spółce komandytowej wspólnicy w ramach wkładu do spółki świadczyć własną pracę – co w małym biznesie bywa kluczowe, a w spółce z o.o. jest niemożliwe. Idąc dalej: w spółce z o.o. podział zysków wynika z umowy spółki. Gdy z różnych względów wspólnicy chcą co roku inaczej dzielić się zyskami, to spółce z o.o. wymaga to formalności związanych ze zmianą umowy spółki. Poza tym istnieje kodeksowe ograniczenie: preferencja dla wspólnika co do udziału w zysku może być co najwyżej trzykrotna w porównaniu do „zwykłego" udziału, i musi być określana „na sztywno". Na marginesie, nie mam pojęcia jaki jest sens tego ograniczenia, ale ono istnieje. A w spółce komandytowej wspólnicy po prostu podejmują odpowiednią uchwałę i zmieniają proporcje zysku do podziału. Mogą tez wypłacać sobie zysk zaliczkowo, w trakcie roku obrachunkowego. W formie spółek komandytowych działają np. firmy budowlane, często rodzinne. Gdy dwóch wspólników chce już nie tylko wstawiać okna, ale budować domy od zera pod klucz, dziś może założyć spółkę komandytową. Zwłaszcza, gdy jeden z nich nie chce lub nie może brać na siebie ryzyka finansowego związanego z biznesem.

W filmie „Kilerów dwóch" Siara i Lipski też często zmieniali proporcje podziału łupów, zależnie od tego, który z nich akurat panował nad sytuacją.

To były karykatury mafiosa i biznesmena z lat 90tych, a dobra komedia to przecież częste zwroty akcji. Ale mówiąc poważnie: w partnerstwie biznesowym opartym na wspólnych działaniach wspólników niezbędne są mechanizmy pozwalające na zmiany sposobu podziału zysku. I wcale nie chodzi o jakieś szemrane interesy sportretowane w filmie Juliusza Machulskiego sprzed 20 lat.

No, ale jednak podobno agresywne optymalizacje były, więc różnym tam Lipskim i Siarom trzeba przeszkodzić.

Tak twierdzi MF, choć przecież nie sięga po takie skojarzenia. W uzasadnieniu do ustawy podparto się nawet opiniami z artykułów naukowych pisanych przez zajmujących się podatkami naukowców z Uniwersytetu Szczecińskiego, Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach i innych uczelni. Ministerstwo dostało też sporo wiedzy z administracji skarbowej, która zbierała informacje o schematach podatkowych. Najwyraźniej na tych podstawach w resorcie ktoś mógł wyrobić sobie pogląd, że jedyne do czego służy spółka komandytowa, to unikanie podatków.

Chce pan powiedzieć, że jeśli ktoś czyta tylko kryminały to dochodzi do wniosku, że wszyscy wokół to bandyci? Albo że przepracowany psychiatra wszystkich wokół uważa za psychicznie chorych?

Nie sięgałbym tak daleko, ale po lekturze uzasadnienia ustawy jestem przekonany że stoi za nim mocno zawężone spojrzenie na rzeczywistość gospodarczą. Tak, jakby 41 tysięcy spółek komandytowych nie zajmowało się normalną działalnością gospodarczą. Podawane przez MF przykłady optymalizacji podatkowych są kompletnie nietrafione, jak choćby alarmistyczny w tonie fragment dotyczący inwestowania przez fundusze inwestycyjne (FIZ) w spółki komandytowe z siedzibą w Luksemburgu. Ten model działalności został przecież skutecznie skasowany przez nowelizację ustawy o CIT z 2016 roku. Trudno zrozumieć, dlaczego niefunkcjonujące już od czterech lat – na skutek interwencji ustawodawcy - struktury biznesowe miałyby być uzasadnieniem do zmiany obecnie obowiązujących przepisów.

A może w tym przypadku ktoś naczytał się nie tyle kryminałów, co raportów o schematach podatkowych, które firmy muszą składać podatnicy i ich doradcy?

Zawiadomienia o tzw. schematach rzeczywiście napływają masowo. Tyle że skala tego raportowania nie jest w żadnym stopniu pochodną wykorzystywania spółki komandytowej jako wehikułu używanego do unikania opodatkowania, ale z charakteru przepisów o zgłaszaniu schematów – które są na tyle niejasne, że skłaniają biznes do zgłaszania kompletnie nieistotnych albo niezwiązanych w gruncie rzeczy z podatkami operacji gospodarczych. Środowisko biznesowe ostrzegało zresztą przed tym zjawiskiem już na etapie uchwalania zmian do ordynacji podatkowej. Dodać trzeba jeszcze, że zawiadomienie te składają je nie tylko podatnicy i doradcy, ale też np. wewnętrzni prawnicy czy notariusze. Zatem jeden tzw. schemat może być „opowiedziany" kilkakrotnie. Ale nie dam głowy, że pomysł nałożenia CIT na spółki komandytowe wziął się właśnie z raportowania schematów.

To skąd?

Być może zdecydowały rzeczywiście struktury podatkowe sprzed wielu lat, np. te związane z FIZ-ami. Ale w podobny sposób można by uzasadniać potrzebę zwalczania nieprawidłowości na rynku lamp naftowych. Bo ktoś kiedyś się dopatrzył nadużyć na tle handlu takim dobrami i np. chce na nie nałożyć akcyzę. Pewnie gdzieś tam można dziś kupić takie sprzęty, ale dziś oświetlamy domy głównie elektrycznością.

Pan sobie ironizuje, a tu rząd całkiem poważnie zakłada, że podatnicy będą się musieli przyznać nie tylko do schematów podatkowych, ale w ogóle informować o całej swojej polityce podatkowej, w tym o planowanych restrukturyzacjach. Obowiązki dokumentacji i analiz cen transferowych będą rozszerzone z wielkich grup kapitałowych nawet na zwykłego przedsiębiorcę handlującego z Hongkongiem. Znacznie wzrośnie sprawozdawczość podatkowa. Jest w tym sens?

Nie wiem, co tym można osiągnąć, zwłaszcza że fiskus i tak wiele z tych informacji już ma. O transakcjach z rajami podatkowymi może się sporo dowiedzieć z banków – są przecież na to procedury. Trzeba będzie również informować o tym, kto jest wspólnikiem spółki nieruchomościowej. Tak, jakby urzędnik skarbowy nie mógł znaleźć tego w Krajowym Rejestrze Sądowym, nie mówiąc o zupełnie nowym, potężnym narzędziu informacyjnym jakim jest Centralny Rejestr Beneficjentów Rzeczywistych.

Według raportu przyjazności podatkowej Banku Światowego i PwC, modelowa polska firma spędza średnio 334 godziny rocznie na rozliczaniu podatków. Średnia światowa to 234 godziny. Czeska firma poświęca na to 230 godzin, a rumuńska tylko 163. Jaki wynik prognozuje Pan dla Polski po wprowadzeniu nowych obowiązków?

Nie mam zaufania do takich rankingów. Rzeczywisty czas potrzebny na formalności zależy głównie od tego, czy i w jakim stopniu dana firma ma zautomatyzowaną księgowość, jakie są wewnętrzne procedury i dostosowanie do nich systemów IT, czy i w jaki sposób korzysta się z outsourcingu. Tu wielu podatników w Polsce ma już praktyczne doświadczenia – w zależności od zarządzania procesem przygotowywania dokumentacji związanej z cenami transferowymi i decyzji o korzystaniu z odpowiednich narzędzi, może być to proces bardzo sprawny albo wręcz traumatyczny. Zresztą – czy nam się to podoba czy nie - cały świat idzie w kierunku nakładania na uczestników obrotu coraz dalej idących obowiązków informacyjnych. Proszę zauważyć, że kiedyś nie można było się dowiedzieć niczego o pieniądzach zdeponowanych w szwajcarskich bankach. Pod naciskiem USA Szwajcarzy zmiękli i dziś ich tajemnica bankowa w jej rozumieniu z lat 80-tych po prostu nie istnieje. Szczegółowe dokumentowanie cen transferowych jest wymagane powszechnie . Administracje skarbowe chcą coraz więcej wiedzieć o podatnikach – i to jest trend światowy.

Wyczuwam, że pomysły zwiększenia sprawozdawczości się panu jednak troszkę podobają. W końcu firma doradcza może zarabiać na wyręczaniu podatników w wywiązywaniu się z tych obowiązków.

Nasz biznes jednak nie działa na zasadzie tak prostych przełożeń – że im więcej płotków do przeskoczenia postawi rząd podatnikom, tym szczęśliwsi doradcy podatkowi (śmiech). W średniej i długiej perspektywie działa to odwrotnie – im więcej zbędnych biurokratycznych obciążeń, tym gorzej dla biznesu. A im gorzej dla biznesu, tym gorzej dla wszystkich którzy go obsługują. Ale przede wszystkim zwróćmy uwagę, że te nowe obowiązki są mało sensowne. Na dodatek przepisy o tym fatalnie napisano. Na przykład te o obowiązkach udziałowców spółki nieruchomościowych: można dojść do wniosku, że jeśli będę miał jeden udział lub akcję w takiej spółce, to będę musiał informować o wszystkich innych udziałowcach. Przecież może ich być bardzo wielu, a ja jako drobny ciułacz papierów wartościowych w ogóle nie muszę znać struktury akcjonariatu. Poza tym, od niedawna działa Centralny Rejestr Beneficjentów Rzeczywistych. Stworzono go właśnie po to, by wiedzieć, kto tak naprawdę stoi za danym biznesem. Po co więc dublować obowiązki podatnika, skoro w razie wątpliwości fiskus ma gotową bazę danych?

Może to jednak przyniesie dodatkowe pieniądze budżetowi?

Sądzę, że dodatkowe pieniądze będą z czegoś, co w tym projekcie jest napisane miedzy wierszami, choć kwoty dla budżetu nie będą istotne.

To znaczy?

Dochody wspólników spółki komandytowej dla celów PIT przeklasyfikowano. Już nie będą to dochody z działalności gospodarczej, tylko zysk z udziału w osobie prawnej. Jeśli udziałowiec płaci składki na ZUS i NFZ, to dziś może je odliczać od podstawy opodatkowania albo od podatku. Zysk z udziałów w osobie prawnej jest opodatkowany ryczałtowo i tych składek nie będzie można odliczyć.

To ile można będzie na tym stracić?

Jeśli taki przedsiębiorca odlicza dziś od podatku składkę zdrowotną w wysokości 312 zł i 2 gr miesięcznie, to w ciągu przyszłego roku nieodliczona kwota wyniesie 3744 zł 24 gr. Do tego składka na ubezpieczenie społeczne i fundusz pracy – której nie będzie można odliczyć od podstawy opodatkowania. Tu rachunek wynosi 12 x 1069,14 x 19% = 2437,69. Razem 6181 zł 93 gr rocznie „akcyzy" od bycia wspólnikiem spółki komandytowej. Oczywiście jest to scenariusz gdy wspólnik nie ma innych dochodów i podatku od nich, a więc innych możliwości odliczenia składek. Sądzę jednak, że regułą będzie brak takich możliwości.

Sześć tysięcy dodatkowo od małej firmy, choćby nie zwiększyła dochodów ani o złotówkę?

Na to wychodzi. Często więcej – bo ten rachunek jest per capita na każdego wspólnika takiej spółki, a może być ich wielu.

Myśli pan, ze był to celowy zabieg?

Nie musiało tak być, bo nie przedstawiono tego w ocenie skutków regulacji. Ale gdyby się trzymać projektowanych przepisów i ogólnych reguł systemu podatkowego i ubezpieczeń społecznych, tak właśnie będzie. Taka kara za bycie wspólnikiem spółki komandytowej.

W raporcie po konsultacjach projektu MF zaznacza tu i ówdzie, ze nowe przepisy trzeba czytać literalnie.

No cóż, przed nami jeszcze procedura w Sejmie i w Senacie. Pozostaje mieć nadzieję, że będzie to czas na zasadniczą korektę tych rozwiązań. 



Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA