fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polskie Orły

Euro 2020. Jak podąża się za reprezentacją w czasie epidemii

Robert Lewandowski i Paulo Sousa – od nich w reprezentacji Polski zależy najwięcej
AFP, Janek Skarzynski
Ten turniej można konsumować, ale rozsmakować się w nim trudno. Nadeszły ciężkie czasy dla kibiców, na każdej granicy czekają ich pułapki.

Podążanie za reprezentacją wymaga zawiłej logistyki i portfela bez dna. Tylko Viktor Orbán pozwolił zapełnić stadion w Budapeszcie, na całkowite zniesienie restrykcji nie porwał się nawet Władimir Putin.

Michel Platini, gdy był szefem Europejskiej Federacji Piłkarskiej (UEFA), wymarzył sobie imprezę paneuropejską, miał to być turniej święto dla kurczącego się świata, w którym podróże po kontynencie organizuje się łatwo i tanio.

Niewykluczone, że takie igrzyska mogłyby się nawet udać, ale koronawirus je popsuł. Dziś nawet pokonywanie granic wewnątrz strefy Schengen to kalwaria, a podróż do Londynu, który ugości kluczową fazę turnieju, oznacza kilka drogich testów i obowiązkową kwarantannę.

Słowne upomnienie

W Rosji trudno uciec od uczucia rozdwojenia jaźni. Gospodarze od kibiców i dziennikarzy wjeżdżających do ich kraju wymagali stosu dokumentów, a na miejscu pandemii jakby nie było. Sankt Petersburg, czyli turystyczna perła Rosji, żyje normalnie, ulicami płyną tłumy, w kafejkach i knajpkach tłok.

Maseczki noszą tylko stróże prawa, cywil na moment musi ją założyć, jedynie przekraczając bramkę w metrze – inaczej grozi mu słowne upomnienie. Dystans społeczny i dezynfekcja to już tylko hasła.

Ulice są zakorkowane, samochody i przechodniów godzą kierujący ruchem policjanci. Czasem można jednak odnieść wrażenie, że miastem rządzą nie oni, tylko królowie chodnika: muzycy, tancerze, aktorzy, połykacze ognia.

Może to rosyjska dusza, a może szaleństwo białych nocy, bo latem zmierzch w Sankt Petersburgu to tylko słowo. Leciwy trębacz potrafi poderwać ze stolików kilkudziesięciu Rosjan, kiedy intonuje hymn. Chwilę później gra jeszcze Marsyliankę i „Bella Ciao".

Wycinek Dubaju

Znużeni spacerem mogą skorzystać z łódki – krwiobieg miasta to kanały przecinane mostami – albo wybrać przejażdżkę konno w cieniu Ermitażu, choć to przyjemność nietania (kosztuje 2 tys. rubli, czyli około 100 zł). Chętnych jednak nie brakuje i niech nikogo nie dziwi wierzchowiec kroczący wśród przechodniów.

Pandemia jest problemem wyłącznie na stadionie, bo nim zarządza UEFA. Wolontariusze proszą także o zasłanianie twarzy w Football Village, czyli piłkarskiej enklawie w centrum miasta.

To miejsce, które prawdopodobnie najmocniej łączy dziś wszystkich gospodarzy Euro, bo jest mikrokosmosem wykreowanym przez władze piłkarskiej federacji. Swoje stoiska w cieniu telebimów rozbijają tam partnerzy imprezy, a lista dostawców napojów jest ściśle reglamentowana. Paneuropejskie są ceny: za piwo trzeba zapłacić 300 rubli, czyli ponad 15 złotych.

Warto rzucić okiem zwłaszcza na stoisko Gazpromu, gdzie futurystyczny artysta Pokras Lampas przygotował imponującą instalację z 432 piłek.

Firma, będąca główną bronią Putina w geopolitycznej grze, jest w mieście wszechobecna. Pompuje pieniądze w miejscowy klub Zenit, jest sponsorem tytularnym stadionu, a w tafli Zatoki Fińskiej odbija się 462-metrowy Łachta Centr, czyli najwyższy drapacz chmur w Europie, wcinający się w krajobraz jakoś nieswojo, niczym wycinek Dubaju.

Wielki turniej zawsze żyje najpiękniej, kiedy grają gospodarze, i to akurat atut Euro 2020, skoro swoich piłkarzy mogą dopingować kibice w dziewięciu krajach. Ale kibicom postronnym imprezę przeżywać trudno. Chodzi nie tylko o emocjonalną spójność, ale i poziom sportowy, który UEFA – zapraszając do udziału aż 24 drużyny – obniżyła na własne życzenie.

Nie ma powodzi fanów

Rosjanie porażkę swojej drużyny z Belgią przyjęli ze spokojem, choć nigdy gospodarz mistrzostw Europy nie przegrał tak wysoko. Tłum opuszczał stadion w ciszy, bez krzyków, śpiewów czy bójek. Przymknięcie granic sprawiło, że nie ma kolorowej powodzi fanów, Belgów podczas meczu z gospodarzami zauważyć było trudno.

W niedzielę zaczęli do Sankt Petersburga docierać Polacy. Skandujących wulgarne hasła słychać było najbardziej.

To, że Euro 2020 przypomina rozciągnięte w miejscu i czasie rozgrywki klubowe, potwierdziły reakcje na dramatyczne wydarzenia w Kopenhadze. Pomimo tragedii Christiana Eriksena, mecz Rosja – Belgia toczył się w Sankt Petersburgu tak, jakby dwie godziny wcześniej nic się nie wydarzyło.

Turniej poza wciąż realną rywalizacją drużyn, stał się w dużym stopniu wirtualny, konferencje prasowe odbywają się zdalnie, zamknięto pomeczowe strefy wywiadów. Organizatorzy odseparowali bohaterów widowiska od mediów, choć na stadion bez negatywnego testu na koronawirusa wejścia nie ma.

Doceńmy to, co jest

Piłkarze trafili do złotej klatki i im w to graj. Oni i tak wierzą, że dziś najlepszą drogą do kontaktu z kibicami są media społecznościowe, gdzie mogą sami kształtować przekaz.

Pandemia to dla wielu pretekst do marginalizacji dziennikarzy, czyli tych, którzy, zadając pytania, patrząc na ręce, przekazując emocje i tłumacząc świat poprzez sport, mogą rujnować marketingowy przekaz dnia.

Skrajnym przypadkiem tego procederu będą igrzyska w Tokio, gdzie wszyscy akredytowani – przetestowani i uzbrojeni w aplikacje śledzące – zobaczą miasto jedynie z okien autobusu.

Kibice powinni jednak doceniać to, co jest, bo może być jeszcze gorzej . Przyszłoroczne mistrzostwa świata w Katarze – zbudowane na petrodolarach i trupach najemnych robotników z Azji – mogą być ostatnim mundialem, jaki znamy. FIFA na mistrzostwa świata w 2026 roku zaprosi aż 48 drużyn, a turniej będzie rozpięty między Guadalajarę i Edmonton, bo zorganizują go Kanada, Meksyk oraz USA.

To perspektywa, w której konieczność podróży z Baku do Kopenhagi nie wydaje się bolesna.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA