fbTrack
REKLAMA

Polskie Orły

Boniek o szansach Polski na Euro 2020: Stać nas na wszystko

shutterstock
Paulo Sousa jest sympatyczny i stanowczy. Dla każdego ma miłe słowo, jednak stawia na swoim. Ale najważniejsze, że cały sztab szkoleniowy to obcokrajowcy, którzy nie kierują się w pracy polską mentalnością – mówi prezes PZPN Zbigniew Boniek.

"Rzeczpospolita": Co robi prezes PZPN na pięć minut przed dwunastą, kiedy już wszystko zostało zrobione?

Dogląda. Bo niby wszystko jest zrobione, ale samo się nie zrobiło. Jak ludzie widzą, że szef się interesuje, to inaczej pracują. Pańskie oko konia tuczy. Ale poważnie mówiąc, jesteśmy na etapie prac kosmetycznych, bo wszystko co najważniejsze już za nami. Po zmianie miejsc rozgrywania meczów z Dublina i Bilbao na Sankt Petersburg i Sewillę musieliśmy pozmieniać plany. Skoro nowe stadiony, to i nowe przeloty oraz decyzja o zamieszkaniu na okres turnieju w Polsce. Wybraliśmy Sopot, jako miejsce, z którego wszędzie blisko, a jednocześnie będziemy cały czas u siebie i wśród swoich.

Sądzi pan, że piłkarze to odczują? Bo kibice i dziennikarze na pewno nie. Bez względu na to, gdzie odbywają się zgrupowanie i treningi, i tak nie można porozmawiać z zawodnikami inaczej niż na konferencji.

A pamięta pan, co działo się wcześniej? Przed Euro we Francji i mundialem w Rosji zainteresowanie przerodziło się w entuzjazm, media społecznościowe i tradycyjne podgrzewały atmosferę. W dodatku zgrupowanie odbywało się w Arłamowie. To był dobry wybór, ale wymagał logistyki.

Stąd te bijące po oczach śmigłowce?

Ponieważ samochodem jechało się tam bardzo długo, żeby było sprawniej, należało skorzystać z helikopterów. To sprawiało wrażenie nieomal rozpusty, a stanowiło konieczność. Nawet w odległych Bieszczadach piłkarzy obserwowały jednak tłumy kibiców. Z jednej strony było to bardzo miłe, z drugiej, trochę przeszkadzało. Teraz sytuacja była inna. Ludzie mają problemy osobiste i zawodowe związane z pandemią, bogatsi nawet na niej zarobili, biedniejsi stracili. A kto kibicuje? Głównie ci drudzy. My byśmy chętnie wszystkim nieba przychylili, ale było to trudne z dwóch powodów. Po pierwsze – zawodnicy przyjechali do pracy i na niej mieli się skoncentrować. Po drugie – osobiste kontakty, autografy, zdjęcia, selfie, co zwykle towarzyszy zgrupowaniom, ze względów bezpieczeństwa były niemożliwe. Mam nadzieję, że kibice to zrozumieli, bo w tych niezwykłych czasach wszyscy trzymaliśmy się na dystans.

To pańskie drugie Euro i trzeci wielki turniej w roli prezesa. Czym obecne zgrupowanie różniło się od poprzednich?

Było cicho i spokojnie. Upewniłem się w przekonaniu, że podjąłem słuszną decyzję w sprawie zmiany trenerów. Jurka Brzęczka bardzo lubiłem i szanowałem. Jednak meczom jego drużyny towarzyszył czasami hejt. Jurek nie ponosił żadnej winy, ale on ze zrozumiałych względów źle się z tym czuł i trochę się okopywał na swoich pozycjach. Rola psychologa kadry została przez niego niewłaściwie zrozumiana i niepotrzebnie wyolbrzymiona. Zawodnicy nie mieli przekonania do niektórych członków sztabu. Komunikacja nie była więc najlepsza.

Przyszedł trener z zagranicy i jest święty spokój?

Żeby pan wiedział. Paulo Sousę znałem wcześniej. Wiedziałem, jakim jest człowiekiem i nie zawodzę się na nim. Jest sympatyczny, ale stanowczy. Uśmiecha się, dla każdego ma ciepłe słowo, jednak stawia na swoim. Ale najważniejsze jest to, że cały sztab złożony jest z obcokrajowców, którzy nie kierują się w pracy polską mentalnością. Jakoś to będzie, puszczę jakiś przeciek do zaprzyjaźnionego dziennikarza, zacznie się polskie piekiełko. Jurek stał się ofiarą takiej mentalności. Ci Portugalczycy, Hiszpanie i Włosi przyjechali do pracy, którą mają dobrze wykonać.

Paulo Sousa jest czwartym selekcjonerem, z jakim pan współpracuje jako prezes. Czym oni się różnili?

A czym my się różnimy? Każdy człowiek jest inny. Kiedy w październiku 2012 roku zostałem prezesem, selekcjonerem był Waldemar Fornalik. Nie zamierzałem tego zmieniać. Pracował jeszcze przez rok i dopiero przegrane eliminacje do mistrzostw świata zadecydowały o jego odejściu. Adama Nawałkę wybrałem sam. Znałem go z boiska, byliśmy razem na mistrzostwach świata, widziałem, jak daje sobie radę w roli trenera. I nie żałuję tego wyboru. Podobnie jak postawienia na Jurka Brzęczka. Każdy wykonał swoją pracę. Ale też każdy podpisujący umowę o pracę selekcjonera ma świadomość, że od razu podpisuje swoje zwolnienie. To jest nieuniknione.

Pytając o różnice między nimi, miałem na myśli przede wszystkim zwyczaje, które często wpływały na atmosferę.

Rozumiem, dlatego odpowiadam, że każdy sposób jest dobry, jeśli prowadzi do sukcesu. A czy doprowadzi? Tego się nie wie, więc nie powinno się w to ingerować. Na przykład za czasów Adama Nawałki i Jurka Brzęczka zawodnicy siadali na zgrupowaniach przy jednym stole...

I nie zaczynali posiłku, dopóki trener Nawałka nie powiedział: smacznego. Nie odchodzili od stołu, póki on nie wstał.

Dlaczego nie? Nikt na to nie narzekał. Adam miał rozmaite zasady, wiem, że czasami żywo komentowane przez was, dziennikarzy, ale przecież ważne było nie to, tylko gra i wyniki. Teraz na zgrupowaniach stoły są sześcioosobowe.

Paulo Sousa decyduje o tym, kto z kim siedzi przy stole?

Nic podobnego. Zawodnicy sami się dobierają, jak chcą. Ze względu na osobiste relacje, wspólną grę w tym samym klubie, poczucie humoru. Jak ktoś opowie dowcip, żeby do wszystkich dotarł. Bo jeśli ktoś nie złapie, to się nie nadaje do towarzystwa. Jak w życiu. Jest całkowity luz, każdy sam się pilnuje, bo wie, jaka odpowiedzialność na nim spoczywa. Panuje dyscyplina pracy i swoboda po jej wykonaniu.

Czy Paulo Sousa rozmawiał już z każdym zawodnikiem?

Oczywiście. Rozmawia z każdym, po piętnaście minut przy stole. Bierze też graczy na dłuższe rozmowy w cztery oczy. Zna już wszystkich z boiska, a rozmowy pozwalają mu zorientować się, jakimi są ludźmi i czego w życiu chcą.

W jakim języku Sousa rozmawia z graczami?

Portugalski jest jego językiem ojczystym, mówi po angielsku, włosku, francusku. Prawie wszyscy reprezentanci mieszkają za granicami Polski, też porozumiewają się kilkoma językami. A jeśli pojawia się jakiś problem, to do takiej rozmowy Paulo Sousa prosi Roberta Lewandowskiego. On tłumaczy i przy okazji, jako kapitan, wie, czego trener oczekuje od zawodnika, jaką ma wizję itp.

Czy to prawda, że podczas jednej z takich rozmów znany zawodnik stracił szansę na powołanie do kadry, ponieważ nie przekonał do siebie Sousy?

Nie wiem, kogo ma pan na myśli. Nie pytam trenera, co konkretnie bierze pod uwagę przy powołaniach, ale jeśli nawet tak było, to dzieje się to zawsze w ścisłym związku z pozycją zawodnika na boisku. Jeśli jest kilku kandydatów, to o wyborze decydują różne czynniki. Umiejętności i skuteczność są zawsze na pierwszym miejscu.

No to dochodzimy do konkretnych nazwisk zawodników, którzy w kadrze się znaleźli, a zwłaszcza tych, których zabrakło.

Ja wybieram selekcjonera po to, żeby on powoływał zawodników. Nic mi do tego. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że jeśli w kadrze jest 26 zawodników, to każdy kibic czy dziennikarz może mieć jakieś wątpliwości. Kogoś mu brakuje, uważa, że ktoś inny nie zasłużył na powołanie. Ja też mam jednego–dwóch nieobecnych, których bym widział w kadrze, ale nie podam ich nazwisk, żeby ktoś nie pomyślał, że wywieram na selekcjonera presję.

Skoro ich nie powołał, to znaczy, że pan nie wywierał. Ja też mam takich. Przede wszystkim brakuje mi Bartosza Kapustki. Są natomiast piłkarze, moim zdaniem, na średnim poziomie. No, ale oni i tak są, być może, najlepsi.

Rozmawiałem z Paulo o Kapustce. On twierdzi, że to dobry zawodnik, ale na jego pozycji dwa gole i dwie asysty w lidze to trochę za mało. Emocje wzbudza też brak Sebastiana Szymańskiego, ale skoro trener mówi, że na jego pozycji ma lepszych, to ja mu wierzę. Ja też bym chciał widzieć Kamila Grosickiego w najlepszej formie, ale nie można jej osiągnąć, spędzając sezon na ławce rezerwowych. Więc żałując Kamila, który przez kilka lat był ładną twarzą reprezentacji, nie dziwię się decyzji selekcjonera.

Czego pan się spodziewa po występie Polaków?

Dobrej, przyjemnej dla oka i skutecznej gry. Żeby nie było powodów do narzekań i żeby zapewniła ona wyjście z grupy.

Zwykle kluczem do tego był pierwszy mecz. We Francji pokonaliśmy Irlandię Północną i poszliśmy dalej...

Nie tylko Polska ma problem pierwszego meczu. Wszyscy go mają. Wiadomo, że zwycięstwo w premierze, dające trzy punkty, niesie, utwierdza trenera i zawodników w przekonaniu, że dobrze pracowali. Nie ma kwasów, nerwowych ruchów, myślenia o „meczu o wszystko". Słowacja, nasz pierwszy przeciwnik, gra bardzo dobrze, ale uważam, że powinniśmy ją pokonać.

Postawił pan przed drużyną jakiś konkretny cel?

Jeśli będzie dobrze grała, to będzie zwyciężała. To mój ostatni turniej w roli prezesa PZPN. Chciałbym go zakończyć konkretnym sukcesem.

Co pan uzna za sukces?

Trudno powiedzieć. Wyjście z grupy jest bardzo realne, a potem o przejściu do następnej rundy decyduje już jeden mecz. Załóżmy, że w 1/8 finału trafiamy na Anglię, gramy bardzo ładnie, ale po remisie przegrywamy w rzutach karnych. Wszyscy dali z siebie wszystko i zasłużyli na pochwały. Tyle że to piękna porażka. To jak ich oceniać? To jest tylko sport. Mamy reprezentację, którą stać na wszystko. Czasami sam nie wiem na co.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA