fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polskie Orły

Nieginący urok misia i owczarków

Adobe Stock
Przez czterdzieści lat wizyt Pucharu Świata w Zakopanem Polacy stworzyli własną odmianę masowej zabawy ze skokami narciarskimi w tle. Swojską, tłumną i głośną, z góralską nutą – i nie do podrobienia.

Kto był, wie dobrze – wszystko zaczyna się tam, gdzie Krupówki łączą się z ulicą Józefa Piłsudskiego, gdzie czekają sanie lub bryczki dowożące kibiców pod Krokiew, gdzie do wspólnego zdjęcia ustawiają się miś i owczarki podhalańskie.

Tłumy ludzi – oflagowanych, w biało-czerwonych szalikach, w nieoczywistych nakryciach głowy dobranych zależnie od corocznej mody, z trąbami i coraz bardziej nowoczesnymi piszczałkami w dłoniach – rusza stamtąd wspierać skoczków.

Dodatek Specjalny Pucharu Świata w Zakopanem - PDF

Pomysł, by przybyć na Puchar Świata do stolicy Tatr, ma co roku kilkadziesiąt tysięcy osób. To, że frekwencja nigdy nie zawodzi, to fenomen niemal historyczny. Ogólna popularność Zakopanego zimą robi swoje, ale jeszcze nie było Adama Małysza i jego wąsa, a już w mieście pojawiały się tłumy pragnące oglądać odwagę młodych ludzi skaczących z wielkiej góry. Okolice Wielkiej Krokwi od zawsze miały moc przyciągania – zawody mistrzostw świata w 1929 roku oglądało 10 tys. ludzi. Podczas mistrzostw w 1962 roku na popisy Helmuta Recknagela i innych przyszło już 120 tys. osób (więcej – ponad ćwierć miliona – zgromadziła tylko wizyta Jana Pawła II w 1997 roku), a inagurację PŚ w 1980 roku chciało widzieć z bliska 40 tys.

Sukcesy sportowe rzecz jasna pomogły w tym, by polscy kibice mocniej identyfikowali się z zakopiańskim festynem skokowym. Początek XXI wieku i wybuchowa forma Małysza prowokowały nie tylko do przyjazdu pod skocznię, ale także do szukania nowych form wyrażania gorących uczuć. To wtedy zaczął się czas transparentów sławiących naszego Orła z Wisły, to wtedy cała Polska zobaczyła w telewizorach sławne hasło „Adaś, przeleć ich!", a po nim wiele innych w rodzaju: „Adam Małysz to król, bo go wspiera Nowa Sól".

Odkrycie, że te słowa świetnie widać w telewizji, że można nie tylko sławić idola, ale też pokazać milionom, że istnieją na mapie Polski Ropczyce, Koszęcin, Radomsko, Iława, Stęszew i setki innych podobnych miejsc, sprawiło, że kibicowska potrzeba radosnej identyfikacji jest dziś nawet silniejsza niż wiersz ku chwale Kubackiego.

Gdy przyszły lata, kiedy Małysz nie pojawiał się w Zakopanem, kibice na Krupówkach postawili transparent „Adaś pamiętamy!", ale i dziś obraz trybun to podręcznik polskiej geografii dla zaawansowanych – lokalny patriotyzm stał się pod Krokwią najważniejszy.

W każdej opowieści o Zakopanem w czasie skoków od kilkunastu lat oprócz obrazu roziskrzonej skoczni ważny jest także dźwięk. Razem z Małyszowymi skokami nastały czasy, w których do spikera ogłaszającego, kto i ile skoczył, dołączyli muzycy, didżeje i fachowcy od zabawiania tłumów. To także była ewolucja, ale rewolucyjnie szybko wykształciła nowe normy zorganizowanego hałasu kibicowania: wybór melodii przez skoczków, przygrywki pasujące do narodowości i klimatu imprezy. Fajerwerki na koniec to też element widowiska, choć być może w czasach rosnącej dbałości o naturę zostanie kiedyś ograniczony.

Święto skoków pod Tatrami ma też góralski sznyt, którego cechy każdy zna: sanki, bryczki, stroje, kapelusze, ciupagi, drewniana architektura i miejscowa kuchnia, której zapach ogarnia wiele przecznic wokół Wielkiej Krokwi.

Kilka godzin ze sportem na skoczni to tylko część przeżywania skoków. Tak naprawdę to trzy dni i dwie noce z Pucharem Świata w tle. Zakopane w tym czasie mało śpi, można śmiało zakładać, że wielu gości nie śpi wcale. Od skoczni po dworzec kolejowy trwa nieustanny ruch, który ma przypływy i odpływy w porach wzrostu głodu i pragnienia. I swoją melodię, niekiedy wyśpiewywaną lub wykrzykiwaną w ciemne niebo nad Krupówkami.

Zakopane staje się przez te dni wielką promenadą, której urok bardzo przyciąga polityków – zwłaszcza w latach wyborczych, ale i pomiędzy nimi to przywiązanie jest mocno zauważalne. Pokazanie się na trybunie honorowej to niekiedy ryzyko usłyszenia kilku gwizdów, ale pozytywne skojarzenia z sukcesem i zabawą są zapewne tego warte.

Nie da się też ukryć, że od pewnego czasu świat kibiców trzeba odgradzać w Zakopanem od świata skoczków, bo niegdysiejsze bratanie się nie zawsze kończyło się dobrze. Jednak gromadki dziewczyn tęsknie wypatrujących zawodników pod hotelem COS pojawiają się i dziś, budząc refleksję, że męska dzielność zawsze znajdzie podziw, niezależnie od czasu i miejsca.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA