Polskie Orły

Klątwa Bońka

Zbigniew Boniek
Fotorzepa/Robert Gardziński
Przez wiele lat kibice w Polsce wierzyli, że to Zbigniew Boniek do spółki z Antonim Piechniczkiem przeklęli reprezentację Polski. Bieda w futbolu nad Wisłą miała się zacząć w meksykańskim Monterrey, podczas mundialu 1986.

Duszno, gorąco i parno. Przy takiej pogodzie reprezentacja Polski wyszła na mecz z Brazylią w samo południe. Polacy wciąż byli trzecią drużyną świata i tak ją postrzegali kibice. Piłkarze Antoniego Piechniczka nie grali w tym turnieju rewelacyjnie, w grupie zdobyli tylko jednego gola, ale przecież w Hiszpanii cztery lata wcześniej, też szło im z początku opornie. Mecz z reprezentacją Anglii, przegrany 0:3 był ostrzeżeniem, że może nie być różowo. 

Nikt jednak nie spodziewał się klęski 0:4, bo tak wysoko Polacy jeszcze nigdy w mundialu nie przegrali. Do tego zaczęli tamto spotkanie całkiem nieźle: raz trafili w słupek i raz w poprzeczkę (potężne uderzenie Ryszarda Tarasiewicza) i do momentu straty bramki grali więcej niż przyzwoicie.

Później wszystko się rozsypało, nie pomogło wejście na boisko Jana Furtoka, jeszcze wszedł na boisko Władysław Żmuda, zaliczając 21. mundialowe spotkanie i można się było pakować na drogę powrotną do kraju. Została ostatnia wizyta w studio telewizyjnym i próby wytłumaczenia klęski, która wydawała się niezrozumiała.

Najpierw Dariusz Szpakowski oddał głos selekcjonerowi, który podał się do dymisji, a potem na pytania odpowiadał Boniek, który przeklął, rzucił urok, zaczarował. Smutny i rozczarowany kapitan reprezentacji po klęsce w meczu z Brazylią 0:4 w 1/8 finału mundialu powiedział redaktorowi Szpakowskiemu, że jeśli w ciągu 12 kolejnych lat reprezentacja Polski dwa razy wywalczy brązowy medal i wyjdzie z grupy na mistrzostwach świata, to kibice nad Wisłą powinni się bardzo cieszyć.

Pomiędzy 1986 a 2002 rokiem reprezentacja Polski nie zakwalifikowała się do żadnego turnieju. Słowa Bońka przypominano zawsze, gdy kadra dotkliwie przegrywała. Posucha trwała 16 lat, ale z perspektywy czasu wypada powiedzieć raczej, że obecny prezes PZPN nie tyle przeklął polską kadrę, co wypowiedział proroctwo, poparte wnikliwymi obserwacjami. 

Boniek stwierdził, że słabsza drużyna, dzięki zaangażowaniu czasem może pokonać faworyta, ale w 90 proc. przypadków nie ma co na to liczyć i dlatego porażka nie powinna dziwić. A przecież kapitan mówił o brązowych medalistach poprzedniego mundialu, do których dołączyło kilku młodych, zdolnych (Tarasiewicz, Jan Urban, Dariusz Dziekanowski). 

Nic dziwnego, że to akurat Boniek postawił taką diagnozę. Zawsze mówił, co myślał, ale też chyba jako jeden z nielicznych mógł wiarygodnie porównać polską piłkę z tym, jak wyglądała na zachodzie Europy. Od czterech lat grał w lidze włoskiej. Widział jak się tam trenuje i gra, jak zorganizowane są kluby, jak wyglądają szatnie, opieka medyczna, jak zbudowane są ośrodki treningowe, a przede wszystkim, ile się zarabia w futbolu. 

Młodzi zawodnicy marzyli tylko o tym, żeby się wyrwać na Zachód i często decydowali się na dramatyczne ucieczki. Tak postąpił Marek Leśniak, za chwilę na podobny krok zdecydował się Andrzej Rudy, który wyszedł z hotelu w Mediolanie, gdzie przebywał razem z reprezentacją ligi polskiej i „odnalazł się” dopiero kilka miesięcy później w Kolonii. Po tym, jak został zawieszony przez PZPN, polska piłka straciła jeden z największych talentów lat 80.

Za chwilę miały dojść nowe kłopoty. 3 czerwca 1989 reprezentacja przegrała z Anglikami na Wembley 0:3. Selekcjoner Wojciech Łazarek podał się do dymisji, a następnego dnia odbyły się w Polsce wybory. Po zmianie ustroju wielkie zakłady przestały finansować sport. Pieniędzy w futbolu zrobiło się jeszcze mniej, a Zachód wykonywał skok ku prawdziwemu bogactwu. Ledwie trzy lata później powstała angielska Premier League, a potentat medialny Rupert Murdoch zapłacił 300 mln funtów za kilkuletnie prawa do pokazywania jej spotkań.

W tym czasie reprezentacja Polski musiała radzić sobie z brakiem sprzętu, a jak opowiadał wielokrotnie Andrzej Strejlau, który był wtedy selekcjonerem – stroje przed jednym ze spotkań dotarły na zgrupowanie w nocy i w ostatniej chwili na koszulki naszywano orzełki. O mały włos doszłoby do buntu w drużynie, a selekcjoner musiał zagrozić, że kto nie wyjdzie na przedmeczowy rozruch, ten więcej u niego nie zagra. Strejlau wspominał też o podejrzeniach, że mecz ze Szwedami w eliminacjach do mistrzostw świata w 1990 roku mógł zostać przez piłkarzy sprzedany.

Ledwie kilka lat później miała miejsce tzw. „niedziela cudów”. O mistrzostwo Polski zaciekle walczyły Legia i ŁKS Łódź. Drużyna z Warszawy była na pierwszym miejscu w tabeli, ale tylko dzięki lepszej różnicy bramek. Teoretycznie szansę na tytuł miał jeszcze Lech Poznań, ale musiał liczyć na porażki konkurentów. Tak się jednak nie stało. ŁKS potrzebował wysokiego zwycięstwa z Olimpią Poznań i wygrał 7:1. 

Legia odpowiedziała zwycięstwem 6:0 nad Wisłą Kraków. Wybuchł skandal, wiceprezes PZPN Ryszard Kulesza wygłosił zdanie, że „cała Polska widziała, iż mecz Wisły z Legią był przekupiony”. Wreszcie, po długich naradach, tytuł przyznano drużynie z Poznania. W następnym sezonie w starciu Legii z Górnikiem, które znów decydowało o mistrzostwie Polski, arbiter usunął z boiska trzech piłkarzy drużyny z Zabrza i  odżyły podejrzenia o nieuczciwość. Kilka lat później w polskim futbolu pojawił się Ryszard F. pseudonim „Fryzjer”.

W tym samym czasie na stadiony przychodziło coraz mniej kibiców m.in. z obawy o własne bezpieczeństwo. Bijatyki na trybunach zdarzały się bardzo często, a nawet mecze reprezentacji Polski nie były od tego wolne. Do rozróby doszło przed spotkaniem z Anglią w Chorzowie (1:1). Podobnie było w 1997 roku, w eliminacjach do mistrzostw świata, kiedy reprezentacja Polski podejmowała na Stadionie Śląskim Włochów (0:0). Dariusz Szpakowski swoją relację zaczął od stwierdzenia, że atmosfera na trybunach była dobra, dopóki nie zaczęła się bijatyka. Stadion w Chorzowie, nazywany „Narodowym” nie był już wtedy tak szczęśliwy dla polskich piłkarzy, a w dodatku był w coraz gorszym stanie.

W tamtym meczu reprezentację prowadził Antoni Piechniczek, który został selekcjonerem po raz drugi. Nawet to nie pomogło. Niewiele w wynikach osiąganych przez reprezentację Polski poprawił także fakt, że do drużyny dołączyło pokolenie srebrnych medalistów z igrzysk w Barcelonie, ani to, że prowadził kadrę Janusz Wójcik. Polacy byli wprawdzie o krok od awansu na Euro 2000 (wystarczał im remis w spotkaniu ze Szwecją), szansy tej  nie potrafili wykorzystać i przegrali 0:2.

Na szczęście były to ostatnie takie eliminacje. Po dymisji Janusza Wójcika reprezentację objął Jerzy Engel. Pokolenie medalistów olimpijskich dojrzało na tyle, że było w stanie udźwignąć odpowiedzialność za wyniki pierwszej reprezentacji. Tomasz Wałdoch, Marek Koźmiński, Piotr Świerczewski czy Andrzej Juskowiak od wielu lat trenowali i grali na Zachodzie, byli w najlepszym dla piłkarzy wieku. Do tego w świetnej formie byli Jacek Bąk, Jerzy Dudek, Jacek Krzynówek czy Paweł Kryszałowicz. Polacy otrzymali także niespodziewaną pomoc w postaci Emmanuela Olisadebe. Krok po kroku zaczęli przełamywać „klątwę” i wywalczyli awans na mundial. 

Wiceprezesem PZPN był już wtedy Zbigniew Boniek, więc do tego sukcesu też dołożył swoją cegiełkę. Teraz pojedzie do Rosji jako prezes a o klątwie już mało kto pamięta.

Źródło: rp.pl

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL