fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Brexit: Bercow szachuje całą Europę

John Bercow, spiker parlamentu, znów wystąpił w wielobarwnym krawacie. Przeciwnicy uważają, że daleko odszedł od konserwatywnych ideałów
AFP
Johnson może i zebrał wystarczającą liczbę posłów, aby zatwierdzić umowę z UE. Ale spiker mu na to nie pozwolił.

– Premier ani nie szanuje orzeczeń parlamentu, ani jego czasu – tak uzasadnił w poniedziałek po południu John Bercow odrzucenie podania Borisa Johnsona o przeprowadzenie głosowania nad uzgodnioną w miniony czwartek umową rozwodową.

Na to głosowanie czekał nie tylko szef rządu, ale i cała Unia zmęczona trwającą od trzech i pół roku debatą nad wyjściem kraju z Unii.

– Chcemy wiedzieć, czy Wielka Brytania chce opuścić Wspólnotę, czy też nie. Bez tego przywódcy UE nie mogą rozstrzygnąć, czy odłożyć termin brexitu, czy nie – mówią źródła rządowe w Paryżu cytowane przez „Daily Telegraph".

Jednak w brytyjskim systemie prawnym pozycja spikera jest absolutnie wyjątkowa. I sięga korzeniami przeszło sześć wieków.

Misja od Boga

Sprawa bierze bowiem swój początek od cudownego uzdrowienia. Mówi się, że kilka kubków zgniłej wody uratowało Thomasa de la Mare przed niechybną śmiercią, gdy nagle stracił przytomność w czasie wizyty na papieskim dworze w Awinionie, gdzie Ojciec Święty miał go mianować opatem opactwa w St. Albans.

Duchowny nabrał w każdym razie tak silnego przekonania o wyjątkowej misji, jaką powierzył mu Bóg, że z niezwykłą determinacją bronił praw powierzonego mu zakonu. I okazał się równie twardy, gdy w 1376 r. jako pierwszy spiker Izby Gmin w historii bronił praw podatników przed zachłannością króla Edwarda III, który wtrącił go za to zresztą do lochów.

To zapoczątkowało tradycję niezwykłej pozycji tego unikalnego dla brytyjskiego parlamentaryzmu stanowiska, co raz jeszcze potwierdził w ten poniedziałek daleki następca opata z St. Albans John Bercow.

Choć do spodziewanej daty brexitu pozostało już tylko dziewięć dni, spiker powiedział, że nie może podjąć innej decyzji z uwagi na precedens, który zabrania przedłożenia posłom w trakcie tej samej sesji tego samego zagadnienia.

Izba Gmin przyjęła zaś w sobotę 320 głosami za przy 306 przeciw ustawę sir Oliviera Letwina, która nakazuje ratyfikację umowy rozwodowej jednocześnie z towarzyszącymi jej przepisami wykonawczymi.

Ogromny pakiet legislacyjny Johnson chciał przedstawić deputowanym już w nocy z poniedziałku na wtorek. Ale to ryzykowna strategia, bo zamiast jednego głosowania konieczna będzie cała ich seria. Opozycja chce zaś przy tej okazji dołączyć szereg poprawek, w których część w praktyce zatopiłaby umowę rozwodową.

W tej rozgrywce między rządem a opozycją wygra ten, kto pierwszy przeciągnie na swoją stronę magiczną liczbę 320 deputowanych. Co prawda w Izbie Gmin zasiada 650 posłów, ale siedmiu reprezentantów Sinn Fein z Irlandii Północnej, podobnie jak Bercow i dwóch jego zastępców, nie bierze udziału w głosowaniach.

Johnson może liczyć na 288 deputowanych torysów, a także 20 posłów niezależnych, którzy zostali wcześniej wyrzuceni z Partii Konserwatywnej za sprzeciw wobec polityki premiera. Przeciw poprawce Letwina głosowało także sześciu deputowanych Partii Pracy – zalążek rebelii w ugrupowaniu Jeremy'ego Corbyna, która może zapewnić ostateczny sukces premierowi.

Alternatywny scenariusz forsowany przez opozycję, pomysł utrzymania całego Zjednoczonego Królestwa w unii celnej z UE po brexicie, może liczyć na poparcie około 276 deputowanych, przede wszystkim z Partii Pracy, Liberalnych Demokratów i Szkockiej Partii Narodowej (SNP). To jest zresztą koncepcja tzw. szerokiego backstopu, która została już odrzucona przez parlament dwa lata temu.

Sir Keir Starmer, sekretarz ds. brexitu w gabinecie cieni laburzystów, zaproponował Johnsonowi inny deal: poparcie opozycji dla umowy rozwodowej w zamian za wymóg, aby tę decyzję naród musiał potwierdzić w powtórnym referendum. To jednak rozwiązanie nie do zaakceptowania dla szefa rządu nie tylko dlatego, że sondaże nie pozwalają rozstrzygnąć, kto wyszedłby zwycięsko z takiej konfrontacji. Johnson chce za wszelką cenę doprowadzić do wyjścia kraju z Unii już 31 października, aby na fali tego sukcesu rozpisać przedterminowe wybory z nadzieją na przytłaczające zwycięstwo torysów.

Ale 31 października to także ważna data dla Bercowa – tylko z innych powodów. Tego dnia, po dziesięciu latach kierowania pracami Izby Gmin, złoży on urząd spikera i – jak chce tradycja – otrzyma znacznie mniej widowiskowe stanowisko w Izbie Lordów po uprzednim przyznaniu tytułu szlacheckiego przez królową Elżbietę II.

Wielu podejrzewa jednak, że John Bercow, który kiedyś był posłem z ramienia Partii Konserwatywnej, jest gorącym przeciwnikiem brexitu i chce pozostawić po sobie dokładnie odwrotną spuściznę do Borisa Johnsona.

Dwa lata temu w czasie spotkania z grupą licealistów Bercow, którego obowiązuje ścisła neutralność, przyznał, że w referendum w czerwcu 2016 r. głosował za pozostaniem kraju w Unii. Dziennikarze znaleźli także na jego samochodzie naklejkę promującą zjednoczoną Europę: spiker tłumaczył, że należy ona do jego żony, która „ma prawo do własnej opinii".

Jednak o ewolucji poglądów Johna Bercowa w kierunku wyraźnie liberalnym świadczą zmiany obyczajów, jakie wprowadził w parlamencie. Na jego wniosek posłowie nie muszą już obowiązkowo nosić krawatów, a towarzyszący mu dwaj najbliżsi asystenci peruk.

Bercow działał także na rzecz legalizacji związków osób jednej płci, a przepisy zabraniające palenia marihuany uznał za „absurdalne". Pasjonat tenisa, słynący z przywracania posłów do porządku gardłowym „order, order!" spiker twardo sprzeciwił się wystąpieniu w parlamencie Donalda Trumpa.

Więzienie dla premiera?

Johnson walczył w poniedziałek nie tylko w Westminsterze. W położonym 600 km na północ Edynburgu zapadła decyzja potencjalnie równie istotna dla przyszłości premiera. Lord Carloway, najważniejszy sędzia Szkocji, odrzucił petycję rządu o odsunięcie wniosku o ukaranie szefa rządu za złamanie obowiązku wystąpienia do Unii o zwłokę w brexicie. W sobotę Boris Johnson wysłał co prawda do Brukseli fotokopię ustawy przyjętej w tej sprawie przez parlament, ale także list, w którym tłumaczył, dlaczego taka zwłoka byłaby szkodliwa tak dla Wielkiej Brytanii, jak i dla Unii.

Stanowisko szkockiego wymiaru sprawiedliwości, które wyraźnie sprzyja zwolennikom integracji, już raz podzielił brytyjski Sąd Najwyższy we wrześniu w sprawie zawieszenia przez Johnsona prac parlamentu.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA