fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Bruksela odbija Rosji Bałkany

Prezydent Serbii Aleksandar Vučić (z lewej) znakomicie czuje się na Zachodzie i chce, aby jego kraj do niego należał. Na zdjęciu z premierem Luksemburga Xavierem Bettelem.
AFP
Za siedem lat do Unii mają być przyjęte Serbia i Czarnogóra. To konieczne, by zablokować tu wpływy Kremla.

Nowy plan Komisji Europejskiej zostanie przedstawiony dopiero 7 lub 14 lutego, jednak do dokumentu dotarły media, w tym portal EU Observer. Zapisano w nim, że „przy wystarczającej woli politycznej, wprowadzeniu w życie prawdziwych reform oraz trwałym rozwiązaniu sporów z sąsiadami, Czarnogóra i Serbia będą gotowe do członkostwa przed 2025 r. W tym samym momencie negocjacje akcesyjne powinny być zaawansowane z Albanią, Bośnią i Hercegowiną, Macedonią oraz Kosowem".

Ostatnim krajem, który został przyjęty do Unii, była Chorwacja – członkostwo uzyskała pięć lat temu. Jeszcze w 2014 r., gdy kampania wyborcza przed brexitem nabierała kształtów, szef KE Jean-Claude Juncker zapowiedział, że „w przewidywalnej przyszłości" do UE nie zostanie przyjęty żaden nowy kraj, bo chciał uśmierzyć obawy Brytyjczyków. Mówił też o „zmęczeniu poszerzeniem", co miało być aluzją do „kłopotów", jakie sprawiają nowi członkowie Wspólnoty.

Teraz jednak Bruksela zdecydowała się na radykalną zmianę strategii w obawie przed narastającym ryzykiem nowej wojny na Bałkanach oraz coraz poważniejszymi wpływami w regionie Moskwy. – Uważam, że to nie są tylko hasła. Do 2025 r. Unia rzeczywiście przyjmie przynajmniej jedno, a może i dwa państwa – mówi „Rz" Antun Dujmović, znawca Bałkanów w instytucie IRMO w Zagrzebiu.

Najbardziej w tym procesie zaawansowana jest malutka Czarnogóra, która latem ub.r. została przyjęta do NATO i już prowadzi negocjacje członkowskie z Brukselą. Około 5 proc. mieszkańców republiki to jednak Rosjanie, zaś Moskwę i Podgoricę łączą bliskie więzi oparte na wspólnej religii i doświadczeniach historycznych (pomoc Moskwy w wyzwoleniu z niewoli tureckiej). Rodzi się więc pytanie, czy Czarnogóra nie stanie się dla Kremla wygodnym narzędziem wpływania na politykę Unii, gdy stanie się już członkiem Wspólnoty.

Podobne ryzyko istnieje też w przypadku Serbii: według najnowszych sondaży 67,2 proc. mieszkańców kraju chce bliższych związków z Rosją, a tylko 50,9 proc. przystąpienia do Unii. To m.in. efekt wzmożonej aktywności rosyjskich mediów: Sputnik stał się głównym źródłem informacji dla serbskich dziennikarzy. Organizacje praw człowieka ostrzegają, że prezydent Aleksandar Vučić, były minister informacji u Slobodana Miloszevicia, jest tylko farbowanym demokratą, który tak naprawdę dąży do ograniczenia swobód obywatelskich. Ale najpoważniejszym problem przed uzyskaniem członkostwa jest uznanie przez Belgrad niezależności Kosowa – kraju, który do 2025 r. też będzie zapewne negocjował członkostwo we Wspólnocie, ale który jak dotąd nie nawiązał stosunków dyplomatycznych z pięcioma obecnymi członkami UE.

– W serbskim rządzie mówi się o formule, którą zastosowały Niemcy Zachodnie wobec ówczesnej NRD – faktyczne, ale nie formalne uznanie Kosowa – tłumaczy Dujmović.

Od rozpadu Jugosławii integrację Macedonii z Zachodem blokował spór o nazwę kraju: Grecja uważała, że ma wyłączne prawo do określenia krainy, z której wywodził się Aleksander Wielki. Jednak na początku roku nowy, prozachodni macedoński premier Zoran Zaew rozmawiał w tej sprawie ze swoim greckim odpowiednikiem Aleksisem Ciprasem i zapowiedział, że przed latem sprawa zostanie rozwiązania.

– Kompromisowa nazwa to Nowa Macedonia – zdradza Dujmović.

Pozostaje jednak problem z mniejszością albańską, która stanowi 1/3 mieszkańców kraju. Zaew zbudował koalicję rządową, w której skład obok macedońskiej socjaldemokracji wchodzą partie albańskie. Ale to delikatna równowaga – takiemu układowi długo sprzeciwiał się prezydent Gorge Iwanow. Kreml mocno zaangażował się też w podsycanie strachu przed rzekomymi planami Tirany budowy „wielkiej Albanii", w skład której wchodziłyby części Macedonii, ale także Czarnogóry, Serbii, a nawet Grecji. To potencjalne zarzewie konfliktu, który znów mógłby odłożyć poszerzenie Unii o Bałkany Zachodnie.

Sama Albania uzyskała status kraju kandydackiego Unii w 2014 r. W czasie niedawnej wizyty w Brukseli premier Edi Rama apelował o rozpoczęcie negocjacji członkowskich. Na razie na przeszkodzie stoi jednak niezwykłej skali korupcja i handel narkotykami w tym kraju.

Statusu kraju kandydackiego do tej pory nie uzyskała natomiast Bośnia i Hercegowina. To przede wszystkim pochodna dysfunkcyjnej struktury państwa: wchodzące w jego skład Republika Serbska oraz Federacja Bośni i Hercegowiny nie tylko z wielkim trudem są w stanie uzgodnić jakiekolwiek decyzje, ale ten pierwszy region najchętniej przyłączyłby się do Serbii.

„Unia nie może i nie będzie importować dwustronnych sporów. Dlatego kraje Bałkanów Zachodnich muszą pilnie rozwiązać takie spory" – napisano w dokumencie, który KE ma przyjąć w lutym.

Dotyczy to także rozdartego między Albanią a Serbią Kosowa, którego premier Ramush Haradinaj dodatkowo nie zgadza się na powołanie przez UE trybunału w Hadze ds. osądzenia zbrodniarzy wojny w Kosowie.

Przewodząca obecnie Unii Bułgaria chce w maju zorganizować pierwszą od lat konferencję przywódców krajów Bałkanów Zachodnich. Jednak Juncker ostrzega, że ciągnący się spór o wytyczenie granicy morskiej między należącą już do Unii Słowenią i Chorwacją powoduje, że wiele państw Wspólnoty obawia się przyjęcia do Unii kolejnych krajów regionu.

Problemem pozostaje także poziom rozwoju gospodarczego. Czarnogóra, najbogatszy kraj (16,5 tys. USD na mieszkańca przy uwzględnieniu siły nabywczej waluty narodowej), pozostaje wyraźnie uboższa od najbiedniejszego kraju obecnej Unii – Bułgarii (20 tys. USD). Zaś Bośniacy i Albańczycy żyją na poziomie Tunezyjczyków, dwa razy niższym niż Bułgarzy.

W opublikowanym na początku tego tygodnia raporcie brytyjska Izba Lordów, podobnie jak Bruksela, ostrzega przed narastającymi w Bałkanach Zachodnich wpływami Rosji, ale także radykałów islamskich. Zdaniem autorów dokumentu niektórym krajom regionu grozi wręcz powrót do autorytarnych metod rządzenia. Dlatego, mimo kłopotów z brexitem, Brytyjczycy chcą zorganizować tego lata w Londynie własną konferencję w sprawie stabilizacji Bałkanów Zachodnich.

– Unia staje przed trudnym dylematem. Albo pozostawi te kraje na zewnątrz i pozwoli, aby przekształciły się w miękkie podbrzusze Europy, coraz bardziej niestabilny region podatny na wpływy wrogów Zachodu, albo przyjmie je do siebie, a wraz z nimi kolejne poważne problemy, których przecież i bez tego dziś Unii nie brakuje – uważa Antun Dujmović.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA