fbTrack

Polityka

Francja: Ostatnia szansa prezydenta Emmanuela Macrona

Emmanuel Macron
AFP
W poniedziałek wieczorem prezydent Emmanuel Macron wreszcie zabrał głos. Postanowił powstrzymać rewolucję “żółtych kamizelek”.

Emmanuel Macron nie wierzy już w „wertykał władzy”. Do tej pory francuski przywódca samodzielnie podejmował decyzje i kazał je wykonać swoim współpracownikom. Ale na kilka godzin przed kluczowym wystąpieniem telewizyjnym po raz pierwszy spotkał się ze „strukturami pośrednimi”: przywódcami organizacji pracodawców, związków zawodowych i organizacji obywatelskich. I podzielił się swoimi planami. W Pałacu Elizejskimi najwyraźniej zrozumiano, iż dotychczasowy układ już nie działa.

Premie i dodatki

Z przecieków ze spotkania wyłaniał się jednak dość niepokojący obraz prezydenckich zamierzeń. Jeśli by się potwierdził, francuski przywódca zamierzał przede wszystkim „zwiększyć moc nabywczą najsłabiej zarabiających”, czyli jak wielu jego poprzedników, rozładować manifestacje kolejnym pakietem zabezpieczeń socjalnych, na które Francji nie stać.

Czytaj także: 

Macron idzie w ślady Roosevelta

Orędzie Emmanuela Macrona: Protesty we Francji są uzasadnione

Jeden z pomysłów zakłada szybsze i dalej idące podwyższenie minimalnego uposażenia emerytów, które pierwotnie miało sięgnąć 900 euro od 1 stycznia 2020 r. Inny to wypłata nadzwyczajnej premii 1 tys. euro dla najsłabiej zarabiających, która dodatkowo byłaby zwolniona z podatków. Prezydent miał się także szykować do wprowadzenia stałego dodatku dla osób dojeżdżających do pracy samochodem, co dotyczy 70 proc. aktywnych zawodowo Francuzów. Spodziewano się, że w przemówieniu znajdzie się zapowiedź wcześniej likwidacji podatku od nieruchomości dla ok. 80 proc. Francuzów. Pierwotnie zakładano, że zniknie w ciągu 3 lat. W swoim przemówieniu prezydent miał także ogłosić zniesienie opodatkowania i opłat socjalnych na nadgodziny. A także wypłatę specjalnego wsparcia dla handlu z powodu strat poniesionych w trakcie manifestacji.

Choć minister pracy Muriel Pénicaud zapowiedziała, że nie jest w planach podwyższanie minimalnej pensji, bo to jeszcze bardziej zwiększyłoby bezrobocie. Macron powiedział, że zwrócił się do rządu o podniesienie zagwarantowanej płacy minimalnej o 100 euro miesięcznie od 1 stycznia.

Prezydent nie chce także „rozmontowywać” już przeprowadzonych kluczowych reform, jak likwidacja podatku od wielkiej fortuny (ISF), bo to warunek, aby obcy kapitał znów inwestował we Francji.

Konieczna VI Republika?

Jak na to zareagują „gilets jaunes”?

Christophe Barbier, poczytny publicysta RTL, uważa, że to tylko „okruchy”, którymi manifestanci się nie zadowolą. Bo jego zdaniem prezydent powinien mieć „odwagę”, aby zaoferować Francji „bagietkę”, a nawet całą „piekarnię”, czyli otworzyć debatę na temat wydatków państwa, dziś bezprecedensowych w skali Unii. Chodziłoby o ustalenie, bez jakich usług publicznych Francuzi mogą się obyć, co z kolei otworzyłoby drogę do radykalnego obniżenia podatków. „Macron powinien nawet pójść dalej, dać całą wioskę, czyli zainicjować zmianę ustrojową państwa. Zadać pytanie, czy izba deputowanych powinna być wybierania wedle ordynacji proporcjonalnej, czy Senat powinien być zlikwidowany, czy prezydent powinien być wybierany w wyborach powszechnych. Bo w dzisiejszym systemie bardzo wielu Francuzów po prostu się nie odnajduje” – uważa Barbier.

Jeśli nie naród, Macrona mogą do porządku szybko przywołać rynki. Prezydent doszedł przecież do władzy pod hasłem uzdrowienie finansów publicznych. Jednak odchudzić państwa mu się nie udało: w trzech pierwszych kwartałach tego roku wydatki z budżetu centralnego wyniosły 282 mld euro wobec 277 rok wcześniej. Rezygnacja pod naciskiem „gilets jaunes” z podwyżki opodatkowania paliw i elektryczności będzie kosztować kasę publiczną 4 mld euro w 2019 r. Zaś seria kolejnych „prezentów” od Macrona, jakiej się spodziewano w poniedziałek, kilkakrotnie przekraczałaby tą kwotę.

Rząd planował na przyszły rok deficyt 2,8 proc. PKB. Chciał, aby Francja przestrzegała 3-procentowego limitu ustalonego przez Brukselę i w szczególności w oczach Niemiec była postrzegana jako poważny partner do reformowania Wspólnoty. Teraz jednak wydaje się to mało realne, tym bardziej że jak przyznał minister gospodarki Bruno le Maire, tempo wzrostu kraju już w tym roku osłabnie do ok. 1,5 proc., przynajmniej trzykrotnie mniej niż w Polsce.

Możliwie najskromniej

– Francja, w przeciwieństwie do Włoch, może zwiększyć deficyt budżetowy bez wywoływania paniki na rynkach finansowych. Ale tylko na krótką metę – ostrzega Patrick Artus, prezes Francuskiego Obserwatorium Koniunktur Ekonomicznych (OFCE).

Do tej pory prezydent planował przeprowadzenie w przyszłym roku kluczowych dla wydatków państwa reform emerytur i służby publicznej. To miało być w szczególności spełnienie obietnicy ograniczenia o 130 tys. liczby funkcjonariuszy państwa (na 5 mln). Ale Macron jest dziś na tyle osłabiony, że nie wiadomo, czy rzeczywiście będzie mógł przeforsować tak ambitne zmiany.

Sukces przemówienia miał opierać się jednak nie tylko na treści, ale także na formie. Współpracownicy prezydenta zapowiadali, że będzie on chciał wypaść „możliwie jak najskromniej”. – To będzie „mea culpa”, jakiej jeszcze nie widzieliście” – zapowiadał jeden z doradców Macrona, choć przyznawał, że francuski przywódca pozostaje „w bojowym nastroju”.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL