Polityka

Wiemy, co sądzić o Saudyjczykach. I co z tym zrobimy?

AFP
Zabicie sławnego dziennikarza pracującego dla czołowej amerykańskiej gazety nie uchodzi saudyjskim władcom na sucho. Ale tak czy owak pozostaną sojusznikami USA i innych ważnych graczy Zachodu.

Bliskowschodnia scena trochę się jednak zatrzęsła, już się trzęsie. Są na niej wygrani - przede wszystkim Turcja, ale także Iran, Katar. Chciałaby do nich dołączyć Rosja. Przegrywają ci, co wiernie stoją przy Arabii Saudyjskiej – jak Zjednoczone Emiraty Arabskie. Chwilowy dyskomfort może odczuć Izrael, równie antyirański.

Wszystko to efekt tego, o czym wielu dziennikarzy, ekspertów pisało już od wielu dni.

Teraz potwierdzili to oficjalnie Saudyjczycy - Dżamal Chaszodżi (albo z angielska Jamal Khashoggi) nie żyje. Jeden z najważniejszych dziennikarzy świata arabskiego, niegdyś bliski saudyjskiego tronu, a potem bardzo krytyczny wobec nazywanych reformatorskimi poczynań przyszłego króla – Mohameda bin Salmana – został zamordowany 2 października.

Dowiedz się więcej: Arabia Saudyjska przyznaje: Khashoggi został zabity

Gdyby nie był sławny i nie pisywał w „Washington Post”, jego losem pewnie nie żyłyby media amerykańskie i zachodnioeuropejskie. Szybko przeniknęły do niej informacje od tureckiego wywiadu – o saudyjskich kilerach wysłanych do konsulatu w Stambule i o tym, że Chaszodżi już żywy tej placówki dyplomatycznej nie opuścił.

Jeszcze kilkadziesiąt godzin temu amerykańskie media nie miały potwierdzenia, czy władze lub wywiad USA poznały dowody, na które powołują się Turcy. Teraz turecka wersja, w której jest też mowa o cięciu jeszcze żyjącego dziennikarza na kawałki, tryumfuje już całkiem oficjalnie. Ale najciekawsze jest to, że świetnie sobie radziła bez tego potwierdzenia. Z tego Ankara może być zadowolona.

Wersja saudyjska przeszła od zaprzeczeń, że Chaszodżiemu cokolwiek się stało, do potwierdzenia śmierci, ale z zastrzeżeniem, że doszło do niej przypadkowo, w wyniku sprzeczki, bójki z wieloma osobami w konsulacie. Brzmi to mało wiarygodnie. Jest próbą zrzucenia odpowiedzialności jak najdalej od tronu, a ściślej następcy tronu – wspomnianego Mohameda bin Salmana. Trudno uwierzyć, że najważniejszy człowiek nie wie, że jego ludzie pojechali do Stambułu na „spotkanie” z najbardziej go denerwującym krytykiem reżimu.

Wraz z (chwilowym raczej) tryumfem Turcji radość zapanuje w Katarze, malutkim kraju izolowanym przez Arabię Saudyjską i jej sojuszników za to, że nie uległ szantażowi i nie zmienił swojej polityki wobec Iranu i Turcji właśnie.

Ujawnienie prawdziwej natury saudyjskiego księcia jest błogosławieństwem dla Teheranu, śmiertelnego wroga Rijadu.

Amerykański prezydent tak bardzo postawił na Saudyjczyków, że zerwał porozumienie z Irańczykami, wynegocjowane przez potęgi Zachodu, Chiny i Rosję oraz przełomowe dla regionu.
Teraz Donald Trump codziennie musi odpowiadać na pytanie, jakie konsekwencje poniesie Arabia Saudyjska? Dla Amerykanów zabicie dziennikarza za głoszone poglądy jest atakiem na podstawę ich cywilizacji. A trudno wskazać równie spektakularną zbrodnię dokonaną przez Irańczyków.

Mimo że saudyjski następca tronu jest stracony w oczach społeczeństw Zachodu to te konsekwencje zapewne nie doprowadzą do wielomiliardowych strat amerykańskich firm zbrojeniowych. Dużo mniejsze kontrakty wpłyną i na postawę Wielkiej Brytanii, Francji czy Niemiec. Choć te państwa w przeciwieństwie do Ameryki Trumpa i wbrew jej naciskom nie przyjmują zasady, że na Bliskim Wschodzie trzeba wybrać: między Iranem i Arabią Saudyjską.

Trump nadal będzie przeciw Iranowi. Ale to, czego się Amerykanie dowiedzieli o władcy z Rijadu, może wpłynąć na politykę jego następcy.

Źródło: rp.pl

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL