fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Pływanie

Mistrzostwa Świata w pływaniu: Przed Tokio trudno być optymistą

AFP
Pierwszy raz w XXI wieku reprezentacja Polski wraca z mistrzostw świata bez medalu.

W południowokoreańskim Gwangju było wszystko, co rozpala zmysły kibiców. Nie zabrakło zatem rekordów świata, emocjonujących pojedynków do ostatnich centymetrów, porażek i dyskwalifikacji wielkich faworytów, narodzin nowych gwiazd czy podgrzewających atmosferę konfliktów między bohaterami zmagań. Niestety, niewiele z tego było udziałem reprezentantów Polski.

Prognozy prezesa federacji Pawła Słomińskiego, mówiące o medalu i trzech miejscach w finałach, okazały się nazbyt optymistyczne. Najbliżej wywalczenia miejsca w czołowej trójce był Radosław Kawęcki, który w przeszłości dwukrotnie cieszył się z wicemistrzostwa świata.

Tym razem nasz grzbiecista był w swojej koronnej konkurencji czwarty i potwierdził przynależność do światowej czołówki. Lokata na pewno cieszy, jednak nieco dokładniejsza analiza pozwala stwierdzić, że poprawienie jej w przyszłym roku może okazać się poza zasięgiem zawodnika AWF Warszawa. Kawęcki od czterech lat nie uzyskał w międzynarodowych zawodach rezultatu, który w Korei gwarantowałby medal, a wielce prawdopodobne, że w igrzyskach trzeba będzie pływać znacznie szybciej.

Drugim w Gwangju reprezentantem Polski walczącym w finale był Paweł Juraszek. Sprinter z Dzierżoniowa zajął siódme miejsce na 50 m kraulem. W tej konkurencji rotacja na czołowych pozycjach jest jednak znaczna, a rekordy życiowe zawodników bardzo zbliżone. Nie brakuje więc niespodzianek i na taką, w kontekście startu w Tokio, wciąż może liczyć Juraszek. Pod warunkiem że poleci do Japonii. Wciąż nie wiadomo, czy sprawa podwyższonego poziomu pseudoefedryny w jego organizmie nie będzie miała dalszego ciągu.

W półfinałach MŚ pływali jeszcze Konrad Czerniak, Alicja Tchórz, Katarzyna Wasick i Jakub Skierka. Pierwsza dwójka w nieolimpijskich konkurencjach 50 m stylem motylkowym i grzbietowym.

Reprezentacja Polski liczyła 22 osoby, jednak część zawodników wyznaczona była wyłącznie do startów w sztafetach. Z tych, którzy mieli okazję zaprezentować się w konkurencjach indywidualnych, większość wypadła zdecydowanie poniżej oczekiwań. Na dużo więcej liczyli zapewne Wojciech Wojdak, Kacper Majchrzak czy Jan Świtkowski, ale rzeczywistość okazała się brutalna. Z całej kadry tylko Paulina Nogaj poprawiła rekord życiowy (50 m motylkiem).

Jeszcze bardziej niepokoi to, że tylko nieliczni uzyskali najlepsze wyniki w sezonie, i małym usprawiedliwieniem jest fakt, że duża grupa debiutowała w zawodach tej rangi.

Nieco lepiej spisały się sztafety. Najwyżej, na 9. miejscu, sklasyfikowano kobiecy zespół na 4x200 m stylem dowolnym. Polacy wywalczyli w sumie kwalifikacje w pięciu z siedmiu olimpijskich konkurencji drużynowych. Nie oznacza to jeszcze, że w Tokio na pewno zobaczymy pięć polskich sztafet. Kandydaci do startu w tych zespołach muszą jeszcze wypełnić minima indywidualne.

Po fatalnych igrzyskach w Rio, gdzie nikomu z Polaków nie udało się awansować nawet do półfinału, mówiono, że to wypadek przy pracy. Smutna prawda jest jednak taka, że wkrótce takie wypadki mogą stać się standardem. Doświadczeni zawodnicy, którzy od dekady stanowią filary naszej kadry, niebawem zakończą kariery, a młodzież bardzo nieśmiało zabiera się do ataku. 12 najbliższych miesięcy będzie zatem wielkim sprawdzianem dla całego środowiska.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA