fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Pływanie

Sun Yang zdyskwalifikowany na osiem lat za doping

Sun Yang ma 29 lat. Zdobył sześć medali olimpijskich i jedenaście razy był mistrzem świata. Jest rekordzistą świata na 1500 m
AFP
Trzykrotny mistrz olimpijski Sun Yang zdyskwalifikowany na osiem lat za doping. To zapewne koniec kariery czarnej owcy pływania.

Kiedy aż nadto dumny syn Chin po raz dziesiąty zostawał w styczniu mistrzem świata, miejsce obok niego było puste podczas dekoracji. Mack Horton stanął za podium. Australijczyk odegrał scenę wartą więcej niż tysiąc słów, za którą dostał wiele gróźb śmierci od internautów z Państwa Środka. Kilka dni później Brytyjczyk Duncan Scott po kolejnej dekoracji Yanga odmówił mu wspólnego zdjęcia. I usłyszał: „Jesteś przegrany, ja zwyciężyłem!".

Niewykluczone, że Yang jest najlepszym specjalistą od kraula w dziejach pływania. Jako jedyny zdobył złoto igrzysk na trzech dystansach: 200 m, 400 m i 1500 m. Na olimpijskim podium stał w sumie sześć razy.

Czytaj także: Sun Yang zawieszony na osiem lat

Ale jest też rozpieszczoną w ojczyźnie czarną owcą pływania. Ma niewyparzony język, na rywali patrzy z góry, a po wpadkach zawsze bezpiecznie przybija do brzegu. Brytyjka Lizzie Simmonds nazwała go „Harrym Houdinim kontroli dopingowych". Teraz jednak utonął, choć Światowa Federacja Pływacka (FINA) jeszcze raz chciała utrzymać Chińczyka na powierzchni. Pogrążyła go awantura, która rozpętała się nocą z 4 na 5 sierpnia 2018 roku w jego willi w Hangzhou.

Budowlaniec kontroler

Kiedy dopingowi kontrolerzy zapukali do drzwi domu Yanga, jego tam nie było. Wrócił godzinę później i zaczął harcować. Nie chciał oddać kontrolerom próbki moczu, pozwolił natomiast, by pielęgniarka pobrała mu krew. Nerwy puściły jednak matce pływaka, która kazała ochroniarzowi rozbić fiolkę młotkiem. Sam zawodnik miał w tym czasie podrzeć notes kontrolerki.

Yang zeznał później przed Trybunałem Arbitrażowym ds. Sportu w Lozannie (CAS), że miał podejrzenia co do wiarygodności kontrolerów. Podobno zachowywali się nieprofesjonalnie, jeden z nich nie miał legitymacji. Na poparcie jego słów chińska agencja prasowa Xinhua rok po incydencie „odnalazła" jednego z bohaterów tamtej nocy. Miał nim być – to nie żart – anonimowy budowlaniec, który wziął udział w kontroli na prośbę koleżanki ze szkoły.

Podobno spotkali się nocą na stacji kolejowej i razem ruszyli w kierunku posiadłości Yanga. On, koleżanka kontrolerka oraz pielęgniarka. Budowlaniec miał być podekscytowany: robić zdjęcia, prosić pływaka o selfie. Ten zażądał od niego legitymacji, która oczywiście nie istniała.

– Nie wiem nic o przeprowadzaniu testów dopingowych. Chciałem pomóc koleżance, skoro mnie o to poprosiła – tłumaczył budowlaniec i zapowiedział przesłanie oświadczenia do CAS oraz Światowej Agencji Antydopingowej (WADA). Nikogo nie przekonał. Wersja prawdziwych kontrolerów była o wiele bardziej wiarygodna.

Uścisk prezesa

CAS zajął się sprawą Yanga, bo wcześniej karać nie chciała go Światowa Federacja Pływacka (FINA). Dostał tylko ostrzeżenie. Nie był to pierwszy raz, kiedy władze pływania spojrzały przyjaźnie na swoją gwiazdę i gigantyczny chiński rynek. Cztery lata wcześniej, kiedy Yang zdobywał olimpijskie złoto w Rio (2016), po zejściu z podium czule wyściskał go dyrektor FINA Rumun Cornel Marculescu. Niedługo później Yang dostał od federacji nagrodę za „wkład w popularyzację pływania w Chinach".

Niczego nie zmieniło to, że już w maju 2014 roku został zdyskwalifikowany za użycie trimetazydyny – leku nasercowego, który na listę środków zakazanych trafił cztery miesiące wcześniej. Yang miał ją przyjmować od sześciu lat, podobno leczył się na palpitacje. O wprowadzeniu zakazu oczywiście nie wiedział.

Symboliczną karę (trzy miesiące) wymierzyła mu rodzima agencja antydopingowa, nie stracił żadnej ważnej imprezy. Roczną dyskwalifikacją ukarany został jego lekarz Ba Zhen, ale w ogóle się nią nie przejął. Dalej współpracował z pływakiem, za co spotkała go kolejna kara.

Dyskwalifikacja Yanga sprawia, że jego rywale nie będą musieli podczas igrzysk w Tokio rozstrzygać szekspirowskiego dylematu: „być czy nie być z Chińczykiem na podium".

Pływacy mają wiele powodów, żeby Yanga nie znosić. Chodzi nie tylko o dopingową wpadkę sprzed lat i parasol ochronny, jaki nad gwiazdorem rozłożyła FINA, ale przede wszystkim o to, jaki Chińczyk jest. Mistrz olimpijski przez lata robił wiele, by nie mieć kolegów w pracy.

Żył tak, jakby na świecie liczył się tylko on, a jutra miało nie być. W 2014 roku spędził tydzień w więzieniu po samochodowej stłuczce z autobusem. Nie miał prawa jazdy, bo „był zbyt zajęty treningiem, aby śledzić na bieżąco przepisy prawa". Kilkanaście miesięcy później w trakcie rozgrzewki kopnął i uderzył łokciem Brazylijkę Larissę Oliveirę, a podczas igrzysk w Rio chlapał wodą w rywali.

– Zawsze cwaniakował. Do nikogo się nie odzywał, nie szukał kolegów. Traktował rywali jak wrogów, których trzeba po prostu pokonać – przyznaje w rozmowie z „Rzeczpospolitą" polski kraulista Mateusz Sawrymowicz.

Wątpliwa apelacja

Klamka w sprawie dalszej kariery Yanga właściwie zapadła. Można napisać: trafiony zatopiony. Gwiazdor nie zamierza jednak się poddawać. – To niesprawiedliwe, jestem przekonany o swojej niewinności – mówi i obiecuje apelację. Może się odwołać do szwajcarskiego Sądu Federalnego i kwestionować nie meritum, lecz jedynie poprawność przebiegu procesu oraz proporcjonalność kary. Szanse ma niewielkie. Wszystkie osiągnięcia Chińczyka – rekord świata na 1500 m kraulem, 16 medali mistrzostw świata (w tym 11 złotych) i sześć igrzysk olimpijskich – zostają w tabelach. Uniknął kontroli, ale w jego organizmie nie wykryto zakazanych substancji. Pół roku przed igrzyskami tron w królestwie kraulistów jest pusty.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA