fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Wybory we Francji: Kto powstrzyma Marine Le Pen?

Były premier po prawyborach może liczyć na poparcie swojej partii (zdjęcie z 2012 r.)
AFP
Republikanin François Fillon, który wygrał prawybory w swojej partii, jest człowiekiem mocnych przekonań: liberałem, ale i katolikiem. Czy zdoła odebrać Frontowi Narodowemu monopol na „dyskurs patriotyczny"?

To nie tak przecież miało być. Miał zwyciężyć jeden z faworytów, czyli – od wielu miesięcy – Alain Juppé albo Nicolas Sarkozy, nie zaś ten, który przez ten czas był tylko odległym tłem dla dwójki zawodników wagi ciężkiej. Miał zwyciężyć pewny siebie, spokojny i pogodzony z postnowoczesnością Juppé albo zarozumiały, nadaktywny i nadzdolny, niepoprawny politycznie aż do popadania w populizm Sarkozy. Tymczasem w obu turach prawyborów partii Republikanie wygrał w cuglach ten trzeci, zrazu skazany na porażkę.

Wygrał z pewnością polityk doświadczony, zaprawiony w bojach, nie żaden tam świeżo przybyły idealista. Ale zarazem człowiek, który jest jak gdyby z innej gliny. Przez swój sposób bycia, przez sposób wysławiania się, to ktoś – powiedzielibyśmy – o powierzchowności brytyjskiego lorda, a nie polityka w dobie kultury masowej. Bo polityk we współczesnej demokracji to ktoś, kto musi się podobać i to nie tylko swoim, ale i pozostałym. Ktoś, kto posiadając swoje przekonania, musi je nieustannie przekraczać, a to nieuchronnie pcha go w kierunku profilu „mistrza sprzedaży bezpośredniej". Otóż François Fillon w jakiś zadziwiający sposób wymyka się tym regułom.

Wygrał oto w prawyborach wielkiej partii człowiek mocnych przekonań, który zdaje się mówić wyborcom: – Chcecie poprzeć mój program? To znakomicie. Nie chcecie? I tak go nie zmienię, bo uważam, że tylko tak można wyprowadzić Francję ze ślepego zaułka, w jakim się znalazła.

Nie jest tak, że Fillon odrzuca wszelkie kompromisy. Ale jest tak, że ma on nadprzeciętną odporność na presję myślenia uśrednionego, nie zabiega o to, by się podobać wszystkim. Fillon powiedział w tych prawyborach: tu stoję, inaczej nie mogę. I wygrał. W jakimś stopniu dlatego, że wyborcom zaimponowała ta jego stałość przekonań.

Twardy liberał, polityczny realista

François Fillon jest twardym liberałem w gospodarce. Obiecuje sukces Francji, może nie poprzez „krew, pot i łzy", ale poprzez „więcej pracy". Chce podnieść wiek emerytalny (raz już podniesiony, gdy Fillon był premierem za prezydentury Sarkozy'ego) do 65 lat, a także dołożyć do obecnego systemu redystrybutywnego moduł systemu kapitałowego (dokładnie odwrotnie zrobiły w Polsce do spółki rządy PO–PSL i PiS). Chce obniżyć zasiłek dla bezrobotnych i uczynić go degresywnym.

Chce także definitywnie znieść zasadę 35-godzinnego tygodnia pracy: wymiar pracy ma być negocjowany na poziomie przedsiębiorstwa, a górną granicą – norma unijna 48 godzin. Chce uelastycznić kodeks pracy. Obniżyć koszty zatrudnienia pracowników. Obniżyć podatek od przedsiębiorstw. Znieść podatek od wielkich fortun (tzw. ISF). W zamian za to – dla zrównoważania zmniejszonych wpływów do budżetu – chce zwiększyć VAT o 2 punkty procentowe. Proponuje wielkie oszczędności wydatków publicznych rzędu 100 mld euro w ciągu pięciu lat i w tym celu zamierza w tym samym czasie m.in. zmniejszyć liczbę urzędników o 500 tys. osób. Tygodniowy czas pracy urzędników zostałby podniesiony z 35 do 39 godzin – bez wzrostu wynagrodzenia.

Linia François Fillona w stosunku do Unii Europejskiej jest lekko eurosceptyczna. Jednak z punktu widzenia polskiego rządu Fillon jest oszalałym euroentuzjastą. Jest lekko eurosceptyczny, bo chce zmniejszenia roli Komisji Europejskiej, a zwiększenia siły oddziaływania Rady Europejskiej. Czyli się domaga, by definiować unijny interes nie w trybie wspólnotowym, lecz w trybie międzyrządowym. To oczywiście oznacza, że duże kraje, takie jak Francja i Niemcy, zwiększą jeszcze swoją dzisiejszą dominację.

Dlaczego jednak Fillon mimo to pozostaje euroentuzjastą? Bo opowiada się za dalszą integracją w strefie euro, a szczególnie za stopniowym wprowadzaniem elementów harmonizacji polityk gospodarczych, podatkowych i socjalnych państw członkowskich strefy. Proponuje, aby Francja i Niemcy samodzielnie wprowadziły w ciągu trzech lat jednakowy podatek od przedsiębiorstw i zharmonizowały podatki od kapitału. To ma skłonić innych członków strefy euro do pójścia ich śladem. Inaczej mówiąc, strefa euro, wedle tych planów, będzie się coraz bardziej oddzielać od reszty państw członkowskich UE.

W polityce zagranicznej Fillon opowiada się za zbliżeniem z Rosją. Chce zniesienia sankcji nałożonych na Rosję po aneksji Krymu i zajęciu Donbasu. Chce współpracy z Rosją i z Iranem w celu rozwiązania kryzysu syryjskiego. Opowiada się za taktyczną współpracą z prezydentem Assadem, uważając, że fundamentalną kwestią jest pokonanie tzw. Państwa Islamskiego, a temu nie służy strategia dwóch wrogów.

Niewygodna kwestia IVG

François Fillon został w tej kampanii brutalnie zaatakowany jako reakcjonista i pokątny przeciwnik aborcji. A w tym kraju etykietka przeciwnika aborcji to obelga. Fillon jest katolikiem i opowiada się prywatnie przeciw aborcji. Prywatnie, to znaczy, że nie zaleca korzystania z tego prawa (l'interruption volontaire de grossesse, w skrócie IVG). Ale samego prawa nie podważa (we Francji wolno dokonać aborcji bez podania powodu do końca 12. tygodnia ciąży), zapewne kierując się oceną konsensusu moralnego społeczeństwa francuskiego w tej kwestii.

Ów konsensus zaś jest taki, że „droit a l'avortement" jest traktowane powszechnie jak prawo podstawowe, czyli niezbywalne – tak jak traktuje się prawo do wolnych wyborów, do wolności korespondencji, zgromadzeń, prasy etc. Z tej perspektywy, a ona – przypomnijmy – absolutnie dominuje, ograniczenia w prawie do aborcji, np. takie, jakie obowiązują obecnie w Polsce, są traktowane jak powrót do średniowiecza. Są tak traktowane, bo motywy, które stoją za takimi ograniczeniami, nie są poważnie rozważane. Inaczej mówiąc, racje filozoficzne i religijne przeciwników aborcji są niemal nieobecne w debacie, co najwyżej uważa się je za prywatne dziwactwo: jedni są przeciwnikami aborcji, inni wierzą w święte węże... Nader często w kontekście propozycji ograniczenia aborcji gdzieś w świecie (np. ostatnio w USA w związku z wyborem Donalda Trumpa) we francuskim dyskursie publicznym można spotkać twierdzenia, wypowiadane w tonie wyższości kulturowej (oświecona świadomość...) i moralnej (prawo do dysponowania swoim ciałem...), w rodzaju: „Trzeba przecież zagwarantować, żeby kobiety mogły normalnie abortować, nie możemy pozwolić na cywilizacyjny regres". Taki dyskurs to absolutna norma.

Wspomniana wyżej pozycja Fillona w tej materii została wykorzystana przez Alaina Juppé, który publicznie domagał się od swojego konkurenta wyklarowania stanowiska. Było ono w istocie klarowne: nie zalecam korzystania, ale nie robię nic, by ograniczyć prawo do aborcji.

W stylu myślenia Juppégo, który natychmiast podchwyciła ogromna większość mediów, było coś, na co warto zwrócić uwagę. Nie wystarczy, wywodził Juppé, być zwolennikiem prawa do aborcji, bowiem jeśli ktoś – jak Fillon – prywatnie krytykuje korzystanie z tego prawa, to w gruncie rzeczy musi być podejrzewany o to, że jego deklaracje lojalności wobec porządku prawnego są nieszczere. Taki los spotkał np. wypowiedzi deputowanej z obozu zwolenników Fillona, Isabelle Le Callennec, która powiedziała: „Nie można banalizować przerywania ciąży. Nie jest to czyn bez znaczenia. Każdy ma swoje osobiste przekonania".

Otóż ta wypowiedź została potraktowana przez media trzymające się zasady politycznej poprawności (czyli prawie wszystkie) jako dowód zacofania, nieledwie barbarzyństwa, które skrywa się na zapleczu Fillona. Dlatego – powiadano w tego typu komentarzach – zamiar zamknięcia debaty w tej sprawie przez sztab Fillona skrywa w istocie niejednoznaczność postawy kandydata, jego ukryte katolicko-reakcyjne przekonania.

Charakterystyczna była reakcja Fillona. W odpowiedzi na te histeryczne i grubo przesadzone ataki nie wyłożył on całego swojego stanowiska, lecz bardzo usilnie przekonywał, że zawsze głosował za legislacją proaborcyjną. Zmilczał natomiast swój prywatny pogląd, zapewne cofając się pod naporem postępowej nawałnicy, jaka na niego spadła.

Tak więc wyżej użyta formuła (nawiązująca do słów Marcina Lutra) opisująca postawę Fillona w tych wyborach powinna brzmieć: Tutaj stoję, inaczej nie mogę – z wyjątkiem IVG. Tu mogę nie mówić, co naprawdę myślę.

Te prawybory były wielkim sukcesem umiarkowanej prawicy. Podobnie było przed pięciu laty, gdy Partia Socjalistyczna zdecydowała się po raz pierwszy we Francji przeprowadzić tego typu operację. Wtedy prawica nie poszła w ślady socjalistów i potem tego żałowała, bowiem taka operacja w sposób nieunikniony przez wiele tygodni koncentruje uwagę mediów na partii, w której toczy się rywalizacja. Dodajmy jeszcze, że wszystkie debaty z udziałem kandydatów były organizowane przez media i na warunkach mediów – kandydaci mogli jedynie zabiegać o równe traktowanie, nic więcej.

W pierwszej turze prawyborów czynnych było 81 tys. wolontariuszy, utworzono ponad 10 tys. lokali wyborczych, w głosowaniu wzięło udział 4,2 miliona wyborców. Podobnie, przy nieco jeszcze wyższej frekwencji przebiegła druga tura.

W prawyborach nie zanotowano większych incydentów, żaden z kandydatów nie kontestował wyników, a na koniec dwaj finaliści podali sobie ręce w świetle kamer i wygłosili krótkie przemówienia, w których wyrazili wzajemny respekt, pokonany zaś Alain Juppé zadeklarował pełne poparcie dla zwycięzcy w perspektywie wyborów prezydenckich w kwietniu i maju przyszłego roku.

Już tylko z tych powodów był to sukces, który Partii Socjalistycznej trudno będzie naśladować ze względu na bardzo silnie rozdzierające ją obecnie podziały wewnętrzne. Trudno się spodziewać, by prawybory w PS, planowane na styczeń, przebiegły w tak dobrej atmosferze i przy tak masowym udziale wyborców. No, chyba że wyborcy prawicy masowo pójdą w nich głosować. To nie żart, a w każdym razie nie do końca. Prawybory zarówno w LR, jak i w PS, mają charakter otwarty, to znaczy, że nie trzeba być zwolennikiem/wyborcą tych partii, by w nich uczestniczyć.

Tym sposobem w pierwszej turze prawyborów LR, 20 listopada, na 4,2 miliona głosujących było 600 tys. zwolenników lewicy. Sporo – można się zastanawiać nad możliwością zdestabilizowania procesu demokratycznego w jakiejś partii, gdy zwolennicy innej partii wtrącają do niego swoje trzy grosze. W tym wypadku tak nie było, ponieważ zbyt wielkie były różnice w ilości uzyskanych głosów pomiędzy kandydatami „wielkiej trójki". Ale teoretycznie istnieje taka możliwość, być może więc obecna formuła prawyborów wymaga korekty.

Tak czy inaczej, prawybory to zjawisko we Francji stosunkowo nowe i zmieniające demokratyczne obyczaje. Odkąd prawica też zaczęła ten instrument stosować, prawdopodobnie już się tu zakorzeni. Zauważmy, że chociaż długo nie korzystano z tego wzorca, tak bardzo kojarzonego z demokracją amerykańską, to w istocie jest on bliski modelowi V Republiki. Bo w tym modelu partie polityczne nie dominują. Jest prezydent wybrany przez lud, i jest lud, który wybrał prezydenta. Partie są tu tylko ciałem pośredniczącym, pewnego rodzaju przykrą koniecznością. Otóż prawybory, ograniczając rolę aparatów partyjnych w nominacji kandydatów do wyborów prezydenckich, dobrze wpisują się w tę tradycję. Notabene z tego powodu trudno sobie wyobrazić ich zakorzenienie się w Polsce (mieliśmy jedną, jakże rachityczną, próbę, po czym pomysł umarł).

Na lewicy nie ma z kim przegrać

W kontekście przyszłorocznych wyborów prezydenckich prawybory LR pokazały siłę tej partii, a spektakularny sukces Fillona (66 proc. głosów w starciu z Alainem Juppém) czyni wysoce prawdopodobne jego wejście do drugiej tury w maju 2017 roku, gdzie najprawdopodobniej zmierzy się z kandydatką Frontu Narodowego Marine Le Pen. Bowiem Fillon raczej nie ma już z kim przegrać w starciu z obozem lewicy, a także z obozem centrum.

Gdy chodzi o lewicę, Partia Socjalistyczna jest dramatycznie podzielona. Jej naturalny kandydat, urzędujący prezydent, dawno przestał być kandydatem naturalnym z racji nader słabego bilansu swoich pięcioletnich rządów. To sprawia, że zgłosili się już kandydaci PS, którzy będą rywalizować w prawyborach, być może przeciwko François Hollandowi. Od dłuższego czasu spekuluje się, że na taki krok – zupełnie niesłychany w historii V Republiki – mógłby się zdecydować premier Manuel Valls. Nie jest pewne, o co chodzi Vallsowi (niedawno ogłosił publicznie, że rozważa start w wyborach), być może jego celem jest jedynie zniechęcenie Hollanda, którego wynik wyborczy (o ile wystartuje) zanosi się na dramatycznie zły. Prezydent miałby przegrać prawybory w swojej partii, a gdyby zdecydował się je obejść i startował bezpośrednio, uzyskałby wynik rzędu 8–9 proc. Na razie więc z tej strony sceny politycznej wieje katastrofą i Fillon może być spokojny.

Od strony centrystów mamy dwie postaci: Emmanuel Macron i François Bayrou. Ten pierwszy był do niedawna protegowanym Hollanda i ważnym ministrem w rządzie Vallsa, ale porzucił tę ekipę i próbuje walczyć o samodzielną pozycję. Wydawało się, że ma on duży potencjał polityczny, ale spektakularny sukces Fillona zmienia te rachuby. Macron chyba nie odegra większej roli. Podobnie jak Bayrou, polityk, który od lat próbuje rozbić rządzący kartel, ale od lat mu się to nie udaje. Sukces Fillona, który chwycił teraz potężny wiatr w żagle, zdaje się neutralizować także i jego zakusy.

Wydaje się, że idziemy niemal na pewno do starcia w drugiej turze Fillona i pani Le Pen. Taka konstelacja już się raz przytrafiła, mianowicie w roku 2002, kiedy w drugiej turze zmierzyli się kandydat umiarkowanej prawicy, Jacques Chirac, i kandydat Frontu Narodowego, Jean-Marie Le Pen.

Ale na poziomie głębszych procesów w społeczeństwie francuskim nic dziś nie przypomina tamtej sytuacji. Wtedy wejście przedstawiciele skrajnej prawicy do drugiej tury wyborów prezydenckich to był szok. Lewica, jak ma w zwyczaju, apelowała o położenie tamy nadchodzącemu faszyzmowi, prawica była moralnie zdemobilizowana. Naturalnie wygrał Chirac, bardzo znaczną większością, ponieważ głosowano w myśl hasła „Wszyscy, tylko nie Le Pen".

Teraz jest inaczej. Front Narodowy nie jest już traktowany jak substytut Hitlera, zresztą Marine Le Pen zrobiła wiele, że pokazać bardziej cywilizowane oblicze swojej partii. Przede wszystkim jednak przez lata dominacji Nicolasa Sarkozy'ego po trochu przebił się pogląd, że partia Le Penów daje złe odpowiedzi, ale nie zawsze stawia głupie pytania.

Wykarczowane pole dialogu

Dzisiaj trochę z tej pracy Sarkozy'ego korzysta Fillon, który bez kompleksów wchodzi na niektóre tereny dawniej uważane za wstydliwe, które w związku z tym bezkarnie kolonizował Front Narodowy. Takim terenem jest tożsamość narodowa – dawniej wyklęta. Nawet problem emigracji daje się już rozważać jako kwestia praktyczna, a nie ideologiczna, w której jakiekolwiek ograniczenia w przyjmowaniu imigrantów kwalifikowano jako rasizm. Nie twierdzę, że taki lewicowy terror moralny nie istnieje, uważam natomiast, że ma on dzisiaj mniejszą siłę rażenia.

Na przykład Fillon nie wahał się przywołać głośnej książki Alaina Finkielkrauta „L'Identité malheureuse" ( dosł. „Nieszczęśliwa tożsamość") i powiedzieć w kampanii, że jej autor wykonał pracę godną pochwały. Zwracam na to uwagę, ponieważ ta książka była przez lewicę traktowana jako cuchnąca, a Alain Juppé, który niewątpliwie uprawiał coś na kształt flirtu z umiarkowaną częścią obozu socjalistów, odwoływał się do pracy Finkielkrauta krytycznie, nazywając swój program hasłem „L'identité heureuse" („Szczęśliwa tożsamość") – czyli odwracając diagnozę.

Juppé oceniał, że diagnoza Finkielkrauta, iż francuska tożsamość narodowa cierpi z racji jej rozmycia, z racji odcięcia się od korzeni, jest fałszywa. Sam Juppé powiadał, że tożsamość Francji należy definiować przez jej otwartość na inne kultury – to formuła, która Finkielkrauta irytuje. Otóż tę formułę odrzucał też otwarcie Fillon, powiadając, że trzeba uznać, iż są pewne wątki w tożsamości narodowej, które ją wyżłobiły bardziej niż inne; mówiąc, że tradycyjnej narracji historycznej trzeba przywrócić należne jej miejsce w wychowaniu i w szkole.

To jest ta zmiana tonu – i być może też zmiana w nastawieniu opinii publicznej, ale to zobaczymy w maju – która pozwala odebrać Frontowi Narodowemu monopol na dyskurs patriotyczny. Fillon bowiem mówi: ja też jestem francuskim patriotą i ja też uważam, że Francję stworzyło najpierw to, co było specyficznie francuskie, a potem dopiero to, co było mieszaniną kultur.

Takie proste, a takie nowe.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA