Plus Minus

Łódzki obóz koncentracyjny dla dzieci, czyli sierociniec Himmlera

IPN
75 lat temu z rozkazu Heinricha Himmlera w Łodzi stworzono obóz koncentracyjny dla dzieci. W wiele lat po wojnie władze Polski zagrały nim w kampanii przeciw RFN.

Stajenny daje dzieciom po kryjomu gotowane ziemniaki, wymieszane z obrokiem. 15-letni Janek Tratowski ukrywa je w nogawce spodni. Wypchana nogawka zwraca uwagę Edwarda Augusta, nadzorcy obozu. Okłada chłopaka pejczem, a potem już leżącego kopie kilkanaście minut. Przestaje, kiedy Janek się nie rusza. Jest 1944 r. Jego ojciec dostaje potem pismo z policji kryminalnej w Łodzi, że syn zmarł na otwartą gruźlicę płuc.

Urszula Kaczmarek ma 14 lat, kiedy na początku 1943 r. zostaje jedną z pierwszych więźniarek obozu. Jest wątłego zdrowia. Praca w strugarni i ogrodzie jest ponad jej siły i mimo bicia nadzorczyń nie jest w stanie więcej pracować. Z niedożywienia i razów ma wrzód w pachwinie. Trafia do izby chorych. Nie wytrzymuje „zabiegów higienicznych", polegających na polewaniu w mroźny dzień zimną wodą prosto ze studni, i umiera na zapalenie płuc.

Dramat rozgrywa się w Łodzi, w obozie przy Przemysłowej. W grudniu 1942 hitlerowcy zakładają tu, na terenie getta żydowskiego, „Polen Jugendverwahrlager der Siecherheitspolizei in Litzmannstadt", czyli prewencyjny obóz policji bezpieczeństwa dla młodzieży polskiej. Zgodnie z zaleceniami Heinricha Himmlera z 28 listopada 1941 r. Niemcy chcą tu „wychowywać" polską młodzież złapaną na kradzieży węgla czy jedzenia, na handlu, na żebraniu lub schwytaną podczas łapanki. Bywa, że ich rodzice są wysiedleni albo zesłani do obozów koncentracyjnych za konspirację lub za to, że nie chcą podpisać niemieckiej listy narodowościowej. Niemcy zamykają tu także dzieci świadków Jehowy. Niemal 40 procent dzieci pochodzi ze Śląska, jedna czwarta z Wielkopolski. Są też dzieci z Łodzi i Generalnej Guberni – dystryktu warszawskiego i lubelskiego. Więźniowie mają od dwóch do 16 lat, trafiają też tu niemowlęta.

Bicie, karcer i głód

Podobne obozy działały w Potulicach i Nakle, ale tam istniały podobozy dla dorosłych, podczas gdy obóz łódzki jako jedyny w kraju stworzono wyłącznie dla dzieci – mówi Artur Ossowski, historyk z łódzkiego IPN. Zastraszone dzieci próbują ułożyć się w obozowym świecie, by przetrwać. Silniejsze dominują nad słabszymi. Są donosy na kolegów, kradzieże i bicie. Niektóre starsze dziewczynki, trafiające stąd do obozu w Ravensbruck, mówią po wojnie, że czuły się tam lepiej, bo dorosłe więźniarki dzieliły się z nimi jedzeniem i chroniły je.

Czytaj więcej:

Matki wierzą w pomyłki

Mur cmentarza żydowskiego został celowo podwyższony, żeby mieszkający nieopodal ludzie nie wiedzieli o istnieniu obozu. Milczą o nim nawet raporty wywiadu Armii Krajowej. Obóz podlega bezpośrednio Karlowi Ehrlichowi, szefowi policji kryminalnej w Łodzi. Trzon kadry to folksdojcze, wśród nich Polacy, Ukraińcy, Białorusini i Chorwaci. Folksdojczka Sydomia Bayer kieruje oddziałem dla dziewcząt i małych dzieci oraz nadzoruje izbę chorych i ambulatorium. Podlega jej ok. 180 dzieci.

Po wojnie, stojąc przed Specjalnym Sądem Karnym w Łodzi, oskarżona o śmierć dwóch dziewczynek, broni się, że przestrzegała, by dzieci nie dostawały więcej niż dziesięć batów dziennie. Dziewczynce schwytanej na powtórnej ucieczce z obozu 40 batów rozłożyła wspaniałomyślnie na cztery dni. Zeznające dzieci mówiły o aplikowanych przez nią „zastrzykach". Polegały one na tym, że kazała kłaść na pupie lub nogach mokry ręcznik i uderzała dziecko batem, nazywanym „Kazimierzem".

Książka byłego więźnia obozu Józefa Witkowskiego pt. „Hitlerowski obóz koncentracyjny dla małoletnich w Łodzi", wydana w 1975 r., jest jedyną dotąd monografią obozu, podającą znacznie zawyżoną liczbę więźniów – 12–15 tysięcy. Pokutuje to w zasadzie do dziś. Niemcy, uciekając z Łodzi, zniszczyli dużą część obozowej dokumentacji. Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Łodzi szacuje liczbę dzieci, które przeszły przez obóz, na ok. 2 tysiące.

Dzieci muszą pracować. M.in. wykonują buty ze słomy, reperują odzież niemiecką z frontu, pracują w rolnictwie i przy rozbiórce domów. Policja daje kadrze obozowej swobodę w dyscyplinowaniu dzieci. Powszechnie karze się je chłostą – wystarczy, że dziecko ma brudne ubranie (w obozie dzieci nie dostają środków czystości), zbyt wolno wykonuje polecenia czy za wolno pracuje. Razy trzeba było liczyć – wspomina jeden z więźniów, bohater filmu dokumentalnego Urszuli Sochackiej „Nie wolno się brzydko bawić". Oddziałowa Sydomia Bayer lubi odczekać „aż ból się schowa", a potem uderza znowu. Do karceru trafia się nawet na kilka dni i nocy, gdzie i tak marne posiłki są jeszcze bardziej ograniczone. Krnąbrnym maluje się z tyłu na ubraniu czerwony pas. Oznacza on przyzwolenie na częstsze bicie przez nadzorców, ale także przez inne dzieci. Dlatego tak często jest bita Teresa Jakubowska, rocznik 1931, też ofiara zimnych ablucji przy studni. Nie przeżyje obozu, umrze w 1944 r.

Nadzorczyni Eugenia Pol przed łódzkim sądem w latach 70. zeznaje, że biła na polecenie Bayerowej, ale tak, aby jak najmniej skrzywdzić dziecko. Tylko raz z własnej woli zbiła dziewczynkę, bo powiedziała innemu nadzorcy, że dostała od niej kawałek chleba. Pol biła pejczem ze skóry lub kijem. Nosiła przy sobie długi kij, którym stukała do marszu – zeznaje świadek Teresa Owczarek z Bydgoszczy. Inny świadek, Teresa Stefaniak, jako przykład sadyzmu nadzorczyni podaje, że Pol biła więźniarkę Urszulę Kaczmarek po nogach i brzuchu tylko za to, że poprosiła inną dziewczynkę o wodę.

Sądząc Eugenię Pol, łódzki sąd ma ogromne trudności z ustaleniem prawdy. Świadkowie mają problemy z odtworzeniem wszystkich szczegółów. Jak twierdzi Artur Ossowski, często wyolbrzymiali to, co zeznały wcześniej przed Okręgową Komisją Badania Zbrodni Hitlerowskich w Łodzi. Czasem można było odnieść wrażenie, że mówili to, co zobaczyli w filmie dokumentalnym „Obóz na Przemysłowej" z 1970 r. i w filmie fabularnym Zbigniewa Chmielewskiego „Twarz anioła". I wierzyli w to. Patrząc na sceny apeli w „Twarzy anioła", w których wachmanki stoją w pięknie dopasowanych mundurach SS, w furażerkach na głowie, ze szpicrutą i w bryczesach, można mieć skojarzenia z „Pasażerką" Munka z 1962 r. – Kiedy w filmie mali więźniowie ciągną ciężki walec, wyrównujący nawierzchnię ulicy, a Niemcy biją ich pejczem, przypomina to sceny przeniesione z grafik Aldo Capriego, austriackiego malarza, więźnia obozu w Gusen, i wiersz łódzkiego poety Grzegorza Timofiejewa, inspirowany tymi grafikami.

Ten walec przewijał się nie tylko z zeznaniach świadków w procesie Eugenii Pol, ale także w książce Witkowskiego o łódzkim obozie, stając się jednym z symbolów martyrologii dzieci. Niektóre byłe więźniarki nie są w stanie wiele powiedzieć, bo np. znalazły się w obozie, gdy dziewczynki, o których śmierć była oskarżona Pol, już nie żyły. W trakcie procesu wychodzi na jaw, że niektórzy więźniowie wzięli od Pol duże pożyczki, a potem – aby nie spłacać pieniędzy – szantażowali nadzorczynię, że ujawnią jej przeszłość. Świadkowie przyciśnięci przez obronę mówią, że niewiele pamiętają, czasem ktoś zeznaje, że tak mu kazano mówić.

Czy Józef Witkowski, były więzień obozu, twierdząc w sądzie, że Pol była jedną z najgorszych funkcjonariuszek, był bezstronny? – zastanawia się Artur Ossowski. – Myślę, że miał interes, by wszystko wyolbrzymiać. Podczas procesu jeździł po całym kraju z wystawami o obozie, zatem na rękę był mu medialny rozgłos tej sprawy. Cały czas zbierał materiały do swojej książki, docierając do 1300 byłych więźniów,

Epidemia tyfusu

Proces sprawia, że do opinii publicznej przedostała się wiedza o obozie. Zachowane raporty ujawniają wstrząsające fakty o stanie zdrowia dzieci, niewytrzymujących fatalnych warunków pracy i życia. Z raportu w listopadzie 1943 r. wynika, że na 1055 więźniów ambulatoryjnej pomocy udzielono w 877 przypadkach. Dzieci miały rany cięte, które powstały przy pracy, owrzodzenia, cierpiały na szkorbut, zapalenie dziąseł, uszu, na bóle żołądka, a ponadto wiele z nich miało gruźlicę, świerzb i świnkę. Bayer wymaga bezwzględnego posłuszeństwa od dr. Emila Vogla, lekarza z żydowskiego getta, który leczy dzieci w obozie. To ona decyduje, czy dziecko powinno otrzymać lekarską pomoc, choć nawet nie była pielęgniarką.

Dr Vogl potajemnie wynosi leki z getta, gdyż w obozie ich brakuje. W listopadzie 1943 r. wybucha tam epidemia tyfusu. Do lutego 1944 r. do szpitala zakaźnego przy ul. Dworskiej 72 w getcie dr Vogl kieruje 286 dzieci. Jakub Poznański, mieszkaniec getta pod datą 24 grudnia 1943 r. pisze w dzienniku, że „kiedy tych bardzo brudnych chłopców wykąpano, oczom lekarzy i pielęgniarzy przedstawił się koszmarny widok – ciała wynędzniałe, noszące ślady nieludzkiego bicia i katowania". Plecy chłopców są pokryte ropiejącymi strupami. Żaden niemiecki lekarz nie chce ich leczyć. Zajmuje się nim dr Emil Vogl, stawiając sobie za punkt honoru uratowanie tych dzieci. I udaje mu się. W samym obozie z powodu tyfusu umiera kilkoro dzieci.

Dla dzieci cierpiących na zapalenie pęcherza i moczących się w nocy Sydomia Bayer stworzy specjalny blok, w którym dzieci śpią na wspólnych drewnianych pryczach, bez sienników. Razem z nimi leżą dzieci chore na gruźlicę. Moczona prycza gnije, a zimą ubrania, które dzieci podkładają pod siebie, żeby było choć trochę bardziej miękko, przymarzają do pryczy. Do przykrycia dostają stare koce.

Większość obozowej kadry ucieka z Łodzi po 19 stycznia 1945 roku, kiedy miasto zostało wyzwolone. Obóz opuszczają też dzieci. W łachmanach (jeden z chłopców ubrany jest w sukienkę), zagłodzone, wystraszone usiłują dostać się do swoich bliskich. 223 dzieci trafia do pogotowia opiekuńczego w Łodzi. Jak pisze Maria Niemyska-Hessenowa w artykule „Dzieci z łagru w Łodzi", opublikowanym w „Służbie Społecznej" w 1946 r., początkowo dzieci te bardzo odstawały zachowaniem od pozostałych podopiecznych. Zabierały jedzenie innym dzieciom, kradły, bały się wychowawców, widząc w nich niemieckich nadzorców.

Kozioł ofiarny i łapówki

W 1945 r. Sydomia Bayer i Edward August jako pierwsi odpowiedzą przed sądem za swoje „metody wychowawcze". Bayer, oskarżona o zamordowanie dwóch dziewczynek, zostaje powieszona. Powieszono również wychowawcę, Edwarda Augusta, alkoholika i sadystę, oskarżonego o zamordowanie dziesięciorga dzieci. Nadzorca Teodor Busch nie doczeka wyroku, pobity na śmierć przez współwięźniów, w łęczyckim więzieniu.

Potem na lata obóz zostaje zapomniany, podobnie jak zapomina się o łódzkim getcie. Obóz przy Przemysłowej wydobywa z niepamięci książka Wiesława Jażdżyńskiego z 1965 r. „Reportaż z pustego pola". Jedną z bohaterek reportażu jest Eugenia Pol. Jażdżyński poznał ją w łódzkim ZBoWiD-zie. W książce przedstawił ją jako kucharkę, która pomagała dzieciom, dożywiając je, i nie szukał potwierdzenia tego w innych źródłach.

Tymczasem niektórzy byli więźniowie oburzają się: Józef Witkowski ujawnia, że folksdojczka Pol była nadzorczynią w obozie. Po wojnie pozytywnie przeszła proces weryfikacyjny, podczas którego zataiła pracę w obozie, a potem 15 lat pracowała jako intendentka w żłobku. Witkowski zawiadamia Główną Komisję Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce, która nieprzypadkowo się reaktywowała. I tak obóz wpada w tryby polityki historycznej komunistycznych władz.

GKBZH ma być jednym ze sposobów nacisku na rząd RFN, by nie przedawniał zbrodni hitlerowskich. Ponadto z końcem 1965 r. władza przygotowuje się do kolejnej konfrontacji z Kościołem po liście biskupów polskich do niemieckich. Dramat dzieci doskonale się nadaje do wykorzystania propagandowego. – Można było zapytać: Niby za co przeprasza Kościół? – mówi Artur Ossowski. – Za dzieci maltretowane w obozie? Później są wydarzenia marca 1968 r. Dziecięcy obóz też świetnie się nadaje do pomniejszenia cierpienia Żydów.

Zanim dojdzie do procesu Pol, komunistyczna władza zadba o oprawę propagandową. W parku im. Promienistych w Łodzi powstanie pomnik, poświęcony martyrologii dzieci z obozu (jego budowy domagali się w liście do łódzkiego ZBoWiD-u podopieczni ośrodka dla głuchoniemych w Przemyślu – zapewne na skutek odgórnej „inspiracji"). W Szkole Podstawowej nr 81, nazwanej imieniem Bohaterskich Dzieci Łodzi, powstanie izba pamięci, a w największym i najnowszym kinie w mieście Iwanowie odbędzie premiera wspomnianego filmu „Twarz anioła". Na film masowo jest wysyłana szkolna młodzież.

W pierwszym procesie w 1972 r., w którym prokurator żądał dla Pol kary śmierci, zostaje ona uniewinniona, w drugim w 1974 r. jest skazana na 25 lat więzienia i pozbawiona praw publicznych na dziesięć. Sąd uznaje ją winną śmierci trójki dzieci. – 25 lat to dużo w procesie poszlakowym – uważa Artur Ossowski. – Ale czyny, które przypisano Pol w procesie, są prawdopodobne. Ona, wówczas młoda dziewczyna, mogła się upodobnić do nazistowskich oprawców. Jednak w mojej ocenie był to proces pod dyktando. Prokuratorzy jeździli do stolicy, gdzie pracownicy Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich czytali akt oskarżenia i dokonywali skreśleń oraz uzupełnień.

Władzy zależało, by Pol skazać. Gdyby do tego procesu doszło za Władysława Gomułki, prawdopodobnie wymierzono by jej karę śmierci. W grudniu 1970 r. dochodzi do normalizacji stosunków polsko między Polską Rzecząpospolitą Ludową a Republiką Federalną Niemiec, rok później zostanie otwarta ambasada w Warszawie i Bonn. Ale wtedy u władzy jest już Edward Gierek i władzy tak nie zależy, by proces kończyć wyrokiem śmierci.

Proces, jak zauważa historyk Artur Ossowski, był trampoliną do kariery nieżyjącego już Józefa Witkowskiego, byłego funkcjonariusza wrocławskiej bezpieki, który został pracownikiem Okręgowej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich we Wrocławiu, a w 1983 r. kustoszem w muzeum Gross Rosen. Niestety, część więźniów może mieć poczucie, że została potraktowana instrumentalnie. Podczas gdy Eugenia Pol odsiaduje wyrok w Fordonie, do łódzkiej OKBZH w latach 1978–1979 napływały prośby byłych więźniów o potwierdzenie, że byli w obozie. Prok. Zygmunt Piechota, oskarżyciel w pierwszym procesie Pol, który awansował na szefa Komisji, odpowiadał, że nie może potwierdzić, bo nie ma dowodów. Ale ludzie bronili się, że przecież zeznawali w sądzie. Pisali, że dowody, jakie mieli, m.in. zdjęcia, zabrał Józef Witkowski i nie chce udostępnić. Skarżyli się, że to Witkowski decyduje o tym, kto był w obozie, a kto nie.

Wielu byłych więźniów latami żyło ze stygmatem pobytu w obozie dla chuliganów, którego należy się wstydzić. Nawet ich bliscy często nie wiedzieli, co w nim przeżyli. Tymczasem dziecięcy obóz przy Przemysłowej nosił wszelkie znamiona obozu koncentracyjnego. Dr Roman Hrabar, przewodniczący sekcji do spraw eksterminacji dzieci i młodzieży przy GKBZH w Polsce, wskazał na takie jego cechy, jak pozbawienie wolności bez orzeczenia sądu, bez możliwości odwołania się, praca przymusowa, przekraczająca fizyczne możliwości, a także kary cielesne, głód i antysanitarne warunki. W obozie straciło życie ok. 140 dzieci.

Dr Czesław Kempista, wieloletni pracownik OKBZH we Wrocławiu, który jako dziecko był w Auschwitz, przebadał 158 byłych więźniów łódzkiego obozu. Ocenił później, że stan zdrowia 40-latków odpowiada zdrowiu 70-latków. Oprócz chorób somatycznych byli więźniowie cierpieli na wiele schorzeń psychicznych.

Źródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL