fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Konrad Bukowiecki: Mógłbym obiecać złoto w Tokio, ale po co?

Fotorzepa, Roman Bosiacki
Jest wiele takich osób, które szanuję tylko za osiągnięcia w sporcie, a już mniej za to, jakimi są ludźmi – mówi Michałowi Kołodziejczykowi Konrad Bukowiecki, halowy mistrz Europy w pchnięciu kulą, olimpijczyk.

Rodzice dużo pana przytulali?

Nadal przytulają.

A jak się jest kulomiotem, tak wielkim facetem, to nie ma pan wrażenia, że wymaga się od pana wielkiej siły także na co dzień? Jest pan wrażliwy, uczuciowy?

Nawet bardzo. Przede wszystkim w sytuacjach, kiedy w grę wchodzi zdrowie albo szczęście mojej rodziny. Mam uczucia na wierzchu, emocje też. Na co dzień może tego nie widać, chociaż – że tak powiem, „z wiekiem" zauważam coraz więcej nowych rzeczy w swoim zachowaniu. Jak oglądam wzruszający film, to mi się oczy szklą. Dziwne, bo jestem wielkim, twardym facetem, a wzruszają mnie proste historie.

A więc to nieprawda, że sportowcy nie płaczą?

Kompletnie nie robię sobie w głowie żadnych zakazów. Jak mam ochotę, to płaczę, a jak mam ochotę, to się śmieję. Przez wszystkie zawirowania w mojej karierze nauczyłem się mieć wiele rzeczy gdzieś. Nie interesuje mnie zdanie innych, to, że ktoś powie, jak powinienem się zachowywać albo wręcz wymaga ode mnie konkretnego zachowania, spływa po mnie w sekundę.

Hejt w internecie też? Czasami można uwierzyć w bzdurę, jeśli przeczyta się ją sto razy.

To jakaś paranoja. Żyjemy teraz w świecie idealnych zdjęć na Instagramie, dlatego jestem w stanie zrozumieć, że ktoś – prędzej dziewczyna niż facet – może popaść w depresję. Popatrzy na te idealne ujęcia idealnych kobiet w idealnych związkach i dochodzi do wniosku, że takiej to dobrze, fajnie i cudownie, a jej życie jest beznadziejne i szare. Tyle że ludzie wstawiają przecież swoje zdjęcia do mediów społecznościowych, kiedy są najładniejsi. Nikt nie robi tego, jak ma wypryszczoną twarz, jest bez makijażu albo wstał rano po niezłej imprezie. Każdy kreuje teraz wizerunek kogoś idealnego, tworzy wyimaginowany świat. A przecież większość tych rzeczy się nie dzieje, nie ma tego w rzeczywistości.

Czy pana pokolenie – rocznik 1997 i młodsze – ma w ogóle jakieś kompleksy? Czy jadąc za granicę, polski sportowiec wciąż może czegoś zazdrościć albo czuć się nieswojo?

Wydaje mi się, że nie. Oczywiście możemy trochę narzekać na różnicę w systemie szkolenia, na przygotowanie do zawodów czy na zaplecze treningowe w porównaniu na przykład ze Stanami Zjednoczonymi. Jeśli chodzi o te sprawy, ciągle jesteśmy trochę w innej epoce. Trenowałem na każdym kontynencie, z mistrzami świata, mistrzami olimpijskimi i zaplecze, jakie zobaczyłem w Stanach czy Nowej Zelandii, uświadomiło mi, jak wiele musimy się jeszcze uczyć. Wiele trzeba poprawić także w naszym szkoleniu. Polska lekkoatletyka jest na bardzo wysokim poziomie, mimo że technicznie do najlepszych ciągle wiele nam brakuje.

A są jakieś bariery w głowie?

To już kwestia indywidualna i raczej nie zależy od kraju, z którego się pochodzi, ale od otoczenia, w którym się wyrastało. Nie chcę mówić za innych, ja mam szczęście, że miałem superdzieciństwo, niczego mi nigdy w życiu nie brakowało i nadal nie brakuje. Rodzice zawsze mnie wspierali i bardzo kochali, pchali mnie od samego początku do sportu, ale nie robili tego na siłę. Trenowałem to, na co miałem ochotę i co sprawiało mi przyjemność. Wiem, o co pan pyta, ale nie sądzę, żebym był dobrym adresatem tego pytania.

Ma pan 22 lata. Czuje się pan dojrzały?

Od kiedy pamiętam, zawsze zadawałem się ze starszymi i nikt mi później nie wierzył, że jestem taki młody. Jak miałem 12 lat, na podwórku myśleli, że mam 16, a jak miałem 17, sam uwierzyłem w to, że jestem dorosły. Kiedy teraz patrzę na to, jak się wtedy zachowywałem i co robiłem, to już wiem, że trzeba jednak swoje lata skończyć i chwilę odczekać. Dopiero dziś uważam się za kogoś bardzo dojrzałego, ale też za kogoś, kto może się jeszcze wiele nauczyć.

Ma pan takie chwile, że żałuje tego, jak się zachował?

Każdy człowiek coś by w życiu zmienił, zachowałby się inaczej. Nie jestem wyjątkiem.

Zasłoniłby pan jeszcze raz zdjęcie Anity Włodarczyk na plakacie zapraszającym na memoriał Kamili Skolimowskiej?

Nie wiem. To nie był baner, to nie był nawet post w mediach społecznościowych, to było takie instastory, zniknęłoby za 24 godziny i byłoby po sprawie. Nie chciałem obrazić Anity, to, że się nie lubimy, jest chyba jasne, ale całą aferę wywołałem nieświadomie. To znaczy zasłoniłem jej zdjęcie świadomie, ale nie chciałem, żeby tak wszystko wyszło, nie było mi to do niczego potrzebne. Może powiem inaczej – znając konsekwencje mojego zachowania, oczywiście bym teraz tego nie zrobił, co nie zmienia faktu, że wszystko zostało niepotrzebnie przez Anitę rozdmuchane. Jeśli moje zachowanie rzeczywiście tak bardzo ją uraziło, miała mój numer telefonu, mogła do mnie zadzwonić, napisać, kazać mi to usunąć i przemyśleć, co zrobiłem. A tak wyszedł skandal na całą Polskę.

Ma pan w ogóle pokorę wobec mistrzów, czy idzie do przodu, krzycząc „teraz ja"?

Oczywiście, że mam dużo szacunku dla ludzi, którzy coś osiągnęli, w ogóle dla drugiego człowieka, tym bardziej do wielkiego mistrza. Ale ten wielki mistrz też musi się zachowywać. Myślę, że jeśli ktoś ma jakiś sukces na koncie, powinien też być przykładem w tym, jak traktować innych. Taki jest choćby Piotrek Małachowski, podwójny medalista olimpijski, mistrz świata, który nawet przez chwilę nie pozwala się poczuć rozmówcy kimś gorszym. Nie wywyższa się, jest sobą. Ale jest wiele takich osób, które szanuję tylko za osiągnięcia w sporcie, a już mniej za to, jakimi są ludźmi.

Powiedział pan, że miał szczęśliwe dzieciństwo. Co pan wyniósł z domu?

Pamiętam taką sytuację. Nie trenowałem jeszcze lekkiej atletyki, ale pływanie. Koledzy mieli ciekawe plany, mieliśmy coś tam zrobić, ale musiałem przysymulować przed ojcem, żeby nie iść na basen. Zadzwoniłem do niego i mówię: „Brzuch mnie boli". A on na to: „W porządku. To weź tabletkę i idź na trening". Nie wiem, jakim słowem to nazwać. Pracowitość? Sumienność? Dyscyplina? Chodziło o to, żeby się nie poddawać. Byłem małym dzieciakiem i może to brzmieć, jakby ktoś mnie zmuszał, a dla mnie to jest wychowanie, budowanie konsekwencji w życiu. Kiedy byłem już starszy i moi koledzy umawiali się, żeby grać w piłkę albo na komputerze, to grzecznie mówiłem: „Przepraszam, ale nie mogę, bo muszę iść na trening". I później moje relacje z kolegami już się pozacierały. Byli i są tacy, którzy rozumieją, że nagle muszę wyjechać na kilkanaście dni na obóz, że nie mogę się z nimi spotkać w trakcie tygodnia, ale nadrobię w weekend. Byli też tacy, którzy tego nie akceptowali i nie mamy już kontaktu.

Zawsze był pan nadzieją na medal, w każdej kategorii wiekowej. Jak się żyje cały czas z taką presją?

Jestem przyzwyczajony. Nie rozpatruję więc oczekiwań w kategoriach presji, nie robię niczego dla kogoś, tylko dla siebie. Sam sobie chcę udowodnić, że jestem dobry, a jak ktoś powie, że Bukowiecki znowu bez medalu, to mnie nie obchodzi. Od dziecka moje wyniki pozwalały mi zajmować czołowe lokaty – tak było w juniorach młodszych i juniorach, a okres przechodzenia w sportową dorosłość, tak często przecież trudny, u mnie przebiegł bezboleśnie. Nie miałem nawet 18 lat, kiedy wystartowałem w halowych mistrzostwach Europy seniorów. Byłem szósty, sprawnie mi poszło. Nie czuję, żeby ktoś nakładał na mnie presję, bo jestem doby. Wymagania mogę mieć ja albo mój tata, czyli trener.

A pan od siebie dużo wymaga?

Wiadomo. Każdy trenuje po to, żeby być najlepszym. Każde miejsce inne niż pierwsze, może poza mistrzostwami świata i igrzyskami olimpijskimi, gdzie cieszy każdy medal, traktuję jako porażkę. Każdy ambitny sportowiec chce zwyciężać i każdego boli porażka. Na pewno także uczy, ale mam dopiero 22 lata i jeszcze bardzo dużo ważnych imprez przed sobą.

Zachłystuje się pan sukcesem? Załamuje, kiedy nie udaje się go osiągnąć?

Po zwycięstwach jestem po prostu szczęśliwy, a po porażkach to różnie bywa. Szóstego miejsca na ostatnich mistrzostwach świata w Dausze nie traktuję jako życiowej klęski. To nie jest tak, że pchałem kulą słabo albo spaliłem trzy podejścia. Byłem najlepszy z Europejczyków, zdecydowanie najmłodszy w stawce. Zawsze staram się szukać plusów.

A gdyby spalił pan wszystkie podejścia, to co? Lepiej byłoby do pana nie podchodzić?

Już dawno nie miałem takiej sytuacji. Ostatnio chyba na igrzyskach w Rio de Janeiro... A nie, w tym roku w hali też mi się przytrafiło, ale byłem chory. Po takich porażkach jestem wściekły, ale nie do takiego stopnia, że nie można się do mnie odezwać. Najczęściej czuję się zwyczajnie smutny.

W 2016 roku miał pan igrzyska olimpijskie, a wcześniej maturę. To się nazywa egzamin dojrzałości...

Ale ja bardzo dobrze wspominam moje liceum i matura nie była wielkim stresem. Nauczyciele dość przychylnie na mnie patrzyli, wiedzieli, że dużo podróżuję po świecie na zgrupowania i starty, miałem indywidualny tok nauczania, więc dawałem radę to wszystko pogodzić. Egzamin dojrzałości zdałem bez problemu i to wcale nie najsłabiej, nie że wszystko na 30 procent. Nie uważam, by nauka w liceum była przeszkodą w sporcie i nie sądzę, żeby matura była na tyle trudna, by ze sportu rezygnować, wmawiać sobie, że na igrzyska przyjdzie jeszcze czas. Każdy, kto raz na jakiś czas chodził do szkoły, umie czytać i pisać, poradzi sobie z maturą.

Teraz po sezonie odpoczywa pan bardziej fizycznie czy przede wszystkim daje odpocząć głowie?

Nie mam czegoś takiego jak fizyczne zmęczenie. Mimo że sezon był długi, to cały czas były jakieś przerwy, znajdowałem chwile na odpoczynek. Teraz na Mauritiusie też nie tylko leżę, moja dziewczyna wciąż mnie gdzieś wyciąga – a to żeby pochodzić po górach, a to na tenisa czy do siłowni. Jakbym był tu sam, to leżałbym do góry brzuchem, a tak przynajmniej zobaczę coś więcej niż hotel i plażę, poruszam się, pozwiedzam. Na pewno mi to nie zaszkodzi.

Szóste miejsce na mistrzostwach świata w Dausze i kosmiczne wyniki rywali, którzy pana wyprzedzili, sprowadziły pana trochę na ziemię?

Zdaję sobie sprawę z tego, co się stało. Od razu po zawodach powiedziałem, że nie miałem szansy walczyć o medal, trzeba było się do tego przyznać. Zawsze gdy mi nie wychodziło, to gdzieś tam z tyłu głowy miałem myśli, że mogłem mieć medal, że stać mnie było na lepszy wynik. W Dausze nie można się było oszukiwać. Nawet jakbym pobił rekord Polski, to i tak byłbym na piątym miejscu, w tych mistrzostwach medal był poza moim zasięgiem i się z tym pogodziłem. Zaraz rusza następny sezon, zobaczymy, co pokażę i na co będzie stać chłopaków.

To była lekcja pokory?

Za duże słowa, niepotrzebne. W światowych tabelach wyników mam siódmy rezultat, na mistrzostwach byłem szósty. Czyli wystartowałem dobrze. Ten sezon był moim najlepszym w karierze, nigdy lepiej nie wypadłem na mistrzostwach świata. Zamiast wbijać się w ziemię, wolę na wszystko patrzeć właśnie w ten sposób. Zamiast katować się wynikami z kosmosu, jakie wykręcili moi rywale, patrzę na siebie. I myślę, co zrobić, żeby w przyszłości było lepiej.

Jak to jest trenować z ojcem? Nie ma ryzyka, że nieporozumienia zawodowe odbiją się na życiu rodzinnym?

Teraz już bardzo rzadko się kłócimy. Minął czas młodzieńczego buntu, rozumiem dużo więcej. Wcześniej nieporozumienia, nawet ostre, zdarzały się dużo częściej, wynikało to z tego, że ciągle byliśmy razem. Mieszkaliśmy razem, trenowaliśmy razem, wyjeżdżaliśmy na obozy i zawody. Teraz mam już swoje mieszkanie, z rodzicami widuję się rzadziej. Poza tym zdałem sobie sprawę z tego, że tata chce dla mnie jak najlepiej i jeśli zwraca mi na coś uwagę, na jakiś aspekt techniczny podczas treningów, to nie dlatego, że ma ochotę się do mnie dla zasady przyczepić, tylko zwyczajnie chce, żebym był lepszy, żebym ten błąd wyeliminował. Zajęło mi trochę czasu, by to zrozumieć i teraz już bardzo rzadko dochodzi do kłótni, a jeśli dochodzi, to trwają one bardzo krótko. Szkoda życia marnować na takie kłótnie. Zwłaszcza w rodzinie.

Iga Baumgart powiedziała mi, że z mamą może trenować, ale z tatą by nie potrafiła, bo on wszystko wie najlepiej i nie ma z nim dyskusji. To teraz odwrotnie – a pan wyobraża sobie treningi z mamą?

Trudne pytanie, nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Ufam jej i wierzę, bo wiem, że także mama chce dla mnie jak najlepiej. Ale powiem dyplomatycznie – dobrze jest, jak jest.

Ustawił się pan już finansowo czy musiałby zostać piłkarzem, żeby w wieku 22 lat tak o sobie powiedzieć?

Pewnie jakbym był piłkarzem na takim poziomie, na jakim jestem kulomiotem, to rzeczywiście mógłbym już być spokojny o pieniądze. Ale nie jestem i, no nie, nie jestem ustawiony.

Myślałem, że da się pan sprowokować.

Chodzi panu o moje słowa, że niby piłkarze zarabiają za dużo, bo nawet przeciętny zawodnik z ekstraklasy co miesiąc kasuje fortunę? Nie jestem pewien, czy tak powiedziałem. Z doświadczenia wiem, że w wywiadach, których się nie autoryzuje, słowa często są przekręcane i później takie rzeczy wychodzą. Może tak powiedziałem, może nie, ale taka jest prawda. Piłkarze, nawet przeciętni, zarabiają olbrzymie pieniądze, tyle że nikt nie powinien mieć do nich o to pretensji. Wytłumaczył mi to kolega na przykładzie muzyki.

Czyli jak?

Nawet najlepszy na świecie pianista nie może mieć pretensji do Justina Biebera, że zarabia mniej od niego. Bo Biebera ludzie chętnie słuchają i na jego koncerty przychodzą tłumy, a to, że nie jest najlepszym wokalistą na świecie, to już inna sprawa, a na pewno nie problem Biebera. Przenosząc to na świat sportu, lekkiej atletyki i piłki nożnej – nawet będąc najlepszym na świecie lekkoatletą, nie zarobisz tyle co choćby 25. piłkarski napastnik. I trzeba się z tym pogodzić.

Czy pana chęć bycia najlepszym związana jest także z chęcią bycia sławnym?

Nie napędza mnie to. Mam ochotę być najlepszym w tym, co robię, a że za tym idzie sława, to już efekt poboczny. Nie oszukujmy się jednak – w lekkiej atletyce to nie jest taka sława, która przeszkadzałaby wyjść do sklepu. Znam wielu bardzo sławnych ludzi i nie zazdroszczę im tego, bo wiem, jak zachowują się na ulicach ich fani, kiedy rozpoznają swojego idola. Mój poziom rozpoznawalności jest miły, wychodzę wszędzie anonimowo, a jak ktoś orientuje się, kim jestem, to jest sympatycznie – zbijamy piątkę, robimy zdjęcie i jest fajnie. Ale nie mam tak codziennie, co pięć minut.

W przypadku lekkoatletów biletem do sławy jest medal olimpijski. Myśli pan już o Tokio?

Przede wszystkim nie zgodzę się z tym stwierdzeniem o igrzyskach i bilecie do popularności. To nieprawda. A co do Tokio, to oczywiście chciałbym zdobyć medal, ale czy akurat tego dnia będę najlepszy na świecie, tego nie wiem. Mogę panu teraz obiecać złoto, krzyczeć, że nadszedł mój czas, że jadę po Tokio po złoty medal, bo jestem wielki i niezwyciężony, ale po co mam tak robić, skoro niczego nie można być pewnym?

Jest pan przesądny?

Ostatnio się nad tym zastanawiałem. Uważałem, że w ogóle nie jestem przesądny, a okazało się, że przesądów mam tyle, że aż się za głowę złapałem. Są to tak głupie rzeczy, że aż mi się nie chce o tym gadać. Na przykład zawsze na start wkładałem bieliznę, która miała choćby kawałek niebieskiego materiału. Naprawdę nie mam pojęcia, po co to robiłem. Nie działało. Teraz robię wszystko na odwrót, bardzo się pilnuję, żeby nie zrobić czegoś specjalnie. Odczarowuję otoczenie.

Idąc na start, zawsze pan wie, czy będzie dobrze?

Bywało, że tak myślałem, ale to jest bardzo złudne. Za bardzo chciałem, bo świetnie się czułem, spodziewałem się ognia i wtedy mi nie wychodziło. A czasami mi się nie chciało i osiągałem znakomite rezultaty. W tym roku było tak na przykład w Karpaczu. Ledwo co doleciałem z Mińska z meczu Europa–USA, a już na rano zaplanowany był start. Bardzo mi się nie chciało, a pchnąłem życiówkę, poprawiłem rekord o 2 centymetry.

To życzę panu, żeby nie chciało się panu w Tokio.

No, spokojnie. Dwa dni później w Chorzowie na memoriale Kamili Skolimowskiej już mi się chciało i było jeszcze lepiej. Nie ma reguły. Jak robota jest zrobiona, czuję się ustabilizowany technicznie, to wszystko wychodzi. Rzadko już schodzę poniżej poziomu 21,50.

Mówił pan, że nie stosuje żadnej diety i jak ma ochotę na podwójnego hamburgera z frytkami, to sobie nie odmawia.

Oj, bardzo dużo się zmieniło w moim postrzeganiu jedzenia, od kiedy w polskiej federacji zatrudniono dietetyczkę. Po konsultacjach z nią mam dużo większą świadomość tego, co powinienem jeść, a czego nie. Mam z tym jednak problem, bo, po pierwsze, bardzo lubię jeść, a po drugie, lubię jeść niezdrowe rzeczy. Za bardzo jestem do tego przyzwyczajony. Do dziwnych godzin jedzenia także. Ciężko mi to wyeliminować. Wystarczy na mnie spojrzeć, kaloryfera na brzuchu nie mam. Chciałbym się ogarnąć, muszę kiedyś ze sobą wygrać.

No czyli jednak udowadnia pan, że i bez diety można wygrywać.

Robię małe kroki. Dietetyczka uświadomiła mi, że nawet jak zamawiam pizzę, to mogę poprosić, by była z rukolą, że jak jem hamburgera z frytkami, to mogę zamówić także zieloną sałatę z ogórkiem i pomidorem. Mam świadomość, jak powinno być. Niestety, na razie nie jestem wystarczająco silny, by zmienić przyzwyczajenia.

Interesuje się pan sportem, czy na co dzień w czasie wolnym woli film?

Bardzo lubię oglądać filmy, seriale, czasami nawet głupie filmiki na YouTubie. Ale stałem się też fanem statystyk – koszykarzy, bo bardzo lubię koszykówkę, ale też swoich. Staram się zapisywać rekordy, pamiętać je. Jak mam wolne, to gram też na konsoli, sportem jednak żyję cały czas. Właśnie do tego bardzo przydają mi się media społecznościowe. Jestem na bieżąco z wynikami Ligi Mistrzów, ekstraklasy, NBA czy siatkówki. Widzę, że muszę wrócić do tego pytania o piłkarzy, żebyśmy się dobrze zrozumieli – to nie tak, że ja ich nie szanuję, bo szanuję każdego sportowca. Każdy, kto uprawia jakąś dyscyplinę na pełen etat, poświęca kawał swojego życia. A jak ktoś robi to na takim poziomie jak Robert Lewandowski, to budzi mój podziw. Idoli może nie mam, ale mam ludzi, których podziwiam. Jeśli świat dzieli się na wyznawców Cristiano Ronaldo i Leo Messiego, to ja jestem w teamie Ronaldo. W koszykówce nie mam ulubionej drużyny, bo za często zmieniają się składy, ale LeBrona Jamesa uwielbiam.

—rozmawiał Michał Kołodziejczyk, redaktor naczelny WP Sportowe Fakty

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA