fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Jacek Bartosiak: Czy Polsce grozi wojna?

Po Brexicie przywództwo Berlina w Europie będzie coraz wyraźniejsze. Dlatego Amerykanom może zależeć, by wspierać nas kosztem Niemiec. Przy odpowiednim rozegraniu tej sytuacji, możemy wiele wygrać.
archiwum prywatne
Bez nas Amerykanie nie byliby w stanie pokonać Rosji, bo to nasz kraj jest podstawą operacyjną jakichkolwiek działań i to my kotwiczymy wpływy USA na kontynencie - uważa Jacek Bartosiak, ekspert w dziedzinie geopolityki.

Rzeczpospolita: Kto z punktu widzenia interesów Polski będzie lepszym prezydentem USA: Hillary Clinton czy Donald Trump?

To może nie mieć większego znaczenia, kto z nich wygra wtorkowe wybory, bo choć prezydenci się zmieniają, to interesy Stanów Zjednoczonych pozostają – co do zasady – niezmienne. Nowy przywódca, ktokolwiek nim zostanie, będzie funkcjonował w tej samej geopolitycznej rzeczywistości. Wszelkie decyzje dotyczące Polski będą zależały głównie od zasobów, jakimi dysponować będą Stany Zjednoczone do prowadzenia swojej polityki zagranicznej.

Polskie media straszą Trumpem, że chce rozwiązać NATO, wycofać armię z Europy, dogadać się z Władimirem Putinem, a może nawet oddać pod rosyjską strefę wpływów kraje bałtyckie.

Wydaje mi się, że w pewnych sprawach Trump czasami mówi to, co elity w Waszyngtonie myślą, ale boją się głośno powiedzieć. Musimy zdawać sobie sprawę, że w USA takie rozważania naprawdę prowadzone są na poważnie, choć na razie w zaciszu gabinetów. Wyczuwalne jest w elitach waszyngtońskich zajmujących się dbaniem o pozycję globalną USA, pewne wyczekiwanie zmiany. Stany Zjednoczone, aby utrzymać supremację w systemie światowym, muszą się zmierzyć z dwoma podstawowymi problemami: powstrzymać coraz większe ambicje Chin na zachodnim Pacyfiku i w masie lądowej Eurazji oraz na nowo skalibrować politykę względem Rosji.

Rosja ma przestać być widziana w USA jako wróg? Zmiana sojuszów jak u Orwella?

Historia uczy, że dominujące mocarstwo morskie ma tendencje do dogadywania się ze słabym mocarstwem kontynentalnym, jeżeli zagrożenie dla ich wpływów płynie ze strefy brzegowej Eurazji. Tak przecież było dwukrotnie, w obu wojnach światowych: Wielka Brytania szła na układ z Rosją i Sowietami, bo ich interesom zagrażały Niemcy. Również w czasie wojen napoleońskich mieliśmy podobny scenariusz, gdy zagrożenie płynęło ze strony Francji. Dziś wśród niektórych amerykańskich ekspertów pojawia się podobna narracja. Mało tego, w ten sposób wydają się myśleć także Rosjanie, którzy tylko czekają na taką propozycję. Stąd w ostatnich latach próbują oni wzmocnić swoją pozycję negocjacyjną, czego przejawem jest choćby wojna w Syrii czy – do pewnego stopnia – na Ukrainie. I dlatego niektórzy mówią o nowej Jałcie.

Będzie to sojusz amerykańsko-rosyjski przeciwko Chinom?

Nie chodzi o sojusz, raczej o balansowanie wpływów. Tak przecież działał prezydent Richard Nixon w latach 70. XX wieku, tylko że wtedy układ był odwrotny: Amerykanie dogadali się z Chinami przeciwko Sowietom. Niektórzy uważają, że właśnie to porozumienie było prawdziwą przyczyną porażki Moskwy w zimnej wojnie. W Polsce musimy zdawać sobie sprawę z tego, że taka gra już się toczy. I jest to gra o wpływy i o stosowną równowagę sił w Eurazji, która byłaby korzystna dla Stanów Zjednoczonych i niezbędna do dalszego funkcjonowania zaprojektowanego przez Amerykanów po II wojnie światowej ładu globalnego, dodatkowo wzmocnionego i geograficznie poszerzonego po załamaniu Związku Sowieckiego pod koniec XX wieku.

Konkretnie o co tak właściwie chodzi i skąd te zmiany?

Niekwestionowana globalna supremacja Stanów Zjednoczonych to już historia. W ostatnim czasie Amerykanie zaangażowali się w dwie wojny lądowe, które wymagały wielkiego wysiłku i pieniędzy: w Afganistanie i na Bliskim Wschodzie. Już to bardzo nadwerężyło Stany Zjednoczone, ale jeszcze mocniej dotknął je wielki kryzys finansowy lat 2008–2009, czego reperkusje odczuwalne są do dziś. Sprzęgło się to z niepowtarzalnym zjawiskiem w historii świata, czyli niesamowitym wzrostem gospodarczym Chin. Nigdy w historii nie mieliśmy do czynienia z tak szybką i wielką erupcją potęgi tak ogromnego państwa.

Dlaczego Chiny są zagrożeniem dla USA?

Bo próbują wypychać wpływy Stanów Zjednoczonych z Eurazji i mórz przybrzeżnych Azji, by mieć więcej przestrzeni na własną politykę, bardziej korzystną dla swojej gospodarki. A u boku Chin to samo robi słabsza, acz otwarcie rewizjonistycznie nastawiona wobec dotychczasowego ładu Rosja. W końcu naturalnym prawem geostrategii jest budowa własnej potęgi, najczęściej kosztem interesów innych państw. Amerykanie nie są już tak wszechpotężni jak w ostatnich 25 latach ani też, co oczywiste, nie dysponują niekończącymi się zasobami, zwłaszcza w porównaniu z łącznymi zasobami Chin i Rosji. Dlatego mogą mieć pokusę prowadzenia coraz bardziej elastycznej polityki wobec procesów zachodzących w Eurazji.

I co to znaczy w praktyce?

Mocarstwo morskie wcale nie musi angażować się militarnie na kontynencie europejskim. Spójrzmy, jak działała dawniej Wielka Brytania, chociażby w okresie wojen napoleońskich. Zamiast stacjonować militarnie w Europie, wolała poprzez różne sojusze, czasami punktowe zaangażowanie finansowe lub wojskowe, skutecznie eliminować wszelkie zagrożenia dla jej dominacji na wodach okalających Europę, co chroniło nie tylko jej bezpieczeństwo, ale też szlaki komunikacyjne łączące jej własne wyspy z zasobami ogromnego brytyjskiego imperium. Dziś Amerykanie zaczynają być może robić to samo.

Dlaczego w czasach zimnej wojny było inaczej?

Bo amerykańska stała i pokaźna obecność wojskowa w Europie miała powstrzymać Sowietów przed podporządkowaniem sobie całej Europy, ale wtedy całkowicie pobite i podzielone Niemcy nie były czynnikiem równowagi. Ta stała obecność wojsk amerykańskich, świadcząca o poważnym i pełnym zaangażowaniu, miała także uspokoić przywódców zachodnioeuropejskich, że USA nie rozgrywają wyłącznie swoich krótkoterminowych interesów i że nie zamierzają poświęcać interesów sojuszników europejskich na rzecz własnych, jak dawniej notorycznie robił to Londyn, przez co na kontynencie nazywany był perfidnym Albionem.

Jakie korzyści przynosiła Stanom Zjednoczonym ta stała obecność w Europie?

Podstawowym i niezmiennym interesem USA jest uniemożliwienie pojawienia się europejskiego hegemona, który podporządkowałby sobie zasoby całej Europy. Ponadto stała obecność w Europie z pewnością mocno stabilizowała system amerykańskiego przywództwa w świecie Zachodu i umożliwiała budowę świata atlantyckiego jako emanacji ładu globalnego budowanego przez USA po II wojnie światowej, ze wszystkimi jego instytucjami, dobrze nam znanymi, takimi jak Bretton Woods, Bank Światowy, Międzynarodowy Fundusz Walutowy, NATO, a także... dolar.

Dziś system ten jest zagrożony?

Tak, bo lider słabnie i wszyscy zaczynają szukać nowej równowagi, w tym sami Amerykanie. Wydaje się, że w Eurazji będą teraz stawiać na tzw. obecność punktową, czyli – jak to się u nas przyjęło mówić – rotacyjną. Nam oczywiście to się nie podoba, bo chcielibyśmy mieć stałe amerykańskie bazy, jak niegdyś w RFN. Jednak hegemon nie ma już tyle siły, by wszędzie być stale zaangażowanym; to za dużo go kosztuje: finansowo, ale też strategicznie, bo słabnące mocarstwo nie może już ryzykować, że zostanie wplątane w jakąś przypadkową wojnę. Poza tym stała obecność w jednym miejscu wiązałaby USA ręce, eliminowała elastyczność, tak dziś potrzebną w dobie rywalizacji z Chinami i Rosją.

W jaki sposób USA mogą próbować utrzymać swoją pozycję?

Stany Zjednoczone są klasycznym mocarstwem morskim, więc z ich globalnego punktu widzenia najważniejsze jest, by nikt nie był w stanie wypchnąć ich wpływów z mórz i oceanów okalających Eurazję. Między interesami Chin, Rosji i innych graczy jest wiele sprzeczności, które Amerykanie starają się rozgrywać, a skutecznie to czynić pozwalają im: potężna amerykańska flota oddziałująca na to, co się dzieje w Europie i w Azji; wojskowa obecność (choćby tylko punktowa); międzynarodowe instytucje oraz sama siła gospodarcza Ameryki.

A w jakiej sytuacji znajduje się Polska?

Leżymy pomiędzy strefą geopolitycznego morza a strefą lądu, na najbardziej wysuniętych rubieżach oddziaływania USA, na samym końcu linii komunikacyjnych z odległych przecież kontynentalnych Stanów Zjednoczonych. W jeszcze trudniejszej sytuacji są kraje bałtyckie. Stąd Rosja wyraźnie próbuje sondować (a może nawet demonstrować), czy siła Stanów Zjednoczonych tu rzeczywiście sięga. Zresztą Amerykanie są dziś testowani nie tylko w naszym regionie. Na zachodnim Pacyfiku to samo robią Chińczycy, którzy sprawdzają potęgę amerykańskiej floty i tzw. zdolność do jej projekcji siły, która jest fundamentem wiary sojuszników w potęgę USA i możliwość przyjścia im z pomocą, czyli tym samym podstawą wiarygodności Waszyngtonu jako dominującego mocarstwa w systemie międzynarodowym. Zachwianie tą wiarą niszczy system.

Jednobiegunowy świat był dla nas korzystny?

Z punktu widzenia naszego bezpieczeństwa jak najbardziej. Po 1989 roku otworzyliśmy się na świat, dołączyliśmy do globalnego obiegu gospodarczego, wstąpiliśmy do NATO. Jednak były także tego minusy. W świecie gwarantowanego przez USA ładu nasze przedsiębiorstwa nie miały szans konkurować z firmami zachodnimi, których przewaga organizacyjna, systemowa i kapitałowa była nie do przeskoczenia. Zresztą ta przewaga Zachodu utrzymuje się od czasów wielkich odkryć geograficznych, czyli z grubsza od XVI wieku. Wtedy już zaczął się kształtować tzw. dualizm gospodarczy, a inaczej mówiąc – dualizm na Łabie, bo kraje leżące na zachód od Łaby zaczęły tworzyć gospodarki kapitalistyczne, a te na wschód pozostały przy gospodarce folwarczno-pańszczyźnianej.

Z czego to wynikało?

Nie załapaliśmy się na wspaniałe bogactwo, które przynosiła kontrola morskich i oceanicznych szlaków handlowych generująca obrót towarowy, wymianę i obrót pieniężny. Stąd mieliśmy uwsteczniony system społeczny, nisko wydajną gospodarkę nieopartą na kapitale ani innowacyjności, tylko na zbiorach. Stąd nasz eksport półsurowców, jak zboże czy drewno, ale także emigracja ludzi za chlebem na lepiej zorganizowane i bardziej dokapitalizowane, innowacyjne rynki zachodnie. Później ta przewaga państw zachodnioeuropejskich cały czas się utrwalała, do dziś przecież jesteśmy głównie podwykonawcami dla zachodnich firm oraz pracujemy na niższych marżach. I to trwa od czasów Kolumba, bo nadal żyjemy w świecie zdominowanym przez tenże system morski. Mieszkańcy zachodniej Europy odkryli szlaki morskie wokół Afryki i przejęli kontrolę nad zasobami całej strefy brzegowej Eurazji. Stąd wzięła się z czasem dominacja Zachodu, a w szczytowym okresie dominacja absolutna, czyli kolonizacja.

Wielkie wojny nie zachwiały tym systemem?

Wręcz przeciwnie, po zwycięstwie morskich mocarstw anglosaskich powstały ONZ i Bank Światowy, umocnił się dolar jako waluta globalna. Znamienne, że Związek Sowiecki był utrzymywany poza systemem gospodarczym tego ładu, albowiem jego strażnikiem był Waszyngton. Po rozpadzie Sowietów ład ten uległ dodatkowemu wzmocnieniu, co publicysta Charles Krauthammer nazwał jednobiegunową chwilą bezdyskusyjnej supremacji USA, a skutki tego dotyczyły także Polski, czego dowodem było rozszerzenie NATO.

Jaki wpływ na ten system może mieć planowany Nowy Jedwabny Szlak?

Chińczycy bardzo dobrze rozumieją, że muszą zmienić bieguny systemu światowego, by mogli wyrwać się z pułapki półperyferyjności w światowym podziale pracy. Amerykanie powstrzymują chińskie zapędy morskie, opracowując koncepcje operacyjne na wypadek wojny z Chinami na zachodnim Pacyfiku, ale także utrzymując odpowiedni system sojuszy stabilizujących pozycję USA w Azji. Zwróćmy uwagę, że państwa strefy brzegowej Pacyfiku to sojusznicy USA: Japonia, Tajwan, Singapur czy Filipiny (choć w ich przypadku akurat teraz pojawiają się wątpliwości...). Chińczycy zrozumieli, że nie przebiją się przez membranę geostrategicznych wpływów Stanów Zjednoczonych w regionie, choć od morskich szlaków komunikacyjnych, których Pekin nie jest w stanie dziś kontrolować, zależy dalszy rozwój chińskiej gospodarki. Stąd pomysł budowy Nowego Jedwabnego Szlaku w wersji morskiej, w kierunku Afryki i Bliskiego Wschodu przez Ocean Indyjski, ale przede wszystkim lądowej – wiodącej przez masy śródlądowe Eurazji. To ma być w zamierzeniu Pekinu nowa magistrala handlu światowego spinająca dwa historycznie najbardziej produktywne obszary świata, czyli Europę i Chiny, i co bardzo ważne – będąca poza kontrolą Stanów Zjednoczonych.

Rozumiem, że jeśli to im się powiedzie, USA stracą pozycję hegemona?

Dlatego już sam pomysł budowy takiego szlaku powoduje bardzo poważne napięcia w systemie atlantyckim, którego jesteśmy częścią. Paradoks polega na tym, że Polska, z powodów geograficznych, jest dla Chińczyków główną bramą do Europy. Jeśli Chinom uda się odwrócić znaczenie „lądu" i „morza", to wywrócony zostanie także niekorzystny dla nas dualizm gospodarczy, oczywiście kosztem zachodnich społeczeństw. Powstałaby wtedy zupełnie nowa architektura gospodarcza świata. Problem tylko w tym, że nie wiadomo, czy po drodze nie byłoby wojny. Między innymi stąd właśnie tytuł mojej właśnie wydanej książki: „Pacyfik i Eurazja. O wojnie".

Jakie Polska ma w tej chwili możliwości?

To napięcie, które wytwarza się na liniach starcia między Rosją a USA, niesie poważne zagrożenia dla naszej podmiotowości. Jesteśmy na odległej rubieży świata atlantyckiego, którego istnienie gwarantowane jest potęgą USA – a właśnie dokonuje się próba sił mocarstw. W podobnej sytuacji jest Ukraina, ale i kraje nadbałtyckie. Z wojskowego punktu widzenia stanowimy centrum grawitacyjne ewentualnego konfliktu. Bez terytorium Polski bowiem nie da się utrzymać linii komunikacyjnej do państw bałtyckich, bo flota amerykańska z powodu rozwoju tzw. technologii antydostępowych nie będzie wpływała na Bałtyk w razie wybuchu wojny. Moim zdaniem bez nas Amerykanie nie byliby w stanie pokonać Rosji w regionie, bo to Polska jest podstawą operacyjną jakichkolwiek działań i to my kotwiczymy wpływy USA na kontynencie. Pytanie tylko, czy wszystkim tak samo zależy na niepodległości państw bałtyckich...

Jak to?

Z jakiegoś powodu nie ma i wydaje się, że nie będzie w tych krajach znaczących sił amerykańskich. Wyraźnie widać, że Amerykanie bardzo chcą uniknąć poważnego zaangażowania wojskowego w państwach bałtyckich, więc chyba powinniśmy wyciągnąć z tego odpowiednie wnioski. Mówiąc krótko, jest to dla Polski dość niebezpieczny moment.

Na ile powinniśmy angażować się w budowę Nowego Jedwabnego Szlaku, skoro pomysł ten tworzy tak wielkie napięcia w świecie atlantyckim? A może nie powinniśmy się tym martwić, tylko walczyć o jak najlepszą pozycję w nowym rozdaniu proponowanym przez Chiny?

Każdy przełomowy moment w rozgrywkach mocarstw jest dla nas ryzykiem, ale i szansą. W naszej sytuacji do dalszego rozwoju po strasznym XX wieku bezwzględnie potrzebujemy pokoju, ale jednocześnie dobrze by było, gdybyśmy znaleźli się w końcu w centrum systemu światowego handlu, a nie na jego peryferiach czy półperyferiach, gdzie jedynym naszym atutem jest tańsza siła robocza. Kusząca jest perspektywa, by znaleźć się wreszcie na głównym szlaku handlowym, gdzie dokonuje się samoczynna kumulacja ludzkiej aktywności i przedsiębiorczości, a za tym kapitału i dostępności pracy, gdzie powstają firmy, a ludzie chcą mieszkać, zarabiać i mieć dzieci. Niektórzy myśleli, że dołączenie po 1989 roku do świata Zachodu da nam wszystkie te możliwości. Niestety, nie jesteśmy w stanie nadrobić dystansu cywilizacyjnego, który dzieli nas od krajów rdzenia Starego Kontynentu, gdyż ich utrwalone przewagi były zbyt duże.

Zachód nie dał nam zbyt wiele, więc czas na Chiny?

Problem w tym, że dziś w Polsce często niewłaściwie stawiamy ten problem. To nie jest tak, że będziemy albo z USA czy Zachodem, albo z Chinami. Przykład powinniśmy brać z sojuszników Stanów Zjednoczonych położonych w strefie Azji i Pacyfiku. Dla tych państw Chiny są kluczowym partnerem gospodarczym, ale nie zmienia to ich pozycji jako sojuszników USA. My też powinniśmy z Chinami robić interesy, przyciągać do siebie chiński biznes, oczywiście na mądrych i korzystnych dla nas zasadach. Ale powinniśmy zarazem pamiętać, że jeszcze przez długie dziesięciolecia oddziaływanie kapitałowe Pekinu nie będzie miało większego znaczenia dla bezpieczeństwa Polski. Do tego pamiętajmy, że w końcu sami Amerykanie handlują z Chińczykami na niebagatelną skalę.

Ale sam pan mówił, że dalszy rozwój Nowego Jedwabnego Szlaku może skutkować wojną.

Ten projekt jest docelowo dużym zagrożeniem dla całego świata atlantyckiego, w ogóle świata pokolumbijskiego. Jednak na razie nie wiadomo, czy ten szlak w ogóle powstanie. My na współpracy z Chinami możemy dobrze zarobić, zrealizować potrzebne inwestycje, może nawet poprawić swoją słabszą pozycję negocjacyjną w Europie. Dzięki kontaktom z Chinami zyskujemy szersze pole manewru, a w naszej sytuacji geopolitycznej, w której to pole manewru mamy naprawdę niewielkie, jest to niebywale kusząca perspektywa. Chiny są supermocarstwem gospodarczym i moglibyśmy dzięki nim spróbować odwrócić pewne niekorzystne relacje, jakie mamy choćby z Niemcami, którzy cały czas dbają o to, by mieć nad nami przewagę organizacyjno-kapitałową.

Czyli?

Spójrzmy choćby na drogi budowane z pieniędzy unijnych. W interesie naszych zachodnich sąsiadów zawsze był równoleżnikowy rozwój sieci komunikacyjnej w naszym kraju, by niemiecki kapitał mógł jak najlepiej penetrować nasz rynek. Gospodarka niemiecka jest uzależniona od eksportu, więc dla niej ważne jest, by wszystkie rynki położone na Wschodzie jak najlepiej chłonęły jej produkty, a podwykonawcy ze Wschodu dostarczali swoje usługi składające się na ich wysokomarżowe produkty eksportowe. Problem w tym, że dla nas korzystniejsze byłoby zapewne południkowe ułożenie głównych szlaków, bo dawałoby to nam szanse na kumulację i pracę polskiego kapitału.

W jaki sposób drogi biegnące z północy na południe pomogłyby nam się rozwijać?

Pamiętajmy, że dawniej główne szlaki handlowe pomiędzy Europą a Azją szły przez Konstantynopol. Zresztą dlatego właśnie w tym miejscu to miasto zostało założone. To tamtędy szedł też stary Jedwabny Szlak, który dalej rozdzielał się także w kierunku Polski. Dawny handlowy Szlak Kazimierzowski przebiegał od Bałtyku przez Wołoszczyznę, Grody Czerwieńskie, Pokucie, a wykorzystując połączenie czarnomorskie, do Bizancjum i dalej na wschód. Zanim opanowano żeglowanie po Atlantyku, handel poza basenem Morza Śródziemnego opierał się na szlakach lądowych przemierzanych wołami i końmi. I wtedy, gdy szlaki przebiegały przez środek Polski, byliśmy w lepszej sytuacji geopolitycznej, czyli mieliśmy dostęp do zasobów pomnażających naszą siłę i kontrolowaliśmy linie komunikacyjne dające ten dostęp, co jest kwintesencją geostrategii. Dlatego zbudowanie południkowego szlaku, łączącego nas z Bałkanami, południową Europą i Turcją, a dalej z basenem Morza Czarnego, mogłoby znowu otworzyć przed nami możliwości rozwoju. Musimy zrozumieć, że w naszym interesie jest handel północ–południe, obok oczywiście handlu wschód–zachód. I wszystko to przez terytorium Polski! Problem w tym, że byłoby to sprzeczne z interesem Niemiec.

A Niemcy są ważniejszym partnerem Stanów Zjednoczonych...

Ale Niemcy prowadzą w regionie własną, coraz bardziej niezależną politykę. Zresztą po Brexicie przywództwo Berlina w Europie będzie coraz wyraźniejsze. Dlatego Amerykanom może zależeć, by wspierać nas kosztem Niemiec. Polska staje się coraz silniejsza, coraz bardziej nas stać, by wspierać wojskowo-strategiczną obecność amerykańską w regionie, a co za tym idzie, stabilizować wpływy dominującego mocarstwa morskiego. Przy odpowiednim rozegraniu tej sytuacji możemy wiele wygrać.

Chyba w ogóle im bardziej będzie się rozpadać Unia Europejska, tym ważniejszym partnerem dla Stanów Zjednoczonych będzie Polska.

Tak, ale druga strona tego medalu jest taka, że im będziemy ważniejsi dla Amerykanów, tym większe będzie niebezpieczeństwo, że staniemy się ofiarą coraz większego napięcia między USA a Rosją. W tym zakresie nie ma prostych i łatwych decyzji. Jednocześnie nie mamy tu zbyt dużego pola manewru, bo chyba nic nie możemy zrobić, by Unia Europejska przestała się rozpadać. Jej rozpad następuje po szwach konstytucyjnych i ekonomicznych: państwa nie chcą uzgodnić, kto rządzi. Problem w tym, że dobra pogoda się skończyła, a na złą pogodę potrzebny jest lider, a nie ma zgody, by tym liderem były Niemcy. Na południu panuje dziś gigantyczne strukturalne bezrobocie, na skalę tego z wielkiej depresji lat 30. XX wieku, a północ się wzmacnia kosztem południa.

Dla nas lepsza będzie Unia pod wyraźnym przywództwem Berlina czy brak Unii?

Unia wiąże siły Niemiec, rozpraszając je na mitygowanie interesów wszystkich mniejszych graczy. Bez Brukseli Niemcy z pewnością prowadzić będą ostrzejszą politykę, nastawioną jeszcze bardziej na realizację własnych interesów narodowych, szczególnie na naszym kierunku – wschodnim. A my pozostaniemy z tym problemem sami. Powiedzmy sobie szczerze, będzie nam bardzo trudno stawić czoła niemieckiej polityce, bo to, że niemieckie koncerny mają wpływ na niemieckich polityków, to nie jest żadna teoria spiskowa. A z potężną niemiecką gospodarką trudno konkurować. Skoro gospodarka niemiecka uzależniona jest od eksportu, to państwo będzie mogło chcieć otwierać dla niej zagraniczne rynki za wszelką cenę. To oczywiście jest daleko idąca hipoteza, ale niedawna próba utrzymania za wszelką cenę wspólnej waluty, by gospodarka niemiecka pozostała wysoce konkurencyjna, nie może raczej napawać nas optymizmem.

Będzie wojna?

Rywalizacja w Eurazji o to, kto ustala reguły gry, już trwa. W przypadku USA i Chin niedługo może przerodzić się ona w wojnę handlową, czym grozi Donald Trump. Zresztą czym są sankcje nałożone na Rosję? Historia uczy, że wojna handlowa oraz rywalizacja o to, kto ustala reguły gry, często prowadzą do wojny pomiędzy mocarstwami. W obliczu trwającej już rywalizacji zachowania dotychczasowych sojuszników USA – Turcji i Filipin – położonych tak jak my na odległych od USA rubieżach, są w tym kontekście bardzo niepokojące...

—rozmawiał Michał Płociński

Jacek Bartosiak jest doktorem nauk społecznych, adwokatem, Senior Fellow w Potomac Foundation w Waszyngtonie, ekspertem Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego i Fundacji Pułaskiego. Jest znawcą geopolityki, geostrategii i nowoczesnej sztuki wojennej

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA