fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Zmierzch praw człowieka

Muzułmańscy uchodźcy w obozie w Bangladeszu (8 października 2017 r.). Birmańscy buddyści nienawidzą muzułmanów z ludu Rohingya. Gdyby prezydent Aung San Suu Kyi broniła ich, jak chcą zachodni obrońcy praw człowieka, zapewne nie utrzymałaby się u władzy
AFP, Fred Dufour
Stopniowe słabnięcie Zachodu zachęca ambitne cywilizacje Dalekiego Wschodu i islamu do podjęcia prób redefinicji idei praw człowieka i położenia większego nacisku na pierwszeństwo wspólnoty przed jednostką.

W systemie, który odmawia istnienia podstawowych praw człowieka, zazwyczaj strach jest na porządku dziennym. Strach przed więzieniem, strach przed torturami, strach przed śmiercią, strach przed utratą przyjaciół, rodziny, własności i środków do życia, strach przed biedą, strach przed izolacją, strach przed porażką – mówiła Aung San Suu Kyi z Birmy (Republiki Związku Mjanmy), gdy w 1991 r. przyjmowała Nagrodę Sacharowa. Obok Dalajlamy i Nelsona Mandeli, była wówczas najbardziej znanym, żyjącym symbolem walki o prawa człowieka. Za wieloletni opór stawiany represyjnej juncie z Rangunu została nagrodzona Pokojową Nagrodą Nobla. Liberalne elity z całego świata podziwiały ją i stawiały za wzór do naśladowania.

Gdy w 2010 r. junta wypuściła Aung San Suu Kyi z aresztu domowego i podzieliła się z nią władzą, wieszczono świetlaną przyszłość rodzącej się birmańskiej demokracji. A później przyszedł szok. Okazało się, że ta nowa demokratyczna (choć dzieląca władzę z wojskowymi) ekipa wzięła się do miażdżenia oporu muzułmańskiej mniejszości Rohingiya jeszcze ostrzej niż robiono to za rządów junty. W mediach pełno jest opisów tego, jak birmańscy żołnierze obcinają głowy Rohingom, palą ich żywcem i gwałcą ich kobiety. Aung San Suu Kyi, choć faktycznie kieruje państwem, nie tylko tego nie przerywa, ale też usprawiedliwia krwawe czystki koniecznością walki z terroryzmem. Obserwatorzy z Zachodu nie mogą pojąć, że masakry akceptuje kobieta, buddystka i do tego bohaterka walki o prawa człowieka. Zamiast dziwić się, powinni jednak spojrzeć na problem z szerszej perspektywy. O ile w latach 90. wieszczono nową erę, w której walka o prawa człowieka będzie priorytetem rządów, o tyle obecnie idea ta przechodzi bardzo poważny kryzys. A wydarzenia w Myanmarze są tego tylko jednym z objawów.

Igrzyska hipokryzji

Możemy powiedzieć ludziom z całego świata, niezależnie, czy mieszkają w Afryce czy w Europie Środkowej, czy w jakimkolwiek innym miejscu, że jeśli ktoś będzie próbował zabijać niewinnych cywilów na masową skalę z powodu ich rasy, ich korzeni etnicznych czy ich religii i jest w naszej mocy, by ich powstrzymać, to ich powstrzymamy – mówił w lutym 1999 r. prezydent USA Bill Clinton. Ostrzeżenie to wygłosił na kilka tygodni przed rozpoczęciem bombardowań Jugosławii. Miały one powstrzymać postkomunistyczny reżim Slobodana Miloševicia przed kontynuacją czystek etnicznych w Kosowie. To miało być wyraźne ostrzeżenie, że Stany Zjednoczone zrobią porządek z wszelkimi zbrodniarzami łamiącymi prawa człowieka. Można je uznać za szczytowy moment wiary w rychłe nadejście nowego, wspaniałego świata, w którym prawa i godność każdej istoty ludzkiej miały być chronione przez supermocarstwo zza Atlantyku.

Wiara ta miała jednak zawsze złudne podstawy. Ta sama administracja Clintona, która rozprawiała się z reżimami w Jugosławii i na Haiti, rozwijała przecież przyjazne relacje z krajem, który od dawna znajduje się na czarnych listach obrońców praw człowieka – z Chińską Republiką Ludową. Choć w mediach często pojawiały się wówczas relacje o prześladowanych dysydentach, obozach pracy i handlu organami więźniów w Chinach, to chiński eksport do USA rósł w lawinowym tempie, amerykańskie firmy masowo przenosiły tam fabryki (by korzystać z taniej siły roboczej), a administracja Clintona przyzwalała na transfer do Chin nowoczesnych technologii.

Walczące o prawa człowieka na całym świecie Stany Zjednoczone wspierały też rosyjską ekipę Borysa Jelcyna, choć przecież za jej rządów dochodziło do zbrodni wojennych w Czeczenii. W następnej dekadzie administracja Busha uzasadniała atak na Irak chęcią położenia kresu torturom saddamowskiej bezpieki, a jednocześnie sama dokonywała gimnastyki prawnej, by uzasadnić stosowanie tortur wobec złapanych terrorystów. Takie wybiórcze traktowanie praw człowieka nie jest zresztą niczym nowym i nie ogranicza się do USA. Rewolucyjna Francja niosła przecież Europie Deklarację Praw Człowieka i Obywatela, a jednocześnie hurtowo posyłała swoich „światłych obywateli" pod ostrze gilotyny i mordowała „wyzwolonych z ucisku feudalnego" wandejskich chłopów. Niemcy, atakując Polskę w 1939 r., oficjalnie uzasadniali to koniecznością obrony „prześladowanej mniejszości". Związek Sowiecki współuczestnictwo w tej agresji tłumaczył zaś obroną „bezbronnej ludności ukraińskiej i białoruskiej". Administracja Roosevelta naciskała na ekipę Czang Kaj-szeka w kwestii demokracji i praw człowieka, ale nie miała żadnych obiekcji wobec takich sojuszników, jak stalinowski ZSRR czy feudalno-niewolnicza Etiopia.

W czasach zimnej wojny oba supermocarstwa wzajemnie obrzucały się oskarżeniami o łamanie praw człowieka i wspieranie morderczych reżimów. Kwestia praw człowieka została zresztą bardzo zręcznie użyta jako jedno z narzędzi do uderzenia w blok sowiecki – co dało fałszywą nadzieję, że stanie się fundamentem nowego ładu międzynarodowego. Te nadzieje okazały się przedwczesne. Wszak obecnie rządy na całym świecie, reprezentujące szerokie spektrum polityczne, prześcigają się w wysiłkach mających na celu zbliżenie z Chinami – państwem, które jest dalekie od hołdowania zachodniej koncepcji praw człowieka. Kwestie Tybetu, Falung Gong czy chińskich chrześcijan są przez to skutecznie zamiatane pod dywan. A skoro Chinom udaje się ignorować prawa człowieka i odnosić sukcesy, to czemu nie mogłyby spróbować pójść tą drogą inne państwa? Czy więc wchodzimy w erę zmierzchu praw człowieka?

– Mówienie o zmierzchu praw człowieka byłoby przesadą, mamy raczej do czynienia z ich kryzysem. Idea praw człowieka stworzona została przez cywilizację zachodnią i jej najważniejszym atrybutem jest postulat uniwersalnego obowiązywania fundamentalnych praw, przysługujących każdej jednostce. Ten uniwersalizm jest permanentnie podgryzany przez relatywizm, którego silny wpływ na ducha Zachodu sprawił, że zwątpił on w prawomocność ideałów tworzących jego tożsamość. Stopniowe słabnięcie Zachodu zachęca ambitne cywilizacje Dalekiego Wschodu i cywilizację islamu do podjęcia prób redefinicji idei praw człowieka i położenia większego nacisku na pierwszeństwo wspólnoty przed jednostką – mówi „Plusowi Minusowi" Łukasz Czajka, filozof z Centrum Znanieckiego IK UAM.

Ciało obce

Czy nam się to podoba, czy nie, idea praw człowieka jest zachodnim pomysłem, który w innych kręgach kulturowych może być obcym ciałem. Widać to choćby na Bliskim Wschodzie. – Prawa człowieka w islamie określają dwa główne dokumenty. Powszechna Deklaracja Islamska Praw Człowieka z 1981 roku oraz tak zwana Kairska Deklaracja Praw Człowieka w Islamie z 1990 roku. Fundamentem praw człowieka, według tych deklaracji, jest suwerenność Allaha, człowiek znajduje się tu na drugim miejscu. Tak więc prawa człowieka to w rzeczywistości obowiązki wobec Boga. W cywilizacji tej nie wykształciło się pojęcie suwerennej osoby, na której to oparta jest zachodnia koncepcja praw człowieka. Mimo że dokumenty te zapewniają wszystkim równość wobec prawa, ponieważ prawem tym jest szariat, w praktyce mamy do czynienia z przejawami szowinizmu i łamaniem praw człowieka w rozumieniu zachodnim. Dodatkowo, prawo jako nadane przez Boga, nie może być zmienione, a jakakolwiek próba jego kwestionowania wiązałaby się z rewizją całej religii – wskazuje w rozmowie z „Plusem Minusem" Paweł Ziorko, ekspert Polskiego Centrum Informacji Strategicznych oraz Collegium Nobilium Opoliense.

Cywilizacyjne różnice w postrzeganiu idei praw człowieka widać też na przykładzie kryzysu w Birmie. Choć Aung San Suu Kyi jest osobą doskonale obytą z zachodnimi ideami, to działa w ramach określonej kultury politycznej, w której prawa człowieka są stosunkowo świeżą naleciałością, którą można było wykorzystać do zdobywania poparcia przeciwko juncie, ale słabo się nadają jako fundament rządów. Tak potępiana przez Zachód wojna przeciwko Rohingom to dalszy etap konfliktu mającego korzenie w czasach kolonialnych, w którym ta prześladowana obecnie mniejszość pierwsza była brutalnym agresorem. To Rohingowie w latach 40. wymordowali kilkadziesiąt tysięcy Birmańczyków i próbowali oderwać od Birmy jedną z jej prowincji. Ich partyzantka walczy w dżungli już od kilku dekad. Birmańscy buddyści autentycznie tego wroga nienawidzą i boją się, że jeśli rząd przyzna tej mniejszości obywatelstwo, to w ciągu kilku dekad muzułmanie podbiją Birmę dzięki ekspansji demograficznej. Krwawa rozprawa z islamem ma tam więc szerokie przyzwolenie społeczne. Gdyby Aung San Suu Kyi postąpiła tak, jak chcą zachodni obrońcy praw człowieka, zostałaby pewnie uznana przez naród za zdrajczynię i straciła władzę.

Birmańska noblistka przypomina pod pewnym względem filipińskiego prezydenta, Rodriga Duterte. Zachodni liberałowie postrzegają go jako psychopatę, bo prowadzi brutalną walkę przeciwko przestępczości narkotykowej. Filipińskie policyjne szwadrony śmierci przez ostatni rok zabiły tysiące prawdziwych bądź domniemanych narkotykowych dilerów. Kilkadziesiąt tysięcy przestępców dobrowolnie stawiło się do więzień ze strachu o własne życie. Obrońcy praw człowieka są tym zaszokowani, ale narodowi filipińskiemu to się podoba. Duterte ma w sondażach ponad 80 proc. poparcia. Szef policji, który zachęcał ludzi do podpalania domów narkotykowych dilerów, jest traktowany jak celebryta. Biedniejsze warstwy społeczeństwa dostrzegają w Duterte przywódcę, który autentycznie troszczy się o ich potrzeby i prowadzi aktywną politykę społeczną. Wybrali go na prezydenta właśnie po to, by zrobił porządek z bandziorami terroryzującymi slumsy. – Nie obiecuję wam, że będę budował nowe więzienia dla przestępców. Będę dla nich budował nowe domy pogrzebowe – zapowiadał Duterte w trakcie kampanii wyborczej. Gdy był burmistrzem miasta Davao, zdołał przemienić tę wstrząsaną wojnami gangów metropolię w bezpieczne miasto, do którego zaczęli ściągać inwestorzy. Fakt, że osiągnął to, używając szwadronów śmierci, nie ma już dla Filipińczyków takiego znaczenia.

Mnożenie absurdów

Na kryzys praw człowieka poważny wpływ ma również to, że ta idea przechodzi na Zachodzie stopniową degradację. – Kwestią podsycającą spory o prawa człowieka jest ich coraz większa inflacja, która prowadzi do sytuacji, w której poszczególne prawa zaczynają wchodzić ze sobą w konflikt, co jest wyraźnie widoczne na przykładzie coraz częstszego ścierania się prawa do życia i praw reprodukcyjnych – wskazuje Czajka. Większość rządów państw Europy Zachodniej już od dawna traktuje prawo do aborcji jako jedno z fundamentalnych praw człowieka.

– Kryzys migracyjny, z którym mamy do czynienia obecnie, również dotyka tego problemu. Czy zobowiązani jesteśmy do ochrony praw innych za cenę oddania własnego prawa do bezpieczeństwa? Reasumując, na dzień dzisiejszy pod znakiem zapytania stoi nie tylko uniwersalność praw człowieka, ale również kwestia źródeł ich obowiązywania. Czy są przyrodzone i niezbywalne, czy może nadawane przez państwo lub instytucje, a w wyjątkowych sytuacjach można ich kogoś pozbawić? – przypomina Ziorko.

W USA radykalnie lewicowi „bojownicy o sprawiedliwość społeczną" też tworzą różnego rodzaju logiczne łamańce, zastanawiając się, która z „prześladowanych mniejszości" powinna stać najwyżej w politycznie poprawnej hierarchii. Czy biseksualny czarny mężczyzna jest bardziej uprzywilejowany niż transseksualny Latynos, czy też może podobnie dyskryminowany jak muzułmańska lesbijka? Kwestię praw człowieka sprowadzono do walki o oddzielne toalety dla osób transpłciowych i debat nad „białym przywilejem". „Heteroseksualni czarni mężczyźni są białymi ludźmi czarnych ludzi" – to tytuł wpisu Damona Younga, czarnoskórego aktywisty. W tej politycznie poprawnej scholastyce można zabrnąć jeszcze dalej. – O zmierzchu praw człowieka można mówić ewentualnie w kontekście dyskusji o przyznaniu pewnych podstawowych praw zwierzętom i sztucznej inteligencji. Jeśli zwierzęta zostałyby prawnie uznane za osoby, to automatycznie przysługiwałyby im minimum dwa podstawowe i niezbywalne prawa do życia i wolności. W takim przypadku mielibyśmy do czynienia z kresem staroświeckiej idei praw człowieka i początkiem postludzkich praw, które przysługiwałyby także niektórym gatunkom zwierząt i inteligentnym maszynom. Idee rzadko umierają, najczęściej ulegają przeobrażeniu – wskazuje Czajka.

Perspektywa popkulturowa

Czy ulegające takiej transformacji prawa człowieka (prawa postludzkie?) mają jednak szansę stać się dla ludzi inspirującą ideą? Dla zwolenników inżynierii społecznej czy miłośników nowinek pewnie tak. Dla mas zapewne nie. Idea ta nie jest bowiem atrakcyjna w popkulturze. Wystarczy przyjrzeć się filmowym hitom o superbohaterach. Czy Batman zdołałby zawładnąć wyobraźnią widzów, gdyby nie poruszał się na granicy prawa? Zwykle jest tak, że widzowie lubią bohaterów, którzy spuszczają łomot złoczyńcom. Nieprzypadkowo Rodrigo Duterte został obdarzony ksywką „Punisher" na cześć komiksowo-filmowego mściciela w brutalny sposób rozprawiającego się z mafiosami. Głęboko w psychice wielu ludzi tkwi dążenie do sprawiedliwości, które sprawia, że chcemy, by źli ludzie byli wyeliminowani ze społeczeństwa. Ten instynkt jest jednak trzymany w ryzach przez prawo i kulturę. Można się więc spodziewać, że transformacja praw człowieka będzie też prowadziła do zmian w popkulturze. Takie zmiany już zresztą zachodzą.

– Kultura popularna jest dziś często wykorzystywana jako narzędzie promowania szeroko rozumianych praw człowieka. Superman broniący nielegalnych imigrantów przed białymi populistami ma wspierać ideę prawa do swobodnej migracji, a zwiększona obecność przedstawicieli różnorodnych mniejszości w dziełach kultury popularnej służy realizacji polityki tożsamościowej, która jest częścią współczesnej doktryny praw człowieka. Popkultura potrzebuje idei, bo bez nich jest pusta, a idee potrzebują popkultury, gdyż bez niej nie mogą zawładnąć zbiorową wyobraźnią mas – przypomina Czajka. W popkulturze widoczny jest też bunt przeciwko transformacji praw człowieka. – W świecie popkulturowej rozrywki nie brakuje także charyzmatycznych bohaterów, dla których system polityczny oparty na współczesnych prawach człowieka służy bardziej obronie zbrodniarzy, niż przyczyniania się do zaprowadzenia powszechnej sprawiedliwości. Takim bohaterem jest Kira z japońskiego anime „Notatnik śmierci", który to uzurpuje sobie prawo do osądzania i uśmiercania przestępców bez stawiania ich przed oblicze sądów. Kira jest nowym Raskolnikowem, który wierzy, że w imię udoskonalania świata może łamać prawa człowieka i dokonywać samosądów. W ten sposób staje się samozwańczym człowiekiem - bogiem, którego nie obowiązują już czysto ludzkie prawa – dodaje filozof z UAM.

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA