Plus Minus

Michał Szułdrzyński: Jak Internet wygrywa z demokracją

Fotorzepa, Waldemar Kompała
1 listopada może dojść – według amerykańskich mediów – do niezwykłego wydarzenia. Na ten dzień przedstawiciele Google'a, Facebooka i Twittera zostali wezwani przez specjalną komisję śledczą Senatu i Izby Reprezentantów, która bada wpływ Rosjan na ubiegłoroczną kampanię wyborczą prezydencką w USA.

Im dłużej trwa śledztwo w tej sprawie, tym więcej faktów wychodzi na światło dzienne. Przed kilkoma tygodniami Facebook poinformował, że odkrył rosyjskie zagłębie tzw. trolli, którzy byli aktywni podczas zmagania Donalda Trumpa z Hillary Clinton. Kilkaset powiązanych z Kremlem posiadaczy kont na FB wykupiło reklamy za 100 tys. dolarów. Zawierały one treści, które – jak czytamy w amerykańskich mediach – miały na celu antagonizowanie różnych grup społecznych i podsycanie napięcia rasowego, religijnego oraz wzbudzać kontrowersje w takich sprawach jak imigracja, homoseksualizm itp. Facebook szacuje, że reklamy te mogły dotrzeć aż do 10 mln Amerykanów, ale według ekspertów, na których powołuje się „Washington Times", może chodzić nawet o 70 mln osób.

Drugi społecznościowy gigant Twitter poinformował, że zamknął 200 kont powiązanych z Moskwą, których właściciele wykupili reklamy za 270 tys. dolarów. W ostatnich dniach „Washington Post" ujawnił, że również Google odkrył podejrzaną aktywność Rosjan w swoich serwisach w czasie kampanii, w efekcie czego spreparowane komunikaty docierały do Amerykanów jako reklamy w wyszukiwarce Google, w poczcie elektronicznej Gmail, a także przy okazji oglądania filmów na YouTube.

Choć śledztwo trwa, już to, co wiemy dziś, pozwala wyciągnąć alarmujące wnioski. Przypomnijmy, że ostatnia rewolucja internetowa, która wyniosła na szczyt Google'a i Facebooka, polegała, z grubsza rzecz biorąc, na zmianie kierunków, którymi płynęły pieniądze z reklam. Miliardy dolarów wydawane na reklamy zostały przekierowane z mediów tradycyjnych do sieci, ponieważ Google czy Facebook obiecywały reklamodawcom znacznie większą skuteczność. Po co – mówili – masz wykupywać kampanię reklamową i nie wiedzieć, do kogo ona dotrze, skoro możesz skierować ją dokładnie do ludzi, którzy potrzebują twojego produktu albo usługi. Na dodatek koszty takiej reklamy były wyraźnie niższe niż dotychczas.

Ale jak widać, to zjawisko ma też nowe i bardzo groźne oblicze. Sztaby kandydatów w wyborach na prezydenta USA miały zebrać w sumie niemal 2 mld dol. Czymże przy tym jest 100 tys. dol., które Rosjanie wydali na reklamy na FB, które miały dotrzeć do dziesiątek milionów Amerykanów? To zaś oznacza, że nie tylko koszt reklam, ale również koszt ingerencji w kampanie wyborcze się obniżył.

Oczywiście najważniejsze pozostaje pytanie, dlaczego Rosjanie chcieli wspierać Donalda Trumpa. Ale może trzeba to rozumowanie odwrócić – może wcale nie chodziło o samego Trumpa, który, jak widać, okazał się mało sterowalny, nawet dla swoich doradców. Może kampania wyborcza w USA miała być tylko poligonem, na którym Rosjanie chcieli przećwiczyć mechanizm wpływania na wyniki wyborów w erze mediów społecznościowych i być może w ten sposób zachwiać wiarę zachodniego świata w sens procedur demokratycznych? Jedno jest pewne: w tej rozgrywce Rosjanie nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL