fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Namgay Zam: Bhutan pozbawiony sprawiedliwości

Facebook
O pierwszej w historii Bhutanu sprawie sądowej o zniesławienie, problemach bhutańskiej młodzieży i zmaganiach kraju, który dopiero otwiera się na świat, z bhutańską dziennikarką i aktywistką rozmawia Ewa Gajewska.

Rz: Czego dotyczyła sprawa doktor Shachy Wangmo?

Namgay Zam: Spłaty długu. Zaciągnął go szwagier doktor Shachy u bogatego biznesmena, Sonama Phuntsho, teścia prezesa Sądu Najwyższego. Niespłacony dług szybko urósł o kilkaset procent, więc siostra dr Shachy miała na poczet jego spłaty zastawić rodzinną nieruchomość. Kobieta w niewyjaśnionych do dziś okolicznościach zniknęła i do tej pory się nie odnalazła. Wtedy o całej sprawie dowiedziała się sama dr Shacha i jej matka. Ten bogaty biznesmen na dowód przedstawił odcisk kciuka, który przystawić miała matka obu kobiet na umowie sprzedaży nieruchomości. Odcisk został sfałszowany, co potwierdził później sąd, ale nieruchomość została już przejęta. Doktor Shachy Wangmo pozostała więc walka w sądzie.

Jak dowiedziałaś się o tej historii

Opowiedział mi ją mój znajomy. Powiedział, że muszę to usłyszeć i coś zrobić, bo nikt w Bhutanie nie chciał o tym napisać.

Dlaczego?

Bo rzecz dotyczyła prezesa Sądu Najwyższego, a właściwie jego teścia. Tylko tyle i aż tyle. Sprawa była kontrowersyjna i dość bezprecedensowa. Dziennikarze nie wiedzieli, jak o niej pisać.

Głosu nie zabrały ani gazety państwowe, ani prywatne? A telewizja?

Nie mamy w Bhutanie prywatnej telewizji. Państwowa istnieje dopiero od 1999 r. i ma tylko jeden kanał. Mamy w sumie 12 gazet, ale Bhutańczycy nie czytają zbyt wiele. Można by założyć prywatną telewizję, ale procedury są trudne i wszystko trwa strasznie długo. Poza tym władze nie chcą prywatnych kanałów. Twierdzą, że to za duże zagrożenie, bo może powstać stacja propagandowa kogoś, kto po prostu ma duże pieniądze. Poza tym rządzący są zdania, że Bhutańczycy nie są wystarczająco oczytani, aby odróżnić treści nadawane w telewizji prywatnej od tych w telewizji państwowej i że Bhutan nie jest gotowy na taką ilość kanałów telewizyjnych. Chodzi też pewnie o pieniądze, bo media publiczne zgarniają największe zyski z reklam. Poza tym, jeżeli nie jesteś dziennikarzem państwowej gazety, masz mniejszą rozpoznawalność, trudniej jest ci zdobyć temat czy dotrzeć do ciekawych historii.

Tobie jednak się udało.

Pracowałam wcześniej w państwowej telewizji, byłam rozpoznawalna. Poza tym jestem dziennikarką, więc postanowiłam spotkać się z doktor Shachą i wyrobić sobie własne zdanie na temat tej historii.

Uwierzyłaś jej?

Tak, bo na spotkanie przyniosła wszystkie dokumenty, widziałam dowody. Sądy też potwierdziły w międzyczasie pewne fakty. Po wysłuchaniu jej opowieści wiedziałam już, że żadna gazeta tego nie opublikuje. Podczas spotkania zaproponowałam jej więc, aby sama spisała tę historię, a ja udostępnię jej swój profil na Facebooku, który śledzi blisko 40 000 osób.

Ani przez chwilę nie czułaś lęku?

Oczywiście, że się bałam. Thimphu, stolica Bhutanu, to małe miasto, wszyscy się znają. Poza tym mój wujek ma wspólnego znajomego z prezesem Sądu Najwyższego, a ja sama znam jego córkę. Wiedziałam więc, że mogę spalić ze sobą wiele mostów, a część przyjaciół może nie chcieć mieć ze mną później kontaktu. Mimo to postanowiłam walczyć o wolność.

Jaki wpływ na twoją postawę miał pobyt na stypendium w Stanach?

Mieszkając w USA, myślami byłam cały czas i tak w Bhutanie. Zastanawiałam się, w jaki sposób będą się zmieniały nasze media i jak mogę się przyczynić do ich rozwoju. Miałam prawdziwą obsesję na tym punkcie. W USA kluczową kwestią było to, jak zainteresować odbiorcę. W Bhutanie pierwsze pytanie, jakie sobie zadajesz, brzmi: czy w ogóle mogę się zająć danym tematem. Wróciłam ze Stanów z nową energią, chciałam działać. A dostałam od razu w twarz sprawą o zniesławienie.

Pierwszą sprawą o zniesławienie w historii Bhutanu.

Dokładnie. Kiedy opublikowałam historię dr Shachy Wangmo, teść prezesa Sądu Najwyższego Sonam Phuntsho wściekł się, podobnie jak sam prezes. Postanowili więc dać nam nauczkę.

Skąd o tym wiesz?

Słyszałam od ludzi, że prezes chodzi po mieście i oskarża mnie o brak profesjonalizmu. Doszły mnie również słuchy, że na spotkaniu z sędziami, na którym był również ten, który prowadził naszą sprawę, prezes powiedział, że trzeba nas przykładnie ukarać. Osądził mnie, zanim poznał wszystkie fakty.

Twój post, w którym opisywałaś sprawę dr Shachy Wangmo, został udostępniony kilka tysięcy razy; komentarze pod nim były dla twojego przeciwnika druzgoczące. Przy okazji wyszły na jaw poprzednie historie jego oszustw. Wspominane były nawet raporty WikiLeaks, gdzie sugerowano, że może on zajmować się przemytem ludzi do USA. Spodziewałaś się tak wielkiego odzewu?

Spotkałyśmy się dzień przed publikacją, dr Shacha była nastawiona dość sceptycznie. Czuła się oszukana. Powiedziała nawet, że nie chce opowiadać swojej historii ponownie, a ja mogłam jej powiedzieć tylko tyle, że nie wiem, czy publikacja przyniesie jakikolwiek skutki. Miałam nadzieję, że więcej osób będzie mogło poznać prawdę, że uda nam się wywrzeć jakąś presję na sądy.

Wiedziałam, że biorę na siebie duże ryzyko. Nawet nie jako dziennikarka, ale jako osoba prywatna. Zanim więc wcisnęłam przycisk enter, poszłam porozmawiać z mamą, chociaż zazwyczaj nie mówię jej o moich zawodowych problemach. Mama się rozpłakała; wiedziała, że ta sprawa odciśnie się piętnem na naszej rodzinie, ale powiedziała też, że nie może mi tego odradzić, bo gdyby to, co spotkało dr Shachę, dotyczyło naszej rodziny, chciałaby, aby ktoś się tym zajął.

Jak wyglądał proces? Podobno nie miałaś prawnika?

Żadna z nas nie miała. Nikt nie chciał się zająć naszą sprawą, musiałyśmy bronić się same. Uwierzysz, że nie mogłyśmy nawet znaleźć osoby, która zgodziłaby się przetłumaczyć dokumenty? Według prawa wszystkie dokumenty miały być w języku dzongkha, oficjalnym języku Bhutanu, podczas gdy ja lepiej komunikuję się po angielsku. Bhutan to kraj wielojęzyczny. W końcu ktoś zgodził się w sekrecie dokonać tłumaczenia.

Jaki był finał procesu?

W dniu, w którym sędzia miał ogłosić wyrok, sprawa o zniesławienie została wycofana. Sonam Phuntsho powiedział, że jest już usatysfakcjonowany, bo wyrok sądu w sprawie samej nieruchomości okazał się dla niego korzystny, więc wycofał swoje oskarżenie wobec mnie.

A ty jakiego werdyktu się spodziewałaś?

Na pewno niekorzystnego dla nas. Tak też wynikało zresztą z informacji przekazywanych mi przez moje źródła.

Poczułaś więc chyba ulgę?

Byłam wściekła. Przeżyłam sześć miesięcy koszmaru, straciłam przyjaciół, mnóstwo energii, a na koniec coś takiego! To była strata czasu. Przecież Phuntsho założył sprawę o zniesławienie, więc jeśli teraz ją wycofuje, to powinien przyznać jednocześnie, że nie doszło do zniesławienia, czyli że napisałam prawdę. Po tym wszystkim poczułam, że muszę od tego uciec, od całej tej obrzydliwości.

To dlatego zdecydowałaś się wyjechać z kraju?

W całym Bhutanie nie było osoby, która byłaby w tej sprawie neutralna. Wszyscy wydawali mi się hipokrytami. Musiałam wyjechać, żeby znów uwierzyć w ludzi.

Czym się teraz zajmujesz?

Jestem zastępcą redaktora w startupie mediowym Onward Nepal. Nigdy nie pracowałam w mediach elektronicznych, to dla mnie nowość. Poza tym ludzie w Nepalu pracują aż sześć dni w tygodniu! (śmiech)

Masz wrażenie że sprawa, którą opisałaś, zmieniła Bhutan?

Nie wiem. Dom Shachy Wangmo został, pomimo naszej walki, zlicytowany. Ludzie mówią jednak, że pokazałam im, że można krytykować władzę, a nawet prezesa Sądu Najwyższego. Że są normalnymi ludźmi, a nie bogami, którym wszystko wolno. Pokazałyśmy, że władzę można kontrolować. Nie można więc powiedzieć, że poniosłyśmy kompletną klęskę.

A ciebie ta sprawa jakoś zmieniła?

Na pewno straciłam dużo wiary w ludzi i poznałam ciemną stronę Bhutanu. Dzięki temu szybko dorosłam. Mam 31 lat, a czuję się, jakbym była starsza o dekadę. Wiesz, Bhutańczycy nie lubią ludzi, którzy nie podążają ustalonym szlakiem, próbują iść własną drogą. Wiele osób mówi, że teraz będzie mi trudno znaleźć pracę w Bhutanie. Dziennikarze w Bhutanie mieli przy okazji mojego procesu szansę na przesunięcie granicy; pokazanie, że mogą sobie pozwolić na więcej. Zamiast ją wykorzystać, zostawili mnie samą.

Kiedy jestem w Bhutanie, za każdym razem dziwi mnie fakt, że ludzie otwarcie krytykują władze, chociażby za korupcję, a równocześnie okazują uwielbienie dla króla.

Jesteśmy narodem rojalistów. Postrzegamy naszych władców jako oświeconych i łaskawych. Dopiero kiedy pojawiła się demokracja, afera korupcyjna goni aferę. Rodzina królewska cieszy się ogromnym szacunkiem. Zawsze, kiedy dzieje się coś złego, ludzie zwracają się do króla, jego pytają o zdanie, bo jest uważany za nieomylnego. Choć oczywiście krytykowaliśmy decyzję króla, który postanowił wprowadzić monarchię konstytucyjną. Mówił, że musi to zrobić, bo skąd Bhutańczycy mają mieć pewność, że władca zawsze będzie dobry i mądry. Ale mój król jest poza wszelką krytyką. Mogę krytykować władze, ale nie króla. Nigdy nie dał mi żadnych powodów, aby to zrobić.

Wiele osób na twoim profilu na Facebooku sugerowało, że to ty powinnaś kiedyś zostać premierem Bhutanu.

Nie chcę mieć nic wspólnego z polityką. Nigdy nie chciałam pracować w administracji, choć to marzenie większości młodych ludzi. Ta praca daje poczucie bezpieczeństwa – ubezpieczenie i pewną pensję na koniec miesiąca. Sektor prywatny nie jest jeszcze tak rozwinięty. W Bhutanie bezrobocie jest na poziomie 2 proc. Mimo to młodzi zmagają się z podobnym problemem, jak w innych rozwijających się państwach: każdy pracodawca chce doświadczonego pracownika a oni, choć mają kwalifikacje, bo pokończyli dobre szkoły, nie mają doświadczenia. Poza tym jest masa innych problemów: alkoholizm, narkotyki. Wiesz, że według Światowej Organizacji Zdrowia mamy jeden z najwyższych odsetków samobójstw w stosunku do liczby mieszkańców?

To może być zaskakująca wiadomość dla kogoś, kto kojarzy Bhutan tylko i wyłącznie z polityką Szczęścia Narodowego Brutto (instrument, za pomocą którego jakość życia mierzona jest w sposób całościowy, a nie tylko, jak w przypadku wskaźnika PKB, ekonomiczny – przyp. red.), zapoczątkowaną ponad 30 lat temu przez ojca obecnego króla. To państwo kojarzy się ludziom raczej z magiczną krainą Shangri-la w środku Himalajów, gdzie ludzie żyją w harmonii z naturą, szczęśliwi i nieskalani zdobyczami cywilizacji.

No tak, w końcu żyjemy w kraju buddyjskimi, więc powinniśmy być szczęśliwi (śmiech). Ale wielu młodych ludzi wcale tak nie uważa. Naszym rodzicom było łatwiej, bo nie mieli jak kwestionować swojej tożsamości. Nie było telewizji, radia, internetu i telefonów. Teraz dużym problemem jest to, że rodziny coraz częściej nie mieszkają razem, młodzi nie chcą zostawać na wsiach, mieszkają w miastach z krewnymi. Rodzice tracą nad nimi kontrolę. Dużym problemem jest bieda, którą widać na ulicach. Młodzi mają problemy ze swoją tożsamością, z przynależnością narodową, inaczej niż kiedyś postrzegają to, kim powinni być jako Bhutańczycy. Trochę jak w latach 70. w USA, kiedy zbuntowało się młode pokolenie Amerykanów. Tak samo jest teraz w Bhutanie: młodzi ludzie szukają własnej drogi. To ma też związek z dostępem do technologii, każdy chce być kimś. Jeśli nie jesteś kimś, nie jesteś nic wart.

To chyba nie jest najłatwiejsze w tak kolektywnym jak wasze społeczeństwie?

W Bhutanie nie ma tradycji koncentrowania się na „ja" i to ma bezpośrednie przełożenie na nasze zdrowie psychiczne. Ludzie nie wiedzą, jak sobie z tym radzić. Poza tym mówienie o sobie postrzegane jest jako słabość. Jeśli dzieje się coś złego, młodzi nie mają z kim porozmawiać, chociażby o nadużyciach, maltretowaniu, depresji czy swojej orientacji seksualnej. Mamy dużo problemów z chorobami psychicznymi, schizofrenią, chorobą dwubiegunową i nie wiemy jeszcze, jak sobie z tym radzić. Dlatego chcę się zająć prewencją samobójstw. Już teraz prowadzę stronę o zdrowiu psychicznym, planuję też utworzenie całodobowej gorącej linii.

Tak widzisz teraz swoją rolę?

Chciałabym, aby o zdrowiu psychicznym mówiono w moim kraju normalnie, bez tabu, aby młodzi ludzie mieli poczucie, że nie muszą być na siłę szczęśliwi.

A skąd ta presja, że muszą?

Ze społeczeństwa. Dla Bhutanu to specyficzny czas, czas próby. Zostaliśmy wystawieni na działanie świata, gdzie myśli się tylko o sobie. Polityka Szczęścia Narodowego Brutto polega na tym, aby szukać harmonii między kolektywem a indywidualizmem. Mamy dobre podstawy, własną filozofię. Jestem bardzo dumna z bycia Bhutanką. Gdybym dostała szansę ponownych narodzin, wybrałabym Bhutan. ©?

Namgay Zam urodziła się w 1985 r. w Nepalu. Jest bhutańską dziennikarką i aktywistką. Karierę dziennikarską rozpoczynała w 2007 r. jako prezenterka radiowa. Pracowała m.in. jako redaktorka i prezenterka programu bhutańskiej telewizji publicznej (BBS), w gazecie „Business Bhutan" oraz w stacji radiowej Radio Valley. Prowadzi stronę www.namgayzam.com.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA