fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Adolf Hitler był lewakiem – twierdzi Piotr Zychowicz. Czyżby stracił kontakt z rzeczywistością?

Poglądy Adolfa Hitlera były nad wyraz eklektyczne, różnorodne i pojemne. Był doskonałym populistą i trybunem ludowym wcielającym w życie zasadę „dla każdego coś miłego”; odkrywając zarazem manipulatorską podatność szerokich mas na różne chwytliwe hasła
AFP, Roger-Viollet
Tygodnik „Do Rzeczy", jak i reklamowana przezeń książka Piotra Zychowicza „Niemcy" promuje tezę, która nie tylko jest nie do obrony, ale też może być zwyczajnie szkodliwa. Tu wszystko może się łączyć ze wszystkim, za nic mając wieloletnie badania naukowe.

Hitler był lewakiem! – ogłosił ustami Piotra Zychowicza tygodnik „Do Rzeczy" w wydaniu z 28 sierpnia tego roku. Sensacyjna i skrajnie kontrowersyjna okładkowa teza bazująca wyłącznie na eksploatowaniu wielkich kwantyfikatorów ma najwyraźniej poprawić gwałtownie spadającą sprzedaż tygodnika. Trudno nam uwierzyć, żeby ktokolwiek poza samym autorem tekstu, który chyba kompletnie stracił kontakt z rzeczywistością, mógł tak ahistorycznie i jednostronnie podejść do historii doktryn politycznych.

Należy też dodać, iż w całej tej dyskusji nie chodzi o to, by arbitralnie przypisać wodza III Rzeszy do jakiegokolwiek nurtu politycznego. Już samo pytanie – czy był on prawakiem czy lewakiem (na marginesie to „nazewnictwo" wprowadza nas w bardzo infantylne rejony), jest absurdalne i pokazuje, że z żadną choćby prowokacyjną debatą intelektualną nie mamy tu do czynienia. Przykro to stwierdzić, ale autor ciekawej „Opcji niemieckiej" tak stawiając sprawę, udowadnia nam, że kompletnie nie wie albo udaje, że nie wie, na czym w XX wieku polegał fenomen Adolfa Hitlera.

Wydawałoby się, że każdy średnio rozgarnięty absolwent studiów historycznych orientuje się, że Hitler czerpał z różnych potencjałów ideologicznych; że poglądy, jakie głosił, były nad wyraz eklektyczne, różnorodne i pojemne. A kluczem do zrozumienia jego „uwodzicielskiej" filozofii było to, że okazał się doskonałym populistą i trybunem ludowym wcielającym w życie zasadę „dla każdego coś miłego"; odkrywając zarazem manipulatorską podatność szerokich mas na różne chwytliwe hasła – począwszy od rewizji traktatu wersalskiego, antysemityzmu i antykomunizmu, silnej retoryki socjalnej, na mistycznym nacjonalizmie podlanym aryjską legendą o rasie panów skończywszy.

Hitler lewak, Stalin prawak

Dlaczego wiec „Hitler był lewakiem"? Według Zychowicza to banalnie prosta – lewakiem jest każdy zwolennik ingerencji państwa w gospodarkę. Autor „Obłędu '44" następnie podaje przykłady rozbuchanego etatyzmu III Rzeszy, mówiąc przy tym, że to rozwiązania wprost ściągnięte ze Związku Radzieckiego.

Te rewelacje to klasyczne przejawy historycznego postmodernizmu. Przede wszystkim definicja, którą Piotr Zychowicz określa „prawicę", sprawia, że w najlepszym wypadku moglibyśmy tym mianem określić politykę „ojców założycieli" z czasów wojny o niepodległość USA (sprzeciw wobec niesprawiedliwych podatków) i być może politykę Margaret Thatcher i Ronalda Reagana. Ta dwójka prawdopodobnie byłaby u Zychowicza na cenzurowanym. Wszak Żelazna Dama podczas swoich pierwszych rządów podniosła podatki, np. VAT do 15 proc. (cóż za lewaczka!), a Reagan wydawał publiczne, bo przecież nie własne, pieniądze na wyścig zbrojeń ze Związkiem Radzieckim (ewidentny lewak!).

Stosując wręcz korwinowską definicję „lewicy", wkrótce okaże się, że łapią się na nią niemal wszyscy, a sam autor nowego podziału wzorem albańskiego dyktatora Envera Hodży ogłasza siebie „ostatnim prawicowcem na świecie". To oczywiście żart, ale odsłaniający kulisy drugiego problemu. Pojęcia, którymi posługuje się Zychowicz, są do tego stopnia nieostre i płynne (czyżby redaktor „Do Rzeczy" zafascynował się pewną książką Zygmunta Baumana?), że można ich używać dowolnie, wobec wszystkiego i wszystkich.

Idealnie można to dostrzec, zapoznając się z jednym z wywiadów, które znalazły się w „Niemcach". W rozmowie Zychowicza z Ianem Kershawem (autorem monumentalnej i niezwykle ważnej heurystycznie biografii Hitlera) autor przeprowadza swoistą sondę na temat Führera. Pada szereg pytań o to, czy Hitler był wegetarianinem, ateistą, miłośnikiem zwierząt, żyjącym nomen omen na kocią łapę z Ewą Braun? Doprawdy, zabrakło jedynie pytania o to, czy lubił jeździć na rowerze (i odpowiedzi: nie, wolał dywizje pancerne), żebyśmy otrzymali opis najbardziej „stereotypowego lewaka". W tym momencie (przez moment naśladując zychowiczowski postmodernizm) moglibyśmy zapytać, czy w takim wypadku Stalin wielbiący wielkoruski nacjonalizm, eliminujący sukcesywnie wszystkich internacjonalistycznych bolszewików na czele z Trockim, chwalący w prywatnych rozmowach z Dymitrowem carski imperializm i Iwana IV Groźnego był prawakiem?

Symetryzm na całego

Idźmy dalej tym tropem, gdyż kolejnym zagadnieniem woluntarystycznej „ballady o Hitlerze lewaku" jest znak równości pomiędzy III Rzeszą i ZSRR, który Piotr Zychowicz próbuje z uporem godnym lepszej sprawy stawiać już od czasu debiutanckiego „Paktu Ribbentrop-Beck". Dotyczy to zarówno polityki wewnętrznej, jak i zewnętrznej obu państw. Zychowicz jednym tchem wylicza podobieństwa między bolszewicką Rosją i hitlerowskimi Niemcami: gestapo było kopią Czeki, obozy koncentracyjne to lustrzane odbicie łagrów, na dodatek oba państwa były monopartyjne, a Hitler i Stalin lubowali się w defiladach wojskowych.

Porównanie reżimu Stalina i Hitlera nie jest przecież niczym nowym, znaleźć je można w książkach uznanych historyków, takich jak „Dyktatorzy. Hitler i Stalin" Richarda Overy'ego czy „Hitler i Stalin. Żywoty równoległe" Allana Bullocka. Schody zaczynają się wraz z tezą, jakoby obaj dyktatorzy ramię w ramię walczyli w imię radykalnej socjalistycznej rewolucji, a Hitler jedynie „kreował się na rasowego antykomunistę". I znowu ciśnie nam się na usta ironiczna uwaga, że z pewnością to ta „kreacja" sprawiała, że odpowiedzialnych za klęskę Niemiec podczas I wojny światowej przyszły Führer uznał m.in. właśnie komunistów.

Pewnie ta sama „kreacja" popchnęła go do stworzenia 5 listopada 1936 roku – wymierzonego w ZSRR – „paktu antykominternowskiego". Inną sprawą jest brak konsekwencji Zychowicza w ustaleniu tak podstawowej kwestii, jak stosunek III Rzeszy do Polaków. Z jednej strony, rzecz oczywista: Hitler szanował Piłsudskiego, respekt budziła w nim wiktoria roku 1920. To wystarcza Zychowiczowi, żeby zupełnie uwierzyć w uczciwość oferty wspólnego ataku na Związek Radziecki, którą III Rzesza składała Polsce. Według historyka Niemcom zależało na zdobyciu „lebensraum" – przestrzeni życiowej, wyłącznie na terytorium ZSRR. Gdyby Polska zgodziła się na ustawienie niemieckich wojsk na swojej wschodniej granicy, te z pewnością nie dokonałaby żadnej frondy pod Warszawą, tylko karnie kontynuowały marsz w głąb Kraju Rad.

Ponadto Zychowicz nie przyjmuje do wiadomości istnienia takiego dokumentu jak Generalny Plan Wschodni (Generalplan Ost). To dzieło Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy zakładało ni mniej, ni więcej zagładę (to słowo, z którym autor ma osobne problemy) Żydów i dużej części Słowian (z czego 80 proc. było wówczas Polakami) oraz germanizację „elementów wartościowych rasowo". W tym miejscu Piotr Zychowicz pewnie podniósłby larum, że mówimy o dokumencie z 1941 roku. Tak jakby Adolf Hitler nie zakładał podobnych rozwiązań na kartach swojego opus magnum 16 lat wcześniej.

Przypomnijmy zatem: hitleryzm był obliczony na eksterminację, także Polaków. „Mein Kampf" nie pozostawia w tym względzie najmniejszych złudzeń. Nikt też z uznanych historyków nie podważa dwóch kluczowych celów Hitlera, z którymi przystępował do wojny – zniszczenia raz na zawsze „największych burzycieli europejskiej kultury, czyli międzynarodowego żydostwa" i stworzenia „życiodajnej dla Niemców przestrzeni na wschodzie". A skoro tak, to jaki w tej układance byłby los Polski, jeśli dążenia te były dla nazistów czymś w rodzaju ideologicznej krucjaty czy wręcz dziejowej misji? Czy naprawdę trzeba te oczywiste oczywistości powtarzać?

Obsesje germanofoba

Na wszelki wypadek powiedzmy, że tytuł pracy Piotra Zychowicza w żaden sposób nie koresponduje z książką Leona Kruczkowskiego pod tym samym tytułem. „Niemcy" to kolejna pozycja autora z serii „Opowieści niepoprawne politycznie" po „Żydach" i „Sowietach". Tytuł wpisuje się w wojenkę wypowiedzianą terminowi „naziści". W tym miejscu Zychowicz ma rację, gdy obawia się skutecznej i jak najbardziej teraźniejszej niemieckiej polityki historycznej coraz lepiej zamazującej odpowiedzialność „Niemców" na rzecz „nazistów" za wybuch i zbrodnie III Rzeszy. Niestety, sprawa nie jest wymyślona i bardzo chcielibyśmy się w tym względzie mylić, ale niełatwo od tak machnąć ręką na artykuły z poważnej gazety jaką jest „Der Spiegel", w której to głosi się, iż winnymi zbrodni Shoah są nie tylko Niemcy, ale także wielu kolaborujących z nimi przedstawicieli innych europejskich narodów. W tym względzie swoją odpowiedzialność, co podkreślają niemieccy autorzy, mają również Polacy. Jak dobrze wiemy, toczy się w Polsce gorąca dyskusja o naszych grzechach wobec żydowskich współobywateli – jednak w niemieckich ustach brzmi to co najmniej dwuznacznie.

Dorzućmy i inne przykłady – czy nie powinna budzić w nas przynajmniej zdziwienia lansowana w Niemczech teza, że podstawową przyczyną wybuchu II wojny światowej był traktat wersalski, brutalnie traktujący republikę weimarską po I wojnie światowej? Albo tez, które można przeczytać czasem w niemieckich tygodnikach, że mamy w swej istocie do czynienia z historią jednej wielkiej wojny z przerwą na dwudziestoletni rozejm? Najlepiej jednak rewizjonistyczne tendencje widać w niemieckiej popkulturze, zwłaszcza w filmie. Znaną wisienką na torcie jest głośny serial ZDF „Nasze matki, nasi ojcowie". Ale można wymienić także inne produkcje wyraźne „ocieplające" niemiecką przeszłość doby II wojny światowej. Wymieńmy kilka najbardziej znanych, zarazem świetnie zrealizowanych pod względem filmowego rzemiosła obrazów. Są to: „Upadek" Olivera Hirschbiegela, „Stauffenberg" Jo Baiera, „Gustloff – rejs ku śmierci" Josefa Vilsmaiera czy „Kobieta w Berlinie" Maksa Färberböcka.

Gdyby jednak Piotr Zychowicz chciał rzeczywiście pisać o krzywdzącej polityce historycznej Republiki Federalnej Niemiec i miał szczerą potrzebę poważnie pochylić się nad zagadnieniem „pokoleniowej" zmiany paradygmatów w niemieckiej popkulturze, z pewnością napisałby zupełnie inną książkę. Tymczasem „Niemców" otwiera rozmowa z południowoamerykańskim historykiem Casprem W. Erichsenem na temat niemieckich zbrodni popełnianych na terenie dzisiejszej Namibii w 1904 roku. Trudno nie domyślić się, że wydarzenia z początku wieku mają być złowrogą zapowiedzią piekła, które spotka Europę niemal czterdzieści lat później.

Z tej opowieści wyłania się obraz permanentnie krwiożerczych Niemców, trochę jak z komunistycznego plakatu, w którym peerelowscy propagandziści kazali Konradowi Adenauerowi zakładać krzyżacką tunikę, by toczył „krucjatę przeciwko Polsce". A przecież zbrodnie kolonialne dokonywane w Afryce dotyczyły zarówno Niemców, jak i Brytyjczyków, choć przed nimi wszystkimi powinniśmy wymienić Belgów i ludobójstwo w Kongu. Pomnik Leopolda II stojący kilka przecznic od budynku Parlamentu Europejskiego nie spędza jednak snu z powiek Piotra Zychowicza.

Autor „Niemców" zdaje się zapominać, że przyczyną europejskiego kolonializmu był prymitywnie rozumiany darwinizm społeczny. Był on jednak obsesją i grzechem całej Europy, także w jakimś sensie Polski. Doskonale opisuje to Grzegorz Krzywiec w książce „Szowinizm po polsku. Przypadek Romana Dmowskiego". Podobnym przykładem jest rozmowa Zychowicza z prof. Wendy Lower zatytułowana „Sadystki spod znaku swastyki". Opis zdziczenia zarówno mężczyzn, jak i kobiet podczas wojny mógłby być jak najbardziej interesujący. Problem polega na tym, że autor „Paktu Ribbentrop-Beck" zachowuje się tak, jakby nie wiedział o istnieniu tekstów ani Hannah Arendt, ani Karla Jaspersa. I tak nad każdym słowem wydrukowanym w książce ciążą demoniczni „Niemcy" – od zawsze wrodzy, od zawsze źli.

Triumf postmodernizmu

Największą jednak trudnością, wręcz niebezpieczeństwem, jakie niesie ze sobą artykuł Zychowicza o „lewaku Hitlerze", jest całkowita banalizacja opisywanej postaci, która przecież powinna być dla wszystkich przestrogą i nigdy niekończącym się ostrzeżeniem. To, że Zychowicz lepi sobie Hitlera jak z gliny, ostatecznie bowiem szkodzi wszystkim – liberałom, lewicowcom, także, wydawałoby się, bliskim jego sercu konserwatystom. Dla merkantylnego zysku, a także politycznej satysfakcji „dokopania lewakom" wypreparowuje Hitlera z jego złowrogiej i krwawej wyjątkowości. A przecież nie da się zrozumieć historii „tysiącletniej" Rzeszy i zbrodni państwa hitlerowskiego, analizując je w ogniu politycznej bieżączki, doraźnych przepychanek kto kogo i rywalizacji prawica kontra lewica. Nie o to tu chodzi!

Warto w tym miejscu przytoczyć bardzo dobre podsumowanie postmodernistycznych wyczynów naczelnego „Do Rzeczy. Historia" autorstwa prof. Anny Wolff-Powęskiej, autorki książki „Pamięć – Brzemię i uwolnienie. Niemcy wobec nazistowskiej przeszłości (1945–2010)": „Rzeczywiście, Hitler – mówi w udzielanym niedawno wywiadzie – w pewnym momencie fascynował się bolszewizmem. Tak, był antyliberalny. Ale też był antykomunistyczny i antydemokratyczny. Antysemityzm pasował mu najbardziej do »trzeciej drogi«, bo odrzucał zarówno żydowski kapitał, jak i żydowski komunizm. Przy czym nie należy zapominać, że cała kampania wyborcza nazistów i ich działania podczas II wojny światowej były wspierane przez wielki kapitał. Hitler łączył ze sobą mnóstwo sprzeczności, by gloryfikować naród. Zychowicz w swoim tekście pominął – nie wiem, czy świadomie czy z niewiedzy – to, co dla Hitlera było najważniejsze. Nie wspomniał mianowicie o ideologii volkizmu, pojęcia nieprzetłumaczalnego na żadne języki. Mieścił się w nim mistycyzm, wiara w międzypokoleniową więź Niemców oraz więź z naturą, krajobrazem, ziemią niemiecką, nawiązanie do germańskiej religii, konieczność poszerzenia przestrzeni życiowej, wyższości rasy aryjskiej, wreszcie odrzucenie tego, co obce duchowi germańskiemu – semickiej rasy. Cóż to ma wspólnego z lewicowością?".

O czym tu rozmawiać?

Na tym etapie sporu z tezami Piotra Zychowicza jeśli ktoś chciałby jeszcze z nimi polemizować bądź dyskutować, szybko zostanie zniechęcony. Niestety, pod koniec feralnego artykułu dla „Do Rzeczy" Zychowicz, raczej nie ironicznie, ale całkiem serio, określił Hitlera jako demokratę – „arcydemokratę, jak siebie sam nazywał". Jak zwykle w swym tekście publicysta stosuje pół, a nawet ćwierćprawdy. Zgoda, Adolf Hitler został kanclerzem III Rzeszy w sposób legalny, w 1933 roku koalicja NSDAP–DNVP uzyskała ponad 40 proc. głosów. Nie zamierzamy jednak marnować swojego i państwa czasu, przepisując licealne podręczniki do historii, by opisać raz jeszcze to, co wydarzyło się później.

Jedyne pytanie, które po zaserwowaniu niniejszej myśli pozostaje w mocy, brzmi: co się stało z redakcją „Do Rzeczy"? Czemu nikt nie wstrzymał publikacji i nie uniknięto kompletnej kompromitacji? Czy w imię taniej sensacji naprawdę warto publikować wszystko? A może zychowiczowska rewolucja postmodernistyczna zatriumfowała i teraz można napisać już dowolną półprawdę o najnowszych dziejach, byleby polityczne zapotrzebowanie się zgadzało. Wciąż żywimy nadzieję, że tak nie jest, także dlatego, by normalny polityczno-historyczny dyskurs między różnymi środowiskami, między lewicą a prawicą, mógł się toczyć. Pseudonaukowe teorie o „lewaku Hitlerze" nie są do tego w ogóle potrzebne.

Mikołaj Mirowski jest historykiem i publicystą, pracuje w Domu Literatury w Łodzi, w Muzeum Powstania Warszawskiego prowadzi cykl „Warszawa dwóch powstań". Jan Rojewski jest poetą, laureatem nagrody poetyckiej im. Rafała Wojaczka

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA