fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Carmen Maura: Czułam, że Almodóvar to geniusz

Getty Images
Różniło nas wszystko. Mieliśmy inne wspomnienia z dzieciństwa i inne zaplecze kulturowe. Ja byłam w gruncie rzeczy tradycyjna, on – potwornie nowoczesny. Ale od razu czułam w nim geniusza – opowiada Barbarze Hollender artystka Pedro Almodóvara Carmen Maura, hiszpańska aktorka.

Plus Minus: Czym dla pani jest aktorstwo?

Wszystkim. Zawodem. Zabawą. Nieustanną radością. Pasją. Życiem.

Podczas ostatniej edycji Europejskich Nagród Filmowych dostała pani trofeum za całokształt twórczości. Na scenie się pani rozpłakała.

Bo przeszłam długą drogę, żeby tę statuetkę odebrać. Postawiłam na jedną kartę. I dzisiaj czuję się spełniona. Miałam jednak bardzo skomplikowane życie. I trudny start.

Pani narzeka na start? Nie każdy przychodzi na świat w zamożnej, wpływowej rodzinie i ma takich pradziadków jak pani – z jednej strony hrabiego Fuenta, z drugiej słynnego malarza Bartolome Maurę, brata polityka Antonia Maury, który na początku lat 20. XX wieku był premierem hiszpańskiego rządu jedności narodowej.

A wie pani, co to znaczyło dla mnie i dla moich marzeń? Ja od dziecka chciałam grać. Nie bawiłam się lalkami, tylko pisałam sztuki i wystawiałam je z koleżankami. Niestety, w czasach mojego dzieciństwa w „wyższych" kręgach aktorki uznawano niemal za kobiety lekkich obyczajów. Dzisiaj nastolatka może powiedzieć: „Mamo, tato, to moja pasja", i oni zwykle ją wspierają. Kiedy ja wyjawiłam bliskim swoje marzenia, usłyszałam: „Chyba żartujesz! W naszej rodzinie nigdy nie było żadnej aktorki. To nie jest zajęcie dla przyzwoitej kobiety".

Jaki życiowy plan był odpowiedni dla damy?

Najpierw dobre wykształcenie, potem dobre małżeństwo. Bawić się w teatr mogłam więc jako kilkulatka. Ale kiedy miałam 16 lat, wybuchł skandal. Zaprosiłam na szkolny spektakl ojca. Wszyscy mnie za rolę chwalili, a od niego usłyszałam: „Nigdy więcej nie masz prawa w ten sposób się bawić". Więcej, zabronił mi nawet chodzić do teatru.

Paryska L'Ecole des Beaux-Arts, do której pani trafiła po maturze, nie była chyba traumatycznym wygnaniem.

Studiowałam literaturę i filozofię. Ale byłam już wtedy żoną. Wyszłam za mąż jako dziewiętnastolatka. Tak jak „wypadało". Za Francisca Fortezę – dobrze sytuowanego, kulturalnego prawnika. Urodziłam dwoje dzieci i życie wtłoczyło mnie w rolę właściwą dla „uczciwej" kobiety. A ja czułam, że nie umiem być ani dobrą żoną, ani dobrą matką, bo przede wszystkim jestem niespełnionym człowiekiem. To była katastrofa. W środku wszystko się we mnie buntowało i burzyło. Ciągnęło do innego życia. I nie wytrzymałam. Może pani wierzyć lub nie: pewnego dnia po prostu obudziłam się rano z mocnym postanowieniem: „Będę grać!".

Ale nie zapisała się pani na kursy aktorskie.

Jak się ma dwoje dzieci i 25 lat, to nie ma już na to czasu. Zaczęłam śpiewać w kabaretach, potem trafiłam do teatru. Wystąpiłam w jakichś krótkich filmach. I już wiedziałam, że tak musi być. Choć to była traumatyczna decyzja. Co się działo! Matka nie przestawała płakać, ojciec uznał mnie za nieodpowiedzialną idiotkę, brat wyzwał od prostytutek. Mąż w ogóle nie chciał ze mną rozmawiać, zresztą po roku się rozeszliśmy.

Nigdy nie żałowała pani swojej decyzji?

To trudne pytanie. Nie wyobrażam sobie życia bez aktorstwa, ale zapłaciłam za nie nieprawdopodobnie wysoką cenę. Zabrano mi dzieci. Procesowałam się z mężem dziesięć lat, bo hiszpańskie prawo stało po stronie mężczyzny. To był straszny ból, rana nie do zagojenia. Kochałam syna i córkę, miałam prawo patrzeć, jak rosną, mieć wpływ na ich dojrzewanie. Nie wiem, czy gdybym to wszystko wiedziała wcześniej, zdecydowałabym się na mój radykalny wybór. W pewnym momencie byłam strzępem człowieka. Ale z dzisiejszej perspektywy nie żałuję. Odzyskałam szacunek dzieci, mam fajne wnuki. I życie, które sobie wymarzyłam.

Podobno na początku kariery myślała pani wyłącznie o teatrze. A jednak sławę przyniosło pani kino. Pedro Almodóvar, Carlos Saura, Fernando Trueba, Alex de la Iglesias, Francis Ford Coppola, André Téchiné, Philippe Le Guay – to tylko niektórzy reżyserzy, z którymi pani współpracowała.

To prawda. Na początku kariery nie sądziłam, że kiedykolwiek tak się stanie. Wtedy film i teatr to były dwa różne zajęcia. Aktorka filmowa musiała być piękną blondynką z nieprawdopodobnie szczupłą talią. A ja byłam daleka od takiego wizerunku. A jednak los sprawił, że stanęłam przed kamerą. I zakochałam się w niej. Po pierwszym swoim dniu zdjęciowym poczułam się tak, jakby ona była moją najbliższą osobą. Niemal siostrą.

Na wiele lat stała się pani „aktorką Almodóvara". Od 1978 roku, przez dekadę nakręciliście razem osiem filmów: od „Rżnij mnie, rżnij mnie, rżnij, Tim!" przez „Uroczą rozwiązłość", „Matadora" i „Prawo pożądania" aż do „Kobiet na skraju załamania nerwowego". To już dzisiaj legenda kina.

Obejrzałam niedawno dokument „Ay, Carmen!", który zrobił o mnie Fernando Mendez-Leite. Z zażenowaniem i zmieszaniem, bo kim ja jestem, żeby o mnie robić filmy? Ale przyjemnie było słuchać miłych rzeczy, jakie mówili ludzie, z którymi zetknął mnie los. A Pedro powiedział szczerze: „Ona mnie odkryła". I wie pani co? Miał trochę racji! Dzisiaj nikt o tym nie pamięta, ale kiedy się spotkaliśmy, ja byłam już aktorką Teatru Narodowego i miałam sporo doświadczeń serialowo-filmowych, a on dopiero zaczynał. Kiedy przyjęłam rolę w jego debiucie „Rżnij mnie, rżnij, rżnij, Tim!", znajomi pytali: „Po co ci to?". Tymczasem ja już wtedy czułam w nim geniusza. Ale fakt: to cud, że tak się porozumieliśmy.

Dlaczego?

Różniło nas wszystko. Mieliśmy inne wspomnienia z dzieciństwa i inne zaplecze kulturowe. Ja byłam w gruncie rzeczy tradycyjna, on – potwornie nowoczesny. Ale sporo mu pomogłam, a on wciągnął mnie w swój madrycki, nocny świat. A wie pani, co nas łączyło? Poczucie humoru.

I pewnie wrażliwość na świat, którą było widać na ekranie.

Myśmy się z tym światem nieustannie mierzyli. A może inaczej: przetwarzaliśmy go, szukając w kinie lekarstwa na własny ból. Na stracone miłości, na poczucie inności, na samotność. W kinie byliśmy piękniejsi i bardziej odważni. Pozwalaliśmy sobie na doświadczenia, które w rzeczywistości by nas zniszczyły. Poza tym oboje wtedy czuliśmy się w jakiś sposób odrzuceni. Ja przeżyłam swój wielki dramat rodzinny, on był gejem, który zaludniał ekran outsiderami, dziwakami, prostytutkami. I oni wszyscy mieli w sobie Pedra, ale też cząstkę mnie. Silnej kobiety, która może znaleźć się na zakręcie, ale przecież ma w sobie siłę, by pozostać sobą.

Sobą, czyli kim?

No, nie! Niech mi pani nie każe definiować siebie samej. Jestem, jaka jestem, i szkoda mi czasu na zastanawianie się, kim jestem, kim byłabym, gdyby... albo kim jeszcze mogłabym być, gdyby... Co ja mogę o sobie powiedzieć? Na pewno nie przypominam supermodelki i do tego mam coś z niemieckiego charakteru: jestem sumienna i punktualna. Ale decyzji, nawet ważnych, nie rozważam przez wiele dni. Podejmuję je pod wpływem impulsu, czasem w kilka chwil. Kiedy byłam w Stanach z filmem Pedra, krytyk z „New York Timesa" nazwał mnie „sexy gospodynią domową". Może miał rację? A może nie?

Jak na gospodynię domową, nawet sexy, była pani dość odważna. Nie bała się pani grać postaci kontrowersyjnych, takich choćby jak transseksualistka z „Prawa pożądania".

Znałam wielu takich ludzi, jeszcze z czasów, gdy jako bardzo młoda kobieta prowadziłam galerię sztuki. Potem ocierałam się o nich w szalonym okresie movida madrilena. Dla mnie zagranie w „Prawie pożądania" nie było więc niczym szczególnym. A Hiszpania, zwłaszcza wielkomiejska, mimo swojego katolicyzmu jest liberalna i pozbawiona uprzedzeń. To prawda, czasem jej tolerancja kończy się, gdy chodzi o najbliższych. Bo homoseksualistami mogą być „wszyscy, tylko nie mój syn". Ale i to się powoli zmienia. Grałam niedawno w przedstawieniu „The Swallow" – „La Golondrina". To piękna opowieść o matkach i synach. O ludziach, którzy zrozumieją, czasem za późno, co jest w życiu naprawdę ważne. Dostałam olbrzymie ilości listów. Kiedyś też podszedł do mnie młody człowiek i powiedział: „Po obejrzeniu pani spektaklu zadzwoniłem do matki, żeby jej powiedzieć, że ją kocham". I to się liczy. Uczucie. Prawda. Ważne, by to zrozumieć. Więc zagranie transseksualistki, transwestyty, geja czy lesbijki nie jest żadną odwagą. Poza tym każde spotkanie z Pedrem, który kocha życie i – sam będąc homoseksualistą – rozumie kobiety jak nikt inny, zawsze było twórcze i inspirujące.

A jednak po dziesięciu latach współpracy i przyjaźni, po wielkim sukcesie „Kobiet na skraju załamania nerwowego" wasze drogi się rozeszły.

W pewnym momencie różnice między nami okazały się jednak ważniejsze niż podobieństwa. Trudny temat.

Kiedy spotkaliście się po prawie 20 latach na planie „Volver", dawne sentymenty wróciły?

Wzruszyłam się, bo Pedro zaproponował mi zagranie osoby dla niego najważniejszej – matki. Przez tych 20 lat nie widzieliśmy się ani razu. Żadnej wspólnej kolacji, nawet kawy. A kiedy umówiliśmy się przed zdjęciami, nagle wiele wspomnień ożyło. Pamiętam, co mi wtedy powiedział: „Nic się nie zmieniłaś. Jako aktorka i jako człowiek. A ja jestem inny. Mniej szczęśliwy". Na planie od pierwszego dnia wróciły radość tworzenia i chemia. Choć Pedro najwięcej uwagi poświęcał Penelopie Cruz, nasza relacja aktorka–reżyser się nie zmieniła. Ale przyjaźni już nie było. Nie... Przez te lata się ulotniła.

Kino bez Pedra też przyniosło pani wiele świetnych ról. Europejskie Nagrody Filmowe czy hiszpańskie Goye dostawała pani za kreacje u Almodóvara, ale też u Saury czy Iglesiasa. Z drugiej strony zastanawia mnie, że tak utytułowana aktorka jak pani ogromnie często występuje w filmach debiutantów.

Uwielbiam to. Czytam wszystkie scenariusze, które dostaję, i jak coś mnie w nich zaciekawi, przyjmuję propozycję, nie zastanawiając się nad gażą, warunkami pracy i tym, czy mi się to „opłaca". Kontakt z nowymi pokoleniami artystów jest bezcenny. To często fantastyczni ludzie. Dzięki nim nie tetryczeję. Lepiej czuję współczesność, rozumiem inny sposób patrzenia na świat, poznaję lęki, jakie towarzyszą młodym dzisiaj. Poza tym uwielbiam debiutantów, bo zwykle robią filmy bardzo osobiste, mówią o tym, co ich boli i dotyka, a świat ze swoimi napięciami ich nie rozpieszcza. Dlatego zawsze chętnie zagram w ich filmach jakąś starą dziwaczkę, babcię czy kobietę walczącą z własnymi słabościami i samotnością. Albo zabawną, zwariowaną sąsiadkę, bo na stare lata coraz bardziej ciągnie mnie do komedii.

A co poradziłaby pani młodej dziewczynie, która – jak pani kiedyś – marzy, by zostać aktorką i chce grać w filmach?

Po pierwsze, żeby nie słuchała tych, którzy powtarzają, że na planie trzeba zachowywać się tak, jakby kamery w ogóle nie było. Bzdura! Ona jest. I trzeba mieć z nią dobre relacje, bo inaczej zachowa się w stosunku do ciebie jak nieznosząca cię macocha. Więc powiedziałabym: wyobraź sobie, że idziesz na przyjęcie. Spotykasz tam wyjątkowo atrakcyjnego faceta i strasznie chcesz przyciągnąć jego uwagę. Zacznij wszystko robić dla niego, ale nie patrz w jego stronę, bo jak będziesz natrętna, on się zniechęci. Mężczyzna nie szanuje kobiety, która mu się narzuca. Chce zdobywać. Dokładnie tak samo jest z kamerą. Robisz wszystko z myślą o niej, ale udajesz, że jej nie widzisz. A druga rada, ważniejsza: nie udawaj. W aktorstwie najważniejsza jest prawda. Możesz być superatrakcyjna i mieć najzgrabniejszy tyłek, jeśli poruszasz fałszywe nuty, ludzie to zauważą.

Jak wpływają na przemysł filmowy ruchy takie jak #metoo czy Time's Up?

Mam za sobą straszne doświadczenie. Jako 30-letnia kobieta we własnym domu zostałam zgwałcona przez nieznanego mężczyznę, który zadzwonił do moich drzwi. Kiedy zrobił swoje i wyszedł, roztrzęsiona wezwałam policję. Przyjechało dwóch facetów. Jeden z nich zadzwonił do kogoś: „To wygląda dość prawdopodobnie". Dokładnie tak powiedział: „dość prawdopodobnie". Najgorsze czekało mnie jednak później, gdy prokurator spytał: „Pani jest aktorką? To może chce pani w ten sposób zyskać rozgłos?". Już nie wiedziałam, co było gorsze: gwałt czy to upokarzające pytanie. Przeżyłam traumę i wiem, jak trudno ją przetrawić. A jednak zaraz powiem coś niepopularnego. Boję się tego, co się dzieje dzisiaj w przemyśle filmowym. Molestowanie kobiet jest karygodne, musi być niedozwolone i karane. Ale trzeba być bardzo ostrożnym, gdy słyszy się oskarżenia. Jeden z moich argentyńskich przyjaciół został posądzony o gwałt. Po jakimś czasie oskarżenie okazało się fałszywe, ale człowiek został zniszczony. Nie może się psychicznie podnieść. Trudno też doprowadzić do sytuacji, gdy na planie reżyser będzie bał się do aktorki uśmiechnąć czy spontanicznie poprawić jej przed ujęciem włosy. Nie można bać się każdego dotyku, bliskości, nawet żartu, żeby nie został źle zrozumiany.

Jest coś, co by pani w swoim życiu zmieniła, gdyby mogła je pani zacząć od nowa?

Lepiej wybierałabym mężczyzn, bo kiepsko mi z tymi miłościami szło. Jeden facet zabrał mi dzieci. Inny, z którym spędziłam prawie 15 lat, wydał wszystkie moje pieniądze, wziął pożyczki pod moje domy i upłynnił się, zostawiając mnie z kolosalnymi długami. Spłacałam je potem przez 20 lat. Dzisiaj jestem sama i bardzo mi z tym dobrze. Dzieci i wnuki są w Madrycie, widujemy się często. Ale na stałe mieszkam w Paryżu. Okna mojego mieszkania z jednej strony wychodzą na Opéra Bastille, z drugiej na wieżę Eiffla. Czuję się tu świetnie. Początki nie były łatwe, ale dzisiaj kocham atmosferę Paryża. A kiedy mam na to ochotę, jadę do domu na prowincji i nikogo nie muszę oglądać. Delektuję się ciszą.

Co jest najważniejsze w życiu?

Zależy od momentu, w jakim jesteś. Mam 73 lata. Trochę przeszłam. A im jestem starsza, tym częściej myślę, że najważniejsza jest wolność, która pozwala robić to, co się chce.

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA