fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Andrzej Brzeziecki: Czy Iran jest demokracją?

shutterstock
Sankcje i powrót do izolacji Iranu nie przysłużą się pokojowi na Bliskim Wschodzie. Straci na nich także Europa, która w Teheranie mogła znaleźć ważnego, choć trudnego, partnera.

Gdy dwa lata temu podróżowałem po Iranie, nie miałem poczucia, że odwiedzam kraj pogrążony w apatii, w którym wegetuje stłamszone przez władze społeczeństwo. Porozumienie nuklearne funkcjonowało już rok i można było odnieść wrażenie, że Irańczycy dzięki niemu oddychają swobodniej. Kraj otwierał się na świat. Złagodzono reżim wizowy (obywatele części krajów, w tym Polski, wizy mogli dostać na lotnisku), oczekiwano na podłączenie Iranu do światowego systemu bankowego, co umożliwiłoby płacenie kartą i korzystanie z tamtejszych bankomatów (płacić kartą można było tylko w kilku miejscach, ale wiązało się to ze sporą prowizją).

Największe wrażenie robili ludzie – spragnieni kontaktu, ciekawi opinii o ich kraju. Mimo ograniczeń próbowali nadążać za światowymi trendami. Biła z nich pewność, że wznowione kontakty z Europą oznaczają ich powrót do cywilizacji, której – mimo wszystko – czują się częścią. W opinii wielu Persów tożsamość ich kraju nie sprowadza się tylko do islamu, bo kraj ten ma przecież historię sięgającą dawniejszych, żywych i nieraz burzliwych kontaktów z Europą, o czym uczy się każde dziecko w szkole, przerabiając starożytność.

Hotelarze, właściciele knajpek i handlarze na bazarach już w myślach przeliczali zyski, jakie mieli przynieść turyści. Europejczycy zresztą nie byli gorsi – w blokach startowych czekały wielkie koncerny, ostrzące sobie zęby na ten 80-milionowy rynek zbytu. Ówczesny wicekanclerz i minister gospodarki RFN Sigmar Gabriel być może przesadził, pędząc do Teheranu raptem pięć dni po podpisaniu porozumienia, by ubijać tam interesy, ale jego podróż oddawała nastroje panujące w Europie. Ostatecznie czym interesy z Iranem różniłyby się od tych z Chinami albo Rosją?

Dziś perspektywy nie wydają się tak wspaniałe. Waszyngton wycofał się z porozumienia, zaostrza kurs wobec Teheranu, nakłada sankcje i próbuje do tego nakłonić Europę. Donald Trump ostrzega: kto handluje z Iranem, nie będzie handlował z USA. Taki wybór to żaden wybór. To szantaż. Słusznie, że Unia Europejska próbuje się bronić przed polityką Ameryki.

Wróg numer jeden

Niechęć Waszyngtonu do Iranu ma długie tradycje i sięga co najmniej rewolucji z 1979 r., która obaliła proamerykańskiego szacha Rezę Pahlawiego. Kilka miesięcy po wybuchu rewolucji doszło do szturmu amerykańskiej ambasady i wzięcia jej pracowników jako zakładników. Dla USA było to upokorzenie. W Polsce kibicowano Ameryce, postrzeganej jako oaza wolności. Prezydentem USA był przyjaciel polskiej opozycji Jimmy Carter, a doradzał mu Zbigniew Brzeziński. Książka Ryszarda Kapuścińskiego „Szachinszach", pokazująca, że nie wszystko było takie proste i przyjemne za rządów Pahlawich, ukazać się miała dopiero za trzy lata.

Tyle że rewolucja w Iranie i wrogość wobec Anglosasów także miały swoje dawne przyczyny. Rządy w Londynie i Waszyngtonie traktowały ten kraj z pogardą. Gdy coś szło nie po ich myśli – montowały zamach stanu i oddawały rządy potulnym sobie władcom. Tak było w 1953 r., gdy interesy naftowe Brytyjczyków zostały zagrożone przez rząd Mohhammada Mosadegha. Premier Iranu, który reformował i liberalizował kraj, chciał po prostu, by na irańskiej ropie zarabiał Iran. Był to polityk światły i gotowy do dialogu, w 1951 r. tygodnik „Time" ogłosił go człowiekiem roku. Brytyjczycy jednak nie chcieli ustąpić i podzielić się dochodami z ropy. Ostatecznie Iran znacjonalizował Anglo-Iranian Oil Company. Do akcji weszły CIA i MI6.

Obalenie demokratycznie wybranego premiera było gorzką lekcją Realpolitik dla mieszkańców Iranu. Następne dekady były dalszym ciągiem upokorzeń. Że działo się to dobrych kilkadziesiąt lat temu? Przecież dziś w Polsce w centrum dyskusji na przecięciu polityki i historii są spory o równie zamierzchłe czasy – Powstanie Warszawskie, Żołnierzy Wyklętych czy Wołyń, który definiuje naszą politykę wobec Kijowa.

Rewolucja, która obaliła uzależnionego od Amerykanów szacha, miała poparcie nie tylko religijnych radykałów z Chomeinim na czele. Poparli ją ludzie o różnych światopoglądach. Niektórym wkrótce ta rewolucja odpłaciła się, wtrącając ich do więzień i torturując. W pewnym sensie, jak mawiają niektórzy, była to rewolucja godności, taka jak na Ukrainie kilka lat temu. Po jej zwycięstwie Irańczycy stali się gospodarzami we własnym kraju.

I początkowo Waszyngton to akceptował. Kryzys nastąpił po zajęciu ambasady przez radykalnych studentów. Był to ich pomysł, ale Chomeini – chcąc nie chcąc – autoryzował akcję. Zakładnicy byli traktowani brutalnie – tu nie ma wątpliwości. Próbowano ich odbić, w końcu po negocjacjach uwolniono. Kilkoro, którzy zdołali wcześniej uciec, wywieźli z kraju agenci CIA – o czym opowiada film „Operacja Argo" Bena Afflecka.

Tak Iran awansował na wroga numer jeden Amerykanów. Z wzajemnością. Opustoszały gmach ambasady był jednym z symboli rewolucji – zwłaszcza antyamerykańskie graffiti na okalającym go murze. Sklepy z pamiątkami mieszczące się naprzeciw ambasady, dziś muzeum, świadczą, że miejsce to jest jedną z atrakcji turystycznych Teheranu.

Kulawa demokracja

Oczywiście po kryzysie z zakładnikami nie mogło być mowy o dobrych stosunkach Stany Zjednoczone–Iran. Waszyngton nie mógł obalić Chomeiniego, ale mógł zwalczać Iran z zewnątrz. Nie był jedyny. Saddam Husajn w 1980 r. zaatakował Iran. Nie przeszkadzało wówczas nikomu, że Irak używał broni chemicznej.

Żeby było jasne – Iran i jego ustrój z punktu widzenia liberała z Europy to państwo okropne. Państwo wyznaniowe, w którym mniejszości – jak Kurdowie – są tępione, a homoseksualizm jest karany śmiercią. Fanatyzm religijny nadal jest powszechny. O ile w Teheranie jest mało widoczny, o tyle wizyta w świętym mieście Qom pokazuje, że część społeczeństwa jest naprawdę konserwatywna. Qom to kuźnia religijno-politycznych elit irańskiego państwa. Zarazem Iran pomagał chrześcijańskiej Armenii skonfliktowanej z muzułmańskim Azerbejdżanem – popieranym przez Turcję i wspieranym przez... Izrael. Wrogość wobec „niewiernych" nie jest więc tak zupełnie oślepiająca.

Coraz bardziej problematyczny członek NATO, czyli Turcja, nie jest już państwem wiele różniącym się od Iranu. Największy sojusznik Waszyngtonu wśród muzułmańskich krajów regionu, czyli Arabia Saudyjska, jest państwem o surowszym ustroju niż Iran, choć, trzeba przyznać, że na karę śmierci skazuje się tam rzadziej (w Iranie się wiesza, a w Arabii ścina). Sytuacja kobiet w Iranie jest nieporównywalnie lepsza niż w Arabii. Niedawno świat emocjonował się tym, że Saudyjki mogły usiąść za kierownicą – coś, co w Iranie jest zupełnie naturalne. W Iranie też postęp ściera się z konserwatyzmem. Teherańskie metro ma nowoczesne wagony, z których dwa są przeznaczone dla kobiet. W innych kobiety mogą jeździć tylko w towarzystwie mężów.

Iran przynajmniej w jakimś stopniu pozostaje demokracją. To prawda, że najważniejszy głos mają ajatollahowie, ale wybierany powszechnie prezydent nie jest tylko dekoracją. W ostatnich latach prezydenci bywali różni – uosabiali reformatorskie nadzieje jak Chatami, ludowy, swojski konserwatyzm jak Achmadineżad, umiar i rozwagę jak Hasan Rouhani.

Ustrój państwa zapewnia pewną równowagę sił. Kilka kluczowych instytucji – nawet jeśli nad wszystkim dominuje wola najwyższego przywódcy – rywalizuje ze sobą i nawzajem kontroluje. To prawda, że spacer pod gmachem parlamentu nie przekonał mnie, by był to budynek jakoś szczególnie tętniący życiem, ale przecież toczy w nim się debata, zasiadają tam kobiety (fakt, niewiele) oraz mniejszości narodowe.

Regionalna potęga z regionalnymi interesami

Do głosu od czasu do czasu dochodzą reformatorzy. Dla nich otwarcie się ich kraju na świat to szansa na powolną ewolucję państwa. Obalenie reżimu, gdyby kiedykolwiek do niego doszło, np. w efekcie protestów społecznych, oznaczałoby chaos podobny do tego, jaki zapanował w Iraku, Syrii czy Libii.

Należy się obawiać, że ostra polityka Stanów Zjednoczonych znów zepchnie reformatorów do defensywy. Tak było za rządów liberalnego – jak na Iran – prezydenta Chatamiego. To wtedy inny krewki przywódca USA, George W. Bush, zaliczył Iran do „osi zła", a z kręgów amerykańskich jastrzębi dochodziły głosy, że po Iraku przyjdzie kolej na kraj ajatollahów. To dostarczyło konserwatystom i przeciwnikom współpracy z Zachodem argumentów.

W ciągu 40 lat Iran pokazał, że nie da się na nim nic wymusić siłą ani groźbami. Przetrwał izolację i sankcje, a nawet prowadził politykę międzynarodową. Waszyngton, często słusznie, oskarża Iran o sponsorowanie organizacji terrorystycznych i sianie zamętu w krajach Bliskiego Wschodu. Oczywiście można spytać, w jakim stopniu Teheran inspiruje i wspiera takie organizacje, a w jakim organizacje szyitów same ciążą ku Iranowi i szukają w nim patrona oraz obrońcy przed sunnickimi większościami.

Prawdopodobnie oba procesy zachodzą jednocześnie. Światowe telewizje uwielbiają pokazywać migawki z Bliskiego Wschodu, na których brodaci mężczyźni w turbanach całymi dniami nic tylko podskakują na ulicach ze swoimi kałasznikowami i skandują antyzachodnie hasła. Tak jakby kilkanaście metrów od tych demonstracji nie toczyło się normalne życie.

Widziałem południowy Liban, w dużej mierze kontrolowany przez wspierany przez Iran Hezbollah. Nie widziałem tam jednak ludzi biegających po ulicach z nożami w zębach, ale takich, którzy chcą żyć jak my: kochać się, śmiać, zjeść coś dobrego, porządnie się wyspać. Hezbollah, prowadząc także działalność społeczną i charytatywną, jakoś im to zapewnia. Ostatecznie uchodźcy z Bliskiego Wschodu chcą właśnie uciec od wojny, a nie brać w niej udział. Ruch w drugą stronę jest mniejszy.

W tamtym regionie nikt nie gra czysto. Ani Turcja, ani Arabia Saudyjska, ani Izrael – choć ten ostatni zrozumieć najłatwiej, bo walczy po prostu o przetrwanie. Potęgi, takie jak Rosja i Stany Zjednoczone, grają zaś o wpływy i ropę, a prawa człowieka są na dalekim miejscu na liście czyichkolwiek priorytetów.

Waszyngton w Syrii wspierał różne organizacje dżihadystów. Wspiera też Saudów, którzy w Jemenie, prowadząc zastępczą wojnę z Iranem, bombardują cele cywilne, a ofiarami tych ataków padło już wielu niewinnych ludzi, w tym co najmniej kilkadziesięcioro dzieci. Na ten temat Trump jakoś nie tweetuje ochoczo.

Tak, Iran ma na koncie sponsorowanie organizacji terrorystycznych, zbrojne poparcie krwawego reżimu Asada w Syrii, a jego antyizraelska retoryka naprawdę jest nie do obrony. Wspiera organizacje szyickie i pobratymców ideowych w regionie, ale w gruncie rzeczy robi to, co każda inna regionalna potęga.

Nowe porządki na Bliskim Wschodzie

Iran chciał jednak więcej – stać się potęgą nuklearną. Chyba między bajki można włożyć zapewnienia, że chodziło tylko o energię. Zachód zareagował nerwowo, sprzeciwiając się planom Teheranu. I słusznie. Zapytajmy jednak trzeźwo, które państwo weszło w posiadanie takiej broni za zgodą wszystkich zainteresowanych stron. Na pewno nie Izrael.

Porozumienie nuklearne zawarte w 2015 r. dawało szanse na poskromienie ambicji Teheranu właśnie dlatego, że było porozumieniem, a nie rozwiązaniem narzuconym. Od początku miało jednak zagorzałych przeciwników w Waszyngtonie i Tel Awiwie. Argumentowano, że Iran go nie przestrzega. Ale podobnie było przed inwazją w 2003 r. na Irak. Agencje wywiadowcze Anglosasów przekonywały, że kraj ten ma broń masowego rażenia.

Gdy Donald Trump rozpoczął słowną krucjatę przeciw ajatollahom, ich wypowiedzi były spokojne – na pewno bardziej wyważone niż wiele tweetów prezydenta USA. Widać jednak, że prowokowany Teheran traci cierpliwość. Na początku września duchowy przywódca Iranu ajatollah Ali Chamenei, choć dalej wykluczał groźbę wojny, zapowiadał większe zbrojenia kraju. Spirala zbrojeń oczywiście zbliża nas do konfliktu. To kolejny dowód na to, że jastrzębie z Waszyngtonu dostarczają argumentów jastrzębiom z Islamskiej Republiki.

Być może, tak jak udało się przekonać ajatollahów w kwestii broni nuklearnej, dałoby się ich przekonać chociażby do korekty niemądrej retoryki antyizraelskiej. Gdy jednak premier Izraela Beniamin Netanjahu uderza pięścią w stół i w sposób zawoalowany grozi Iranowi bronią nuklearną, a uczynił tak pod koniec sierpnia, to w Teheranie odzywają się nożyce.

Zniesienie sankcji oznaczało pojawienie się irańskiej ropy na rynkach, a zatem spadek jej cen. To martwiło Władimira Putina, który musiał się napracować, by doprowadzić do korzystnego dla Rosji porozumienia państw OPEC. Jeśli Europa przyłączyłaby się do polityki Waszyngtonu, pchałaby Iran w objęcia Rosji. Kreml pozyskuje Iran i Turcję, by po swojemu zaprowadzić porządek w Syrii, a potem zapewne na całym Bliskim Wschodzie. USA i Izrael twierdzą, że ich sprzeciw wobec miękkiej polityki wobec Iranu bierze się z chęci powstrzymania wpływów tego państwa w regionie. Ale widać gołym okiem, że ta twarda polityka jest nieskuteczna. Jeśli Moskwa, Teheran i Ankara będą współpracować choćby taktycznie – a świat widział nie takie sojusze – nic takiego trójporozumienia nie powstrzyma. Możliwe by to było tylko kosztem jakiegoś wielkiego, ponadregionalnego konfliktu. Tego chyba jednak nikt nie chce.

Reżimy w tych trzech państwach są zdeterminowane i nie muszą się liczyć z opinią własnych społeczeństw ani sytuacją gospodarczą w takim stopniu jak liderzy krajów Zachodu. Mogą więc sobie pozwolić na znacznie więcej niż oni. Ofiary w ludziach są tam też liczone zupełnie inaczej.

Zamiast umiejętnie rozmontowywać ten tercet i pozyskiwać Iran, Waszyngton gra ostro. Europejczycy nie powinni jednak rezygnować z samodzielnej roli na Bliskim Wschodzie. Inaczej bardzo osłabią możliwości swego wpływu na region, z którym, w przeciwieństwie do Jankesów, bezpośrednio sąsiadują.

Andrzej Brzeziecki jest redaktorem naczelnym „Nowej Europy Wschodniej", członkiem rady Ośrodka Studiów Wschodnich im. Marka Karpia

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:
prenumerata.rp.pl/plusminus
tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

REDAKCJA POLECA

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA