Plus Minus

Kult jednostki i socrealizm w Azji Centralnej

„Inauguracja prezydenta Nursułtana Nazarbajewa” (2006 r., płótno, autor nieznany). Warto odnotować, że na gigantycznym płótnie odmalowani zostali – jako żywo, w większości nieobecni na uroczystości w Astanie – po lewej władcy Zachodu (m.in. George Bush Jr., Jacques Chirac, Silvio Berlusconi, Tony Blair), po prawej – Jelcyn z Putinem oraz przywódcy większości republik poradzieckich. Od tej reguły istnieją jedynie dwa wyjątki: po stronie „zachodniej” znalazł się Micheil Saakaszwili, po „wschodniej” – opłacany już w tym czasie przez Putina Gerhard Schröder.
Archiwum autora
Nowi władcy państw środkowoazjatyckich budują tożsamość narodową i autorytet władzy, lansując sztukę, przy której blednie socrealizm.

W „orwellowskim" 1984 roku, w mieście Frunze (nazwanym tak na cześć czerwonego generała), na nowym reprezentacyjnym placu Lenina, urządzonym z okazji 60-lecia Kirgiskiej Republiki Radzieckiej, ustawiono 12-metrowy pomnik Iljicza. W 2003 roku, gdy miasto nazywało się już Biszkek i było stolicą niepodległego Kirgistanu, plac przemianowano na Ałatu (na cześć pasma górskiego), a posąg zastąpiono równie okazałym pomnikiem Wolności (Erkindik), ukazującym żeńskiego uskrzydlonego geniusza, dzierżącego symbol tündük (zwornik konstrukcji jurty) z aktualnej flagi państwowej.

Monument ten nie był nowy – po raz pierwszy odsłonięto go w 1999 roku, z okazji dziewiątej rocznicy niepodległości, uprzednio usuwając stojący tam pomnik Feliksa Dzierżyńskiego. Ten ostatni nie został wówczas zniszczony, jedynie przeniesiony na placyk obok Biblioteki Narodowej. Pierwotne miejsce pomnika Dzierżyńskiego było od 1948 r. zajęte przez pomnik Lenina, który zlikwidowano w związku z ufundowaniem na głównym placu okazalszego monumentu wodza rewolucji.

Tamerlan na czerwono

Ów „lepszy" Lenin nie przepadł w 2003 roku, ale jedynie przeniesiony został na plac na tyłach Muzeum Historycznego. W roku 2011 zaś, z okazji 20-lecia niepodległości, usunięto pomnik Wolności i zastąpiono go ogromnym konnym posągiem ukazującym Manasa, bohatera najważniejszego kirgiskiego eposu. W tej swoistej partii szachów, w której planszą jest stolica, a pionkami pomniki, w ostatecznym rozliczeniu przepadł jedynie pomnik Wolności. Skrzydlaty geniusz kojarzył się z obcą symboliką chrześcijańską, a jego żeński charakter miał być obrazą tradycji, bowiem przy budowie jurty tündük mogą unosić tylko mężczyźni i chłopcy.

Wszystko to stanowi znakomitą metaforę politycznych i tożsamościowych dylematów, z którymi zmagać się musi pięć proradzieckich republik Azji Środkowej, niepodległych od ćwierćwiecza, ale wciąż niepotrafiących wyzwolić się od postkolonialnych resentymentów. Wciśnięte pomiędzy Rosję, kontynuującą politykę dawnego sowieckiego hegemona, i Chiny, chętnie płacące za każdą ilość ropy, gazu i innych bogactw naturalnych, oglądają się także na Zachód z jego blichtrem oraz technologiami oraz cementują związki z coraz bardziej ekspansywną Turcją (z wyjątkiem Tadżykistanu używają języków turkijskich).

Rządy miejscowych satrapów z równym zapałem tłumią opozycję demokratyczną, jak i – znacznie silniejszych – islamistów, choć zarazem wznoszą reprezentacyjne meczety i nie stronią od hojnych datków od propagujących konserwatywny islam Saudyjczyków i naftowych szejków.

Rządzące przez ostatnie ćwierćwiecze elity, nie wyłączając przywódców, zostały uformowane w dobie radzieckiej, jednak poszukując nowej tożsamości, konstruują politykę historyczną opartą na synkretycznych zlepkach, łącząc elementy radzieckiej historii z odwołaniami do świetności pradawnych dynastii, wodzów i eposów. Stalinowski model kultu jednostki odżywa zasilany orientalnym splendorem, niczym z „Baśni z tysiąca i jednej nocy". I tu otwiera się niezwykle szerokie pole dla artystów, którzy owe stare-nowe idee muszą unaocznić, przyoblec w formę imponujących pomników i monumentalnych płócien.

W przeciwieństwie do krajów afrykańskich, gdzie nie mniejsza jest potrzeba konstruowania postkolonialnej tożsamości i nie mniejsze pragnienie przywódców stawiania wspaniałych pomników, nie trzeba tych dzieł zamawiać w Korei Północnej (która wyrosła na potentata w eksporcie socrealistycznych w stylu monumentów: stoją już w kilkunastu afrykańskich stolicach), gdyż w czasach radzieckich wykształcono generacje lokalnych artystów. Uczyli się w akademiach Moskwy, Leningradu lub w miejscowych uczelniach, nie mają więc najmniejszych problemów z tworzeniem w stylu socrealistycznego akademizmu, jedynie przyprawianego orientalną nutką.

Bardzo dba o upamiętnianie swego panowania prezydent Kazachstanu Nursułtan Nazarbajew, w 2010 roku oficjalnie obwołany przez parlament „przywódcą narodu". Z „postkolonialnej" Ałma Aty przeniósł stolicę do Astany – miasta praktycznie wznoszonego od podstaw z rozmachem porównywalnym tylko z pokazowymi metropoliami Chin lub naftowych emiratów. Ogromne, najczęściej pretensjonalne budowle, osiowe założenia urbanistyczne na paryską skalę, kopie moskiewskich stalinowskich drapaczy chmur, ikoniczne projekty celebrytów światowej architektury realizuje się tu za dewizy z ropy i gazu. Słynny Kisho Kurokawa pracował nad planem przestrzennym stolicy, a Mafredi Nicoletti wykreował iście kosmiczną salę koncertową. Sir Norman Foster może wręcz uchodzić za architekta „nadwornego", zaprojektował bowiem dla Astany piramidę Pokoju i Pojednania (czyżby aluzja do Cheopsa?), centrum handlowe o wdzięcznej nazwie Namiot Chana, zaś ostatnio futurystyczne Centrum Nazarbajewa, mieszczące Bibliotekę i Muzeum Pierwszego Prezydenta.

Całe miasto to w istocie jeden wielki pomnik Nazarbajewa – jego imieniem nazwano m.in. uniwersytet oraz park dendrologiczny, nie dziwi więc, iż obchodzony rokrocznie z wielkim rozmachem dzień Astany przypada dokładnie na datę jego urodzin. Nazarbajewa cechuje jednak pewna skromność, nie przystał bowiem na inicjatywy niektórych parlamentarzystów, apelujących, by jego imieniem nazwać stołeczny port lotniczy oraz by samą Astanę przemianować na Nursułtan. Nie nazwano też jego imieniem najwyższej góry kraju, ale tylko znacznie niższy były Pik Komsomołu.

Prezydent na dżinie

Artyści prześcigają się wręcz z konceptami mającymi podkreślić szczególne przymioty swego przywódcy. Na przykład głównym elementem monumentalnego pomnika Niepodległości w Ałma Acie jest spiżowa księga z odciskiem dłoni Nazarbajewa (niczym z hollywoodzkiej Alei Gwiazd). W kilku językach zapisano na niej starą maksymę: „Wybieraj i bądź szczęśliwy": dłoń prezydenta lśni od nieustannych dotknięć poddanych, którzy w tym magicznym rytuale wyboru mogą wejść z nim w bezpośredni kontakt.

Pomysł tak się spodobał, że taki sam odcisk prawicy lidera umieszczono na futurystycznym postumencie na tarasie widokowym w złocistej kuli wieńczącej ponad 100-metrową wieżę widokową „Bajterek" (Topola) w Astanie (dłoń znajduje się dokładnie 97 metrów od ziemi – gdyż Nazarbajew przeniósł stolicę w 1997 roku). Futurystyczna konstrukcja stanowić ma ucieleśnienie mitycznego drzewa życia oraz jaja magicznego ptaka szczęścia, zaś szczytem szczęścia dla każdego Kazacha ma być kontakt ze swoistą relikwią.

W listopadzie 2011 roku w starej stolicy, w parku Imienia Pierwszego Prezydenta Nursułtana Nazarbajewa z okazji dwudziestolecia niepodległości i z inicjatywy kazachskich środowisk kulturalnych odsłonięto jego pomnik. Ponadnaturalnej wielkości posąg ukazuje męża stanu zasiadającego na tle fantazyjnie powycinanych orlich skrzydeł obłożonych marmurową okładziną, z ułożonymi ze złoconych liter cytatami z myśli przywódcy.

Podczas ceremonii odsłonięcia pomnika w Ałma Acie podkreślano w oracjach światowy wręcz format Nazarbajewa – ten wątek znakomicie oddaje też oprawione w złociste ramy, ogromne płótno zawieszone w astańskim Muzeum Niepodległości. Utrzymane w hiperrealistycznej konwencji, ukazuje scenę inauguracji kolejnej kadencji Nazarbajewa w roku 2006. Prezydent kroczy środkiem ogromnej, kapiącej od złota sali, po bokach zaś oklaskują go z zachwytem światowi liderzy.

Po stronie lewej ukazani zostali głównie władcy Zachodu: m.in. George Bush Jr, Jacques Chirac, Silvio Berlusconi, Tony Blair, po prawej zaś Jelcyn z Putinem oraz przywódcy większości republik poradzieckich. Taki właśnie obraz – kluczowego gracza na arenie międzynarodowej, niezbędnego negocjatora pomiędzy Wschodem i Zachodem – chce promować Nazarbajew (i w takich szatkach występował ostatnio, emablowany z wielką pompą, w Warszawie).

To, iż spora część wyobrażonych na płótnie dostojnych gości nie zaszczyciła ceremonii, nie ma większego znaczenia – wszak zgodnie z doktryną socrealizmu sztuka ma przedstawiać prawdę obiektywną, nie zaś podlegać prawidłom jakiejś tam naturalistycznej ilustracyjności. Malarze nie ustają w wysiłkach w poszukiwaniu odpowiedniej formy dla wyrażenia ogromu majestatu oraz niezliczonych przymiotów i zasług swego prezydenta.

Mamy więc portrety w manierze futurystycznej, przypominające jako żywo dokonania włoskich malarzy doby Mussoliniego; mamy stanowiące prostą kontynuację socrealizmu płótna ukazujące Nazarbajewa, a to podczas gospodarskich wizyt, a to siedzącego przy biurku na tle wzrastającej, monumentalnej Astany. Mamy wreszcie szereg rozbudowanych alegorii. Na panneaux pt. „Przyjazd pierwszego prezydenta do Astany", wyeksponowanym w Ferganie, widzimy Nazarbajewa lecącego na grzbiecie kobiecego dżina-centaura, dzierżącego w dłoni flagę państwową. Prezydent odbywa tę podniebną podróż w garniturze, na który jednak ma zarzucony tradycyjny płaszcz.

Na gigantycznym płótnie „Wielki pochód", namalowanym przez zmarłego przedwcześnie w 1998 r. Benesita Tulkijewa i Zulkainara Kożamkułowa, prezydent ukazany został z kolei na czarnym rumaku (w analogicznej kombinacji garnituru i płaszcza), na czele tłumnego pochodu złożonego z kazachskich bohaterów narodowych. Ponad pochodem na ziemi na niebie w świetlistych gloriach ukazują się postacie protoplastów narodu, w tym szybujący na śnieżnej panterze Kul Tigin, półlegendarny wódz Chanatu Turkieskiego.

Portrety i pomniki pierwszego prezydenta pojawiają się w Kazachstanie jak grzyby po deszczu, posągi stoją w westybulach większości instytucji publicznych. W nowym Muzeum Wojskowości centralny punkt ekspozycji stanowi hieratyczna kompozycja „Najwyższy Dowódca Sił Zbrojnych Republiki Kazachstan", przedstawiająca umundurowanego wodza w otoczeniu wyprężonych przedstawicieli głównych rodzajów sił zbrojnych.

Ale ambicje sięgają znacznie dalej. W 2010 roku okazały pomnik tronującego Nazarbajewa odsłonięto w centrum Ankary (dzieło lokalnego rzeźbiarza Gursela Chataltepe). Turcja, ostro rywalizująca z Rosją o wpływy w Azji Środkowej, w ten właśnie sposób pieczętuje więź z Kazachstanem, choć jest to, być może, pierwszy od epoki Stalina pomnik urzędującej głowy państwa w stolicy innego kraju. Sprawa wygląda jednak na rodzaj wymuszenia – zaledwie rok wcześniej prezydent Nazarbajew odsłonił w Astanie okazały pomnik pierwszego prezydenta i twórcy Republiki Tureckiej – Mustafy Kemala Atatürka. Ponieważ tak się złożyło, iż pierwszy i jedyny jak dotąd prezydent Kazachstanu to Nazarbajew, chcący zareagować symetrycznie Turcy nie mieli wyjścia...

Turkmenbasza i słońce

Staranna i konsekwentna taktyka kreowania wizerunku Nazarbajewa wydaje się jednak niczym w porównaniu z sąsiadującym Turkmenistanem. Saparmurat Nijazow, podobnie jak jego kazachski odpowiednik, gładko wdział prezydenckie szatki w miejsce garnituru pierwszego sekretarza republikańskiej kompartii. Małpując pierwszego tureckiego prezydenta Mustafę Kemala, który ogłosił się Atatürkiem, przybrał miano Turkmenbaszy.

Wprowadzona przez niego monopartyjna dyktatura pod względem rozmachu paranoicznego kultu jednostki mogła się równać jedynie z Koreą Północną, a jej absolutnie totalny charakter pieczętowały takie działania, jak zmiana odwiecznych nazw dni i miesięcy. Pomniki Nijazowa wyrastały wszędzie – choć oczywiście najbardziej okazałe w stołecznym Aszchabadzie. Turkmenbasza miał wyraźną słabość do złota, dlatego większość monumentów nie eksponuje oryginalnej faktury spiżu, lecz pokryta jest drogocennym 24-karatowym kruszcem.

Nie sposób wymienić tu wszystkich artystyczno-architektonicznych fantazji, jednak kilku nie można pominąć. Oto w centrum stolicy wznosi się ukończony w 2001 r. pomnik Niepodległości (kolektywne dzieło miejscowych artystów), zdominowany przez 118-metrową wieżę widokową. Liczone w metrach wysokości poszczególnych członów owej konstrukcji odpowiadają cyfrom tworzącym datę powstania niepodległego Turkmenistanu. Obelisk, zdobiony dwoma pięciogłowymi orłami – symbolami prezydenta – wyrasta z cokołu o formie tradycyjnej jurty i jest wkomponowany w monumentalne osiowe założenie, w którego centrum, w otoczeniu 27 posągów narodowych bohaterów, w ogromnej fontannie zdobionej kolejnymi pięcioma pięciogłowymi orłami ustawiono złocistego Turkmenbaszę.

W suchym i pustynnym kraju fontanny stanowią w ogóle ulubiony element kompozycji komemoratywnych, podkreślając ich zbytkowny i luksusowy charakter – z innego, jeszcze wspanialszego wodotrysku wyrasta złocisty posąg ojca narodu wystawiony przed pomnikiem Narodowej Hodowli Koni... Nic jednak pod względem absurdalności nie może się równać z pomnikiem Neutralności Turkmenistanu, ustawionym pierwotnie na centralnym placu stolicy. Dziwaczna konstrukcja wsparta na trzech stopach (nazywana przez mieszkańców trójnogiem), przypominająca marsjański statek kosmiczny, mierzy „zaledwie" 75 metrów, wieńczy ją za to 12-metrowa figura Nijazowa z uniesionymi rękami na tle ekspresyjnie rozwiewającej się flagi. Mechanizm nieustannie obraca pokrytą grubą warstwą złota figurą w ten sposób, by szlachetne oblicze Turkmenbaszy było zawsze zwrócone ku słońcu. Cacuszko owo, wzniesione przez turecką firmę Polimex, kosztowało jedyne 12 milionów dolarów.

Turkmenbasza chciał uchodzić nie tylko za męża stanu, ale – podobnie jak Stalin – za wielkiego uczonego i literata, a nawet za proroka. W 2001 roku ogłosił dzieło zatytułowane „Ruhnama", kompilację komunałów, wtrętów autobiograficznych oraz historiozoficznych fantazji. Miał to być przewodnik duchowy Turkmenów, coś na kształt połączenia Koranu i czerwonej książeczki Mao. Rzecz przepojona została duchem swoistego mesjanizmu: na każdym kroku podkreśla się, iż pochodzący od proroka Noego naród turkmeński od stworzenia świata zajmuje szczególną rolę w zamyśle Allaha.

Każdy urzędnik państwowy zobowiązany był corocznie przystępować do egzaminu ze znajomości dzieła, zaś pod koniec życia Turkmenbasza ogłosił, iż trzykrotna lektura „Ruhnamy" gwarantuje miejsce w raju. Już trzy lata po publikacji celebrowano „Rok Ruhnamy" i z tej okazji urządzono w Aszhabadzie obszerny park tematyczny, w którego centrum z kolejnej fontanny wyrasta pomnik w formie ogromnej, realistycznie oddanej księgi ze złocistym portretem Turkmenbaszy na okładce. Wokół na ośmiu kolumnach umieszczone zostały imiona tworzące imponujące drzewo genealogiczne przywódcy. Codziennie o ósmej wieczorem „Ruhnama" otwiera się – jej wnętrze stanowi ekran, na którym rzutowane są państwowotwórcze projekcje.

Dentysta dosiada konia

Znamienne, że Nijazow, który w apogeum swej władzy wyglądał raczej nieszczególnie, na wszystkich wizerunkach, w tym na banknotach i znaczkach pocztowych, przedstawiany był drastycznie odmłodzony, odchudzony i o nieskazitelnej cerze (w rzeczywistości pooranej dziobami). To jednak, co sprawdzało się w sztuce, nie przystawało do rzeczywistości i w 2006 roku tyran zmarł. Władzę natychmiast przejął Gurbanguly Berdimuhamedow, dotychczasowy dentysta Turkmenbaszy, który wkrótce przyjął nieco skromniejszy tytuł Arkadaga (Protektora).

Nadzieje na demokratyzację okazały się płonne, choć rozluźniono sporo szczególnie drakońskich i absurdalnych zarządzeń Turkmenbaszy. Kult jego osoby wygaszany był stopniowo – pomnik Neutralności z obrotową statuą przeniesiono na pustkowie na przedmieściach stolicy, inne jednak pozostawiono. Oczywiście teraz na pierwszy plan wysunąć się musiał nowy prezydent. Berdimuhamedow, uwielbiający popisywać się umiejętnościami hippicznymi (choć podczas publicznego występu w 2013 r. spadł z konia), kazał obwiesić cały kraj swoimi konnymi portretami. Parlament nadał mu także honorowe tytuły Narodowego Hodowcy Koni oraz Mistrza Jeździectwa.

Przy okazji objawił się potężny kompleks wobec byłego kolonialnego hegemona. Słynny „Jeździec Miedziany", czyli odsłonięty w 1782 r. petersburski pomnik cara Piotra I, znalazł w Aszchabadzie swoiście karykaturalny odpowiednik. W maju zeszłego roku odsłonięto pomnik konny Gurbanguly Berdimuhamedowa. Oficjalnie w 2014 r. wicepremier przekazał prezydentowi prośbę wyrażoną przez naród, który niecierpliwie oczekiwał na pierwszy monument swego przywódcy, ten zaś odpowiedział skromnie, iż „narodowi się nie odmawia". Dzieło, którego model w istocie gotowy był już w 2012 r., wykonał narodowy artysta Turkmenistanu – Saragt Babajew, wykształcony w czasach ZSRR w Moskwie. „Protektor" ukazany został podobnie jak Piotr I – na rumaku spiętym ponad szczytem skały, tylko ma ona nie jak w Petersburgu około sześciu, ale 15 metrów wysokości, a i sama figura mierzy ponad 5 metrów.

W stosunku do poprzednika zmodyfikowany został ubiór dostojnika i towarzyszące mu symbole: Arkadag ubrany jest nie w garnitur, tylko w tradycyjny ludowy strój, a miast pięciogłowego orła na jego ręce siedzi skromny gołąbek – symbol pokoju. Oczywiście tak sam „Protektor", jak i jego ulubiony koń (imieniem Akkan), o gołąbku nie zapomniawszy, zostali pokryci warstwą 24-karatowego złota. „Prawda materiału" odgrywa w ogóle znaczącą rolę w Turkmenistanie: dzisiejszy Aszhabad może nie ma tylu co Astana futurystycznych budowli, za to może się poszczycić oficjalnym rekordem Guinnessa w kategorii „miasto o największej powierzchni budynków pokrytych marmurem".

Pozostałe środkowoazjatyckie republiki nie mogą się równać z Kazachstanem i Turkmenistanem pod względem rozkwitu sztuki oficjalnej. Zmarły 2 września prezydent Uzbekistanu Islam Karimow nie wzniósł za życia żadnego własnego pomnika i w ogóle w bardzo umiarkowany sposób budował kult własnej osoby. Oczywiście kraj również jest dyktaturą z wszechobecnym aparatem policyjnym i systemem oligarchiczno-klanowym, jednak Karimow preferował dyskretniejszy styl. W przestrzeni publicznej pojawiały się jedynie reklamy wielkoformatowe (tzw. państwowotwórczy outdoor), z reguły niezbyt wyrafinowane fotomontaże prezentujące sylwetkę prezydenta: a to na tle wspaniałych pomników przeszłości w Samarkandzie i Bucharze, a to obok nowoczesnych budowli lub symboli państwowych, a to w otoczeniu szkolnej dziatwy.

Na jednym z plakatów ukazano go za kierownicą samochodu – wraz ze sloganem głoszącym, iż „prezydent wyprowadza Uzbekistan na własną drogę". Wyglądało to jednak skromnie i niewinnie w porównaniu z paroksyzmami kultu jednostki w Astanie i Aszchabadzie. Na głównym placu Taszkientu zamiast posągu Karimowa stanął konny pomnik Tamerlana, którego niegdysiejsze imperium uzbecka polityka historyczna kreuje na podwalinę współczesnej państwowości. Pomnik ten, wystawiony w 1993 r. (autorstwa Ilchoma i Kamoła Dżabarowów), na tle dokonań sąsiadów wydaje się wręcz gustowny. Stanowi jednak jeden z najważniejszych i masowo rozpoznawalnych emblematów ideologii państwowej, gdyż jego sylwetkę reprodukowano na większości monet i banknotów oraz na wielu znaczkach pocztowych.

Czas na popiersie

Nie inaczej jest w Tadżykistanie. Emomali Rahmon, także były partyjny aparatczyk, pełniący funkcję prezydenta „jedynie" od 22 lat i używający oficjalnego tytułu „twórca pokoju i jedności narodowej Tadżykistanu", również nie doczekał się jeszcze pomnika, choć w ubiegłym roku pojawiła się „oddolna" inicjatywa uhonorowania go w ten sposób. Na razie jednak Rahmon pozwala jedynie na wywieszanie w całym kraju swoich portretów oraz billboardów podobnych do tych wychwalających Karimowa i woli „przeglądać się" w obliczach bohaterów odległej przeszłości. W marcu bieżącego roku w miejscowości Buston prezydent osobiście odsłonił okazały, mierzący 12 metrów wysokości pomnik Ismaila I Somoni, króla z perskiej dynastii Samanidów, który w oficjalnej historiozofii uważany jest za twórcę tadżyckiej państwowości i głównego bohatera narodowego.

Na Somoni „przechrzczono" Pik Komunizma, położoną w paśmie Tienszan najwyższą górę w niegdysiejszym ZSRR: taką nazwę nosi też lokalna waluta. I to perskiemu monarsze, a nie współczesnemu liderowi, poświęcono najokazalszy pomnik, wystawiony w 1999 r. na centralnym placu Duszanbe z okazji 1100. rocznicy ustanowienia państwa samanidzkiego. Mniejsze pomniki króla wyrastają jak grzyby po deszczu w całym państwie. Jak długo jednak jeszcze Emomali Rahmon będzie się wzbraniać przed wolą swego ludu tak gorąco pragnącego ujrzeć na piedestałach i jego posągi?

Autor jest historykiem sztuki, wykładowcą ASP, kieruje pracownią Katalogu Zabytków Sztuki w Polsce w IHS PAN

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL