Plus Minus

Dlaczego Niemcy nie potrafią wpasować się w porządek europejski?

Gerhard Schröder na początku XXI wieku zrehabilitował pojęcie niemieckich interesów narodowych i odnowił strategiczny sojusz z Rosją Władimira Puitina
RIA NOVOSTI/AFP PHOTO
Dlaczego Berlin tak dobrze radzi sobie globalnie, a nie sprawdza się w swoim najbliższym regionie? Dlaczego potrafi wpasować się w porządek światowy, ale już nie w europejski?

Kwestia niemiecka, znana wówczas jako „die deutsche Frage", stanęła na porządku dziennym wskutek zjednoczenia Niemiec w roku 1871. Narodziny II Rzeszy zaburzyły równowagę sił w Europie, a zatem i na świecie. Do tej pory w koncercie mocarstw brały udział Anglia, Francja, Austria i Rosja, które starały się nie dopuścić, aby w centrum kontynentu powstało nowe państwo. W ich interesie było utrzymanie status quo, czyli istnienie mozaiki kilkudziesięciu niemieckich państw, państewek i wolnych miast.

Po zjednoczeniu Niemiec „krwią i żelazem" przez Ottona von Bismarcka doszlusowały one do grona głównych graczy. Brendan Simms, historyk z Cambridge, w opublikowanym przed kilkoma miesiącami we „Frankfurter Allgemeine Zeitung" artykule pt. „Kwestia niemiecka" tak opisał powstałą sytuację:

„Niemcy nagle z przedmiotu stali się podmiotem systemu międzynarodowego, zyskali silny głos w Europie i świecie. Jednakowoż ukonstytuowanie się skonsolidowanego centrum potęgi w sercu kontynentu zniszczyło wkrótce całą europejską, a wreszcie także globalną równowagę sił. Musiała powstać koalicja najsilniejszych światowych mocarstw, aby rozbić w trakcie dwóch światowych wojen kajzerowskie Niemcy i hitlerowską III Rzeszę".

Bismarck był jednym z nielicznych niemieckich przywódców, którzy pojmowali istotę „kwestii niemieckiej" i jej destabilizujące oddziaływania na porządek międzynarodowy. Zadeklarował więc, że zjednoczone Niemcy osiągnęły mocarstwowe „nasycenie". Dostrzegał bowiem, że każdy wzrost potęgi jego państwa doprowadzi do powstania antyniemieckiej koalicji i stanowić dlań będzie śmiertelne zagrożenie. Dlatego skupił się na utrzymaniu status quo i postawił na strategiczny układ z Austrią i Rosją, w myśl zasady, zgodnie z którą w konstelacji pięciu mocarstw Niemcy zawsze winny być związane sojuszem z dwoma.

Apetyty po Bismarcku

Następcy żelaznego kanclerza zrezygnowali z polityki „nasycenia" i starali się zmienić status quo w Europie. Wilhelm II i Adolf Hitler uwierzyli, że mogą zdobyć panowanie nad kontynentem i poprowadzili swój naród do udziału w dwóch wojnach światowych. Zgodnie z przewidywaniami Bismarcka za każdym razem powstały koalicje mocarstw, które nie dopuściły do hegemonii Niemiec.

Po tych doświadczeniach niemieckie elity podzieliły diagnozę, że Niemcy w latach 1871–1945 stały się mocarstwem, które było za silne, aby stanowić część układu równowagi sił, a jednocześnie za słabe, aby dominować w polityce europejskiej lub globalnej. W systemie międzynarodowym odgrywały więc rolę półhegemona, na co zwrócił uwagę już na początku lat 50. XX wieku profesor z Marburga Ludwig Dehio. W ten sposób zdefiniowano tzw. kwestię niemiecką. Krył się za tym pewien zamysł apologetyczny, dziś powiedzielibyśmy – polityka historyczna. Albowiem to nie wola mocy i panowania Niemców, ale owa półhegemoniczność, czyli systemowe niedopasowanie do ówczesnej konstelacji, przejawiające się w tym, że Niemcy były państwem niedookreślonym, czymś pomiędzy zwykłym mocarstwem a dominującym imperium, miała być główną przyczyną dwóch wojen światowych.

Wydawało się, że klęska III Rzeszy będzie ostatecznym rozwiązaniem kwestii niemieckiej. Niemcy, jak chciał Thomas Mann, mieli zrezygnować z marzeń o „niemieckiej Europie", a zamiast niej tworzyć „europejskie Niemcy".

Sprzyjało temu po roku 1945 zastąpienie konstelacji wielobiegunowej, w której w latach 1871–1945 o dominację walczyło pięć mocarstw, dwubiegunową, w której Ameryka rywalizowała z Sowietami o globalne przywództwo. Niemcy zostały terytorialnie okrojone i podzielone, a reszta mocarstw europejskich straciła na znaczeniu.

Republika bońska przestała spełniać rolę półhegemona. Aby odzyskać wpływy po klęsce i hańbie ludobójstwa, zadeklarowała „związanie z Zachodem", czyli Westbindung. W pewnym uproszczeniu oznaczało to, że prymatem w jej polityce zagranicznej była budowa struktur euroatlantyckich w ramach procesu integracji europejskiej i sojuszu północnoatlantyckiego.

Hans-Dietrich Genscher, minister spraw zagranicznych w gabinecie kanclerza Helmuta Kohla, zwykł był mawiać, że prowadzi politykę europejską, a nie niemiecką, co było sugestią, że kieruje się interesami europejskimi, a nie narodowymi. Silne związanie RFN z polityczną wspólnotą Zachodu miało na zawsze oddalić groźby niemieckiej hegemonii.

Wydawało się, że geopolityczna rewolucja lat 1989–1991 nie wpłynie na zmianę tego stanu rzeczy. Niemcy kontynuowały politykę związania z Zachodem mimo wchłonięcia NRD i przekształcenia systemu międzynarodowego z dwubiegunowego w wielobiegunowy.

Nowe mocarstwo światowe

Na reorientację poważył się dopiero kanclerz Gerhard Schröder na początku XXI w. Zrehabilitował on pojęcie niemieckich interesów narodowych. Odnowił strategiczny sojusz z Moskwą. Oparł go na współpracy w dziedzinie dostaw surowców energetycznych. Istota nowego otwarcia na Rosję polegała na tym, że było ono realizowane kosztem najbliższych sojuszników – państw środkowoeuropejskich, ponieważ to one finansowały ów alians, płacąc bardzo wysokie ceny za gaz. W ten sposób polityka zagraniczna Niemiec przestała być funkcją interesów wspólnoty euroatlantyckiej. Dzięki temu jednak Berlin odtworzył wschodni wektor swojej polityki i odzyskał swobodę manewru w polityce globalnej, porzucając dogmat Westbindung – ścisłego podporządkowania się nadrzędnemu interesowi wspólnoty Zachodu.

Drugim, nie mniej istotnym krokiem na drodze do pełnej autonomii na arenie międzynarodowej był sprzeciw wobec amerykańskiej interwencji w Iraku w 2003 r. Gerhard Schröder był pierwszym kanclerzem RFN, który odmówił prezydentowi USA udziału w kluczowym dla amerykańskich interesów przedsięwzięciu. Pokazał, że w sojuszu transatlantyckim chce być równoprawnym partnerem.

Poparcie Niemiec dla Ameryki przestało być automatyczne. Błędem byłoby jednak mniemanie, że Berlin w ten sposób chciał zerwać zaoferowane przez Waszyngton pod koniec lat 80. XX wieku partnerstwo w przywództwie („partnership in leadership"). On je tylko zreformował, zyskując większą niezależność od Starszego Brata.

Niemcy są nadal najważniejszym sojusznikiem USA w Eurazji. Amerykanie mają świadomość, że ich potęga nie jest nieograniczona i że warunkiem zachowania globalnego przywództwa jest współpraca i pomoc innych mocarstw. Oś Berlin-Waszyngton jest fundamentem euroatlantyckiego Zachodu, który nadal jeszcze dominuje na kuli ziemskiej, będąc, jak chce amerykański politolog Immanuel Wallerstein, centrum systemu światowego.

RFN stała się niezbędnym mocarstwem w eurazjatyckim układzie równowagi sił. Sojusz z Rosją ma przede wszystkim charakter geopolityczny. Berlin, mając lepsze stosunki z Moskwą w porównaniu z innymi stolicami Zachodu, dodatkowo lewaruje swoją pozycję wobec sojuszników.

Niemcy posiadają jeszcze jeden ważny wektor na Wschodzie, a mianowicie Pekin. Co prawda bardzo intensywne relacje z Państwem Środka mają przede wszystkim wymiar handlowy, ale mogą się kiedyś przekształcić w wielki kontynentalny trójkąt: Berlin-Pekin-Moskwa, który rzuci wyzwanie globalnemu przywództwu mocarstwa morskiego – Stanom Zjednoczonym. Już sama potencjalna groźba powstania takiego paneurazjatyckiego aliansu powoduje, że Amerykanie będą gotowi zapłacić Niemcom każdą cenę, aby pozostali częścią świata euroatlantyckiego.

Berlin zdobył pozycję globalnego sworznia, a więc mocarstwa, od którego zależeć będzie przyszłość konfrontacji pomiędzy eurazjatyckimi mocarstwami kontynentalnymi a jedynym supermocarstwem morskim.

W obecnym wielobiegunowym systemie międzynarodowym, który współkształtuje siedem mocarstw: USA, Wielka Brytania, Francja, RFN, Rosja, Japonia i Chiny, Niemcy odgrywają szczególną rolę. Są najbardziej atrakcyjnym partnerem dla innych graczy. Udało im się bowiem zrealizować jedno z najważniejszych przykazań Ottona von Bismarcka: mają lepsze stosunki z każdym z mocarstw globalnych, aniżeli one pomiędzy sobą, przez co stają się nieodzownym elementem równowagi globalnej.

O dziwo: zręczności, jaką Niemcy wykazują w grach globalnych, brakuje im w polityce europejskiej. Jeszcze do niedawna wydawało się, że na Starym Kontynencie odgrywać będą rolę hegemona, przede wszystkim wskutek kryzysu finansowego, który osłabił ich najważniejszych partnerów – przede wszystkim Francuzów i Włochów.

Ta zmiana układu sił znalazła odzwierciedlenie w dyskursie niemieckich elit politycznych. Pretekstem do dyskusji nad rolą RFN w polityce europejskiej i światowej stał się artykuł profesora Christopha Schönbergera z Uniwersytetu w Konstanz „Hegemon mimo woli" (2012), który dowodził, że RFN zajmuje dziś w Europie pozycję hegemoniczną. Tekst ten spotkał się z ogromnym rezonansem. Polemiści zaprezentowali wszystkie możliwe stanowiska, ale dominujące było przekonanie, że obecna pozycja Niemiec wykazuje wiele analogii do czasów Bismarcka. A zatem, że „kwestia niemiecka" powraca na arenę historii, a Niemcy stają się półhegemonem.

Dylematy półhegemonii opisał Dominik Geppert, profesor historii najnowszej z Uniwersytetu Bońskiego. W wydanej w 2013 roku książce „Europa, której nie ma. Fatalne skutki fiaska euro" („Ein Europa, das es nich gibt. Die fatale Sprengkraft des Euro") skupił się na skutkach kryzysu finansowego. Uznał, że wspólna waluta od samego początku była pomysłem chybionym, ponieważ przyniosła efekty przeciwne do tych, jakie zamierzali osiągnąć jej pomysłodawcy: „Europejska Unia Walutowa, zamiast zjednoczyć Europę i wzmocnić Unię Europejską, podzieliła Europę i osłabiła Unię Europejską".

Przyjęciu euro przyświecały dwa podstawowe cele. Chciano przyspieszyć integrację polityczną na kontynencie i przekształcić UE w rzeczywistą unię polityczną. Żywiono nadzieję, że w ten sposób uda się raz na zawsze rozwiązać zagrożenia związane z ewentualnym powrotem „kwestii niemieckiej", które pojawiło się wraz ze zjednoczeniem Niemiec w roku 1991. Francuzi wierzyli, że potęga Niemiec bierze się z silnej marki, a przyjęcie wspólnej waluty osłabi ich najważniejszego europejskiego partnera. Stało się inaczej, euro doprowadziło do największego kryzysu Unii, zagroziło nawet jej dezintegracją i postawiło Niemcy w pozycji półhegemonialnej w Europie.

Półhegemonia, ten „nielubiany relikt przeszłości", w gruncie rzeczy oznacza niezdolność do wypełnienia roli przywódczej i skutkuje izolacją na kontynencie. RFN, najsilniejszy kraj strefy euro, jest za słaba, aby podyktować innym swój sposób jej sanacji. Nie narzuciła im bezwzględnych procedur oszczędnościowych, które zahamowałyby powstawanie nowych długów. Nie była gotowa również do wzięcia odpowiedzialności za długi innych, to znaczy do zwiększenia transferów finansowych do krajów zadłużonych.

Rozpoznanie Gepperta podzielił ostatnio (2015) analityk German Marshall Fund, Hans Kundnani, w głośnej książce „Paradoks niemieckiej potęgi" („The Paradox of German Power"). Zgodził się, że RFN dziś stoi przed bismarckowskim dylematem potęgi. Zauważył także, że powrót „kwestii niemieckiej" oznaczać będzie destabilizację polityki europejskiej.

Według niego RFN nie jest ani rzeczywistym, ani potencjalnym hegemonem, albowiem jest za mała i za słaba. Powołał się przy tym na teorię hegemonicznej stabilności, która definiuje hegemona jako mocarstwo, które nie tylko ustanawia normy w relacjach międzypaństwowych, ale również tworzy system zachęt dla państw słabszych. Poznajemy go więc po tym, że raczej macha marchewką aniżeli kijem. Przykładem służy polityka Stanów Zjednoczonych wobec zachodniej Europy po drugiej wojnie światowej. Waszyngton w latach 50. XX wieku przyznał preferencje handlowe swoim zachodnioeuropejskim partnerom, przez co pogorszył warunki amerykańskiego importu. Niemcy po wybuchu kryzysu finansowego prowadzą politykę odwrotną. Zamiast zachęt stosują twarde środki nacisku, których celem ma być zaciskanie pasa i dyscyplina budżetowa w państwach dotkniętych kryzysem.

Kundnani uważa, że półhegemonia RFN jest obecnie czynnikiem destabilizującym politykę europejską:

„Historia stosunków międzynarodowych w Europie, a w szczególności historia kwestii niemieckiej, uczy nas, że niemiecka półhegemonia z wielkim prawdopodobieństwem prowadzi do konfliktów. Dziś w Europie istnieje niebezpieczeństwo, że powtórzy się geoekonomiczny wariant konfliktu, jaki miał miejsce po zjednoczeniu Niemiec w 1871 r.".

W europejskiej izolacji

Te akademickie diagnozy znajdują potwierdzenie w faktach. Nie sposób nie zauważyć w ostatnich kilku latach regresu w relacjach Berlina z najważniejszymi partnerami europejskimi. Notabene, przy okazji obchodów 25. rocznicy traktatu polsko-niemieckiego media niemieckie i większość polskich propagowały narrację, że stosunki polsko-niemieckie są złe, ponieważ zepsuł je PiS, który doszedł do władzy w Polsce w ubiegłym roku. Przeoczyły fakt, że w ostatnim czasie doszło do oziębienia relacji Berlina z większością jego najważniejszych partnerów.

Z osi francusko-niemieckiej, która miała stanowić „motor" procesów integracyjnych, nie pozostało nic. Kłopoty strefy euro tylko pogłębiły kryzys francuskiego państwa opiekuńczego. Wewnętrzne problemy i niezdolność do podjęcia systemowych reform paraliżują wszelkie próby bardziej asertywnego podejścia do Berlina.

Relacje z Włochami są po prostu złe. Premier Matteo Renzi, publicznie oceniając politykę gospodarczą gabinetu Angeli Merkel, nawet nie próbuje zachować dyplomatycznego dystansu. Jako pierwszy polityk unijny sugeruje budowę bloku, który będzie równoważyć niemiecki dyktat. Wrogość Greków do Niemców, którzy są głównymi donatorami programów pomocowych, nie jest w żaden sposób skrywana. Kryzys w strefie euro na długo wbił klin pomiędzy Niemcami a krajami południa, które cierpią z powodu narzuconej im polityki oszczędnościowej.

Mimo przyjaznych gestów stosunki z Wielką Brytanią wcale nie są lepsze. Zapomina się, że jedną z podstawowych przyczyn eurosceptycyzmu Wyspiarzy jest forsowanie przez Niemcy utopijnych planów stworzenia państwa federacyjnego w Europie. Brexit oznacza fiasko polityki Angeli Merkel, w której planach Wielka Brytania miała równoważyć francuskie dążenia do etatyzacji gospodarki i powołania europejskiego rządu gospodarczego.

Jeszcze jaskrawszym symptomem kryzysu niemieckiej polityki europejskiej jest oziębienie stosunków z krajami Europy Środkowej i Wschodniej. Ten region do niedawna uznawany był za strefę wyłącznych wpływów Berlina. Niemcy przez ostatnie ćwierćwiecze bez trudu blokowały powstanie jakiejkolwiek koalicji, która mogłaby się im przeciwstawić. Przyzwyczaiły się do narzucania swojej woli słabszym klientom. Mocarstwowa hybris z reguły wywołuje reakcje. Gdy w ubiegłym roku Berlin zmusił kraje naszego regionu do przyjęcia kwot imigrantów, te zbuntowały się, wypowiedziały mu posłuszeństwo i po raz pierwszy zmontowały wspólną koalicję.

Nie lepiej wreszcie dzieje się na wschodzie. Niemcy zostały sprytnie wmanewrowane przez USA do odgrywania pierwszoplanowej roli w rozmowach na temat rozwiązania konfliktu rosyjsko-ukraińskiego. Próbując odgrywać rolę „uczciwego maklera", nie spełniła oczekiwań zarówno Ukraińców, jak i Rosjan. Kijów ustami swojego ambasadora w Berlinie ostro krytykował dyplomację niemiecką za uleganie wpływom Moskwy. Z kolei Kreml, chcąc osłabić pozycję kanclerz Merkel, prowadzi wobec niej otwartą wojnę informacyjną.

Pogorszenie relacji z najważniejszymi partnerami związane jest z nieskutecznością przywództwa Berlina, który nie sprostał wyzwaniom, jakie przyniosły kolejne kryzysy: zadłużeniowy, ukraiński i migracyjny.

Sny o potędze

Paradoks niemieckiej potęgi ma więc polegać na tym, że obiektywna pozycja RFN w systemie międzynarodowym jest przyczyną jej dysfunkcjonalnej polityki i niezdolności do przywództwa w Europie. Politologowie i historycy niemieccy, stawiając tezę o powrocie „kwestii niemieckiej" i półhegemonii, wskazują na warunki obiektywne, a nie subiektywne, czyli na zamierzenia elit politycznych i społeczeństwa. To wyjaśnienie może być wygodnym pretekstem dla Niemców: to nie my jesteśmy winni obecnemu kryzysowi, a konstelacja międzynarodowa w Europie.

Rodzi jednak ono podstawową wątpliwość. Dlaczego Berlin tak dobrze radzi sobie globalnie, a nie sprawdza się w swoim najbliższym regionie? Dlaczego potrafi wpasować się w porządek światowy, ale nie w europejski?

Potęga państwa to kombinacja twardej siły (hard power), na którą składają się jego ludność, gospodarka i siły zbrojne, oraz miękkiej siły (soft power), czyli – nieco rzecz upraszczając – jego atrakcyjności. Państwa, które mają potencjał, by kształtować rzeczywistość międzynarodową zgodnie ze swoimi interesami, nazywamy mocarstwami. I ze względu na zakres ich oddziaływania możemy je podzielić na trzy kategorie – na mocarstwa regionalne, kontynentalne i światowe.

Najważniejszym niemieckim zasobem twardej siły jest niewątpliwie największa w Europie i czwarta w świecie gospodarka. Jednakże, jak się rzekło, potęga w stosunkach międzynarodowych ma charakter względny. Na tle innych kontynentalnych partnerów przewaga Berlina nie jest tak wielka, jak mogłoby się wydawać. Jeśli za wskaźnik do porównań weźmiemy PKB, to okaże się, że w roku 2013 wyniósł on dla Niemiec 3455 mld dol., dla Francji – 2625 mld dol., dla Wielkiej Brytanii 2366 mld dol., a dla Włoch 1979 mld dol. (dane Banku Światowego). Jak widać, gospodarki dwóch dowolnych mocarstw europejskich są większe od niemieckiej.

Trudno znaleźć również uzasadnienie obecnej supremacji Berlina w Unii Europejskiej. Całościowe PKB UE (28 państw członkowskich) w roku 2013 wyniosło 16 560 mld dol. A zatem gospodarka niemiecka to tylko jedna piąta unijnej. Do udziałów większościowych jest więc bardzo daleko. Podobnie w perspektywie globalnej: jeśli za wskaźnik wziąć udział danego państwa w światowym PKB, to dla Stanów Zjednoczonych wynosi on 23 proc., dla Chin 11 proc., dla Japonii 8 proc., dla Niemiec 5 proc., a dla Rosji tylko 2,4 proc.

Podsumowując, wskaźniki gospodarcze predestynują RFN do pozycji mocarstwa regionalnego, i to wcale nie dominującego. Co więcej, kryzys demograficzny, a w jeszcze większym stopniu stan sił zbrojnych może budzić wątpliwości co do mocarstwowości Berlina. Skąd więc Niemcy czerpią przekonanie o swojej hegemonii?

To przekonanie ma swoje uzasadnienie nie tyle w realiach, ile raczej w zręcznej public relations Berlina. Jej skuteczność polega na tym, że nie jest ona zwykłą propagandą – oszustwem przeznaczonym dla świata zewnętrznego. Przekonanie o potencjale hegemoniczności jest, jak widać, głęboko zakorzenione w mentalności niemieckich elit.

Z liczbami nie ma co dyskutować. Obiektywnie rzecz ujmując, Niemcy nie są dziś hegemonem w Europie, ani nawet półhegemonem. Są jednym z mocarstw – co prawda najsilniejszym gospodarczo, ale słabym militarnie. Istotnym źródłem ich pozycji jest umiejętność wykorzystania struktur integracyjnych. Niemieckie elity najlepiej zrozumiały, że władza to wpływ na tworzenie wspólnych reguł. I są bezkonkurencyjne w takim ich kształtowaniu, ażeby były one zgodne z ich narodowymi interesami.

Dziś „kwestia niemiecka" w Europie nie polega więc na szczególnej pozycji RFN w systemie mocarstw. Ma bowiem charakter psychospołeczny i bierze się z przeszacowania własnej potęgi.

A zatem nie mamy do czynienia z nierozwiązywalnym dylematem rodem z greckiej tragedii. Kwestia niemiecka to nie żadne fatum. Jest ona rozwiązywalna pod warunkiem powrotu niemieckich elit do rzeczywistości. Nie jest to oczywiście proste, albowiem trudno zmienić stereotypy społecznego myślenia, szczególnie te, które trwają dobrze ponad sto lat.

Kanclerska recepta

Najbardziej trzeźwym, bo posiadającym niezwykły zmysł realizmu, politykiem w nowożytnej historii niemieckiego państwa narodowego był Otto von Bismarck. Jego sukcesy brały się z właściwego oglądu rzeczywistości międzynarodowej, a nie były skutkiem wprowadzania w życie skomplikowanych szachowych strategii czy wielkich ideologicznych wizji.

Politycy niemieccy, jak choćby Frank-Walter Steinmeier, nawiązują dziś wprost do spuścizny Żelaznego Kanclerza. Ich historyczne predylekcje nie odciskają się jednak w dyplomatycznej praktyce. W sprawach strategicznych z Berlina dochodzą nas głosy oderwane od rzeczywistości, jak choćby postulat stworzenia ściślejszej unii politycznej w Europie jako recepty na Brexit. Jednak pomimo to obecne kryzysy i narastająca izolacja na arenie międzynarodowej powodować będą, że Niemcy coraz częściej będą musieli się konfrontować z ograniczeniami swojej własnej potęgi i w konsekwencji sięgać będą po wzorowaną na Bismarcku politykę samoograniczenia.

Na czym miałaby ona dziś polegać? Aby na to odpowiedzieć, dokładniej przestudiujmy wzorzec. Niemiecki historyk Andreas Hillgruber w dziele z roku 1971 „Polityka zagraniczna Bismarcka" („Bismarcks Außenpolitik") wykazał, że pierwszy kanclerz II Rzeszy wybierał spośród trzech opcji. Pierwsza polegała na podziale stref wpływów pomiędzy mocarstwami kosztem państw małych i średnich. Druga na korzystaniu z wojny prewencyjnej, czyli niespodziewanym i wyprzedzającym uderzeniu na mocarstwo, które może być potencjalnym architektem antyniemieckiej koalicji. Wreszcie trzecia – na umiejętnym rozgrywaniu interesów innych mocarstw i przenoszeniu konfliktów między nimi na krańce Europy.

Dziś nikt o zdrowych zmysłach nie myśli o wojnie prewencyjnej jako narzędziu dyplomatycznym. Jednak pozostałe dwa sposoby samoograniczania Berlin stosuje już od dawna. Szczególne relacje z Rosją wybudowane są kosztem interesów państw środkowoeuropejskich. Z kolei dramatyczna sytuacja w obozach uchodźczych w Grecji jest przykładem przenoszenia kryzysu w stosunkach pomiędzy mocarstwami europejskimi na margines kontynentu.

Na szczęście stosowanie tych mocarstwowych metod ogranicza dziś jawność prawa międzynarodowego i zasady współpracy w ramach Unii Europejskiej. Jednak państwa małe i średnie, takie jak Polska, odczuwają ich skutki, ponieważ redukują je one do przedmiotu gier mocarstwowych.

Czy nasz kraj może wybrnąć z tej pułapki uprzedmiotowienia?

Szansa dla Polski

To będzie wymagało zmiany optyki naszego niemieckiego partnera. Wspomniany wcześniej profesor Geppert zauważył, że Niemcy dostrzegą potencjał partnerstwa z Polską, jeśli odrzucą utopię Europejskiego Państwa Federalnego. Można stąd wyciągnąć wniosek, że eurofederalizm jest jednym z narzędzi polityki mocarstwowej. I chyba rzeczywiście coś jest na rzeczy, bo nasi zachodni sąsiedzi często stosowali eurofederalistyczną pałkę przeciwko próbom upodmiotowienia polskiej polityki zagranicznej.

Na tę zależność jest jeszcze inny dowód. Nie ulega wątpliwości, że podstawowym warunkiem wszelkich planów pogłębiania integracji europejskiej było istnienie francusko-niemieckiego dyrektoriatu w UE. To on pozwalał obu mocarstwom kontrolować tę organizację i dawał możliwość decydowania o strategicznych kierunkach jej rozwoju. Dla Polski zawsze stanowił przeszkodę. Oś francusko-niemiecka nie pozwalała nam na balansowanie pomiędzy obydwoma najważniejszymi partnerami kontynentalnymi. Nie mogliśmy grać na Paryż, aby wzmocnić swoją pozycję w relacjach z Berlinem, co skazywało nas na zależność od Niemiec. Te właśnie uwarunkowania tłumaczą również fakt, dlaczego nigdy w swojej historii tzw. trójkąt weimarski, czyli współpraca Polski, Niemiec i Francji, nigdy nie osiągnął żadnej istotnej geopolitycznej wagi, był tylko sposobem na ceremonialne konsultacje, podczas których nie zapadały żadne ważne decyzje dotyczące Europy.

Być może jednak ta niekorzystna konstelacja zmieni się w najbliższych latach. Kolejna próba reanimowania osi francusko-niemieckiej nie ma szans powodzenia. Straszy się nas, że w efekcie Brexitu oba państwa zawrą porozumienie i stworzą tzw. integracyjny twardy rdzeń, a Polska na zawsze pozostanie już na europejskich peryferiach. To jednak bajka o żelaznym wilku.

Twardy rdzeń, za którym przede wszystkim optują Francuzi, polegałby na stworzeniu tzw. unii transferowej. Jej celem byłoby wyrównanie poziomów rozwoju gospodarczego pomiędzy krajami bogatej północy i zadłużonego południa. Niemcy musieliby przekazywać ogromną pomoc finansową Grecji, Hiszpanii, Włochom i Francji. Skala niemieckiej pomocy dla Eurolandu byłaby nieporównywalna do dzisiejszej składki na budżet UE (1 proc. PKB). Musiałaby ja bowiem wielokrotnie przewyższać. Ale to by nie wystarczyło. Niemcy musieliby się również zgodzić na zlikwidowanie swojej nadwyżki handlowej, czyli działać świadomie na rzecz zmniejszenia konkurencyjności własnej gospodarki. Takiej decyzji jednak nie podejmie żaden niemiecki polityk, bo wyborcy natychmiast odebraliby mu władzę. Gospodarcza prosperity jest bowiem najważniejszym czynnikiem legitymizującym władzę w berlińskiej republice. Notabene, z tego powodu właśnie RFN nie może stać się dobrotliwym hegemonem.

Sprzeczności interesów pomiędzy wierzycielami z północy i dłużnikami z południa, które ujawnił kryzys wspólnej waluty, doprowadzą do fiaska próby stworzenia twardego rdzenia i wybiją z głowy politykom eurofederalistyczne utopie. Rozluźnienie procesów integracji może być dla Polski szansą. Doprowadzi do ostatecznego rozpadu osi Berlin-Paryż i da nam szansę na balansowanie pomiędzy Francją i Niemcami. Będzie okazją do wybicia się na podmiotowość, ponieważ trudno oczekiwać, że w najbliższych latach uda się nam stworzyć wektor wschodni polskiej polityki zagranicznej, bo to zakładałoby dziś niemożliwe przecież zbliżenie z Moskwą.

Ażeby skutecznie balansować między Berlinem a Paryżem, powinniśmy doprowadzić do wzrostu realnej potęgi naszego kraju w Europie. Ponieważ nie możemy liczyć na szybki wzrost ludności lub gospodarki, to pozostaje nam jedynie inwestycja w armię. W ciągu dekady jesteśmy w stanie znacząco wzmocnić nasz potencjał militarny. Chodziłoby o to, ażeby Polska nie tylko była w stanie bronić się przed potencjalnym wrogiem, ale również wysłać kilka dodatkowych brygad do państw bałtyckich czy też na flankę południowo-wschodnią (np. do Rumunii). To wymaga znacznego zwiększenia liczby żołnierzy i nakładów finansowych. Rosja wydaje 4 proc. PKB na wojsko, a w Okręgu Zachodnim graniczącym z Polską wystawia 200 tys. żołnierzy. I to te liczby winny być naszym punktem odniesienia.

Temu celowi winna służyć polska inicjatywa pogłębienia integracji polityki bezpieczeństwa i zagranicznej państw kontynentalnych. Być może – w formie wspólnej europejskiej armii. Istota naszej strategii sprowadzałaby się do tego, że dysponowalibyśmy pewną nadwyżką militarnej potęgi i moglibyśmy ją eksportować do krajów regionu. To dawałoby nam atut w grach z mocarstwami, ponieważ Niemcy ze względu na swój pacyfizm chętnie oddaliby naszemu krajowi rolę, jeśli nie lidera, to partnera w militarnym przywództwie w Europie Środkowej.

Prawdopodobne odejście niemieckich elit politycznych od paradygmatu półhegemonialnego może być największą szansą dla polskiej polityki zagranicznej. Dojdzie do niej pod warunkiem, że nasi zachodni sąsiedzi zrozumieją, że ich państwo nie ma potencjału, ażeby samodzielnie przewodzić w Europie i ponosić odpowiedzialność za walkę z narastającą spiralą kryzysową. Brak dążącego do dominacji mocarstwa spowoduje, że w szeroko rozumianym otoczeniu Polski zacznie kształtować się układ równowagi sił. Zamiast porządku jednobiegunowego (Berlin) powstanie układ multipolarny. I w nim Polska mogłaby odegrać rolę jednego z regionalnych biegunów. To pozwoli jej odgrywać podmiotową rolę w grach mocarstwowych na naszym kontynencie.

Dylemat niemieckiej potęgi polega na wyborze pomiędzy dwoma strategiami, dążeniem do hegemonii lub do układu równowagi sił. Największym paradoksem jest fakt, że projekty federalizacyjne, służące pogłębianiu integracji europejskiej, tworzyły uwarunkowania do dominacji Niemiec na kontynencie. Praktyka była więc niezgodna z teorią, która dowodziła, że przekazywanie kompetencji przez państwa narodowe instytucjom ponadnarodowym miało osłabić wpływy mocarstw. Dlatego wyjściem z obecnego kryzysu wydaje się być taka reforma Unii Europejskiej, która przywróci równowagę pomiędzy mocarstwami a krajami małymi i średnimi. A więc powrót do zasad obowiązujących przed zawarciem traktatu lizbońskiego.


PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej":


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95


Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL