fbTrack

Plus Minus

Bogusław Chrabota: Brak artystów to brak twórczości

Fotorzepa, Maciej Zienkiewicz
Nie wszyscy muzycy są Stonesami czy McCartneyem, którzy mogą narzucać warunki światu, domagać się milionowych kontraktów za koncerty czy przebierać w wytwórniach jak w ulęgałkach.

Są więc wybrańcy losu i cała reszta, która ledwie zipie. Są bogowie sceny i rynku oraz milion żebraków, którym dzisiejsze czasy niewiele mają do zaoferowania. Zwłaszcza w Polsce, u nas, nad Wisłą. Najwięksi i najcwańsi żyją z tantiem, które heroicznie (i z niezłą marżą) zbierają dla nich ZAiKS i inne organizacje zbiorowego zarządzania prawami. Młodsi, wychowani w świecie internetu, zaczynają sobie nieźle radzić w sieci, w której też można zebrać nieco grosza. Ale to ciągle margines, węższy nawet od wspomnianego środowiska wyjadaczy z ZAiKS-u.

A co ma reszta? Ciągłe chałtury, pogoń za jakimś chwilowym „jobem"? Wiecznie pojawiające się pytanie, skąd wziąć pieniądze na mieszkanie, nowy instrument, za co zjeść, a nawet ruszyć się na koncert? Nie mają łatwo. Wciąż nie doczekaliśmy się w Polsce ustawy o statusie twórcy, związków zawodowych umiejących zadbać o zbiorowy interes artystów, w końcu przepisów o ochronie kultury narodowej w mediach, które narzucałyby określone obowiązki nadawcom, zwłaszcza tym rzekomo „misyjnym", publicznym. Wciąż rządzi w tym świecie niewidoczna ręka, która nie ma nic wspólnego z rynkiem, za to wiele z indywidualnymi profitami redaktorów, by nie nazwać jej brzydkim słowem. Polskie wydawnictwa dawno straciły liczącą się pozycję na rynku na koszt międzynarodowych korporacji, dla których promocja polskiego artysty to niepotrzebny koszt. Oczywiście prościej i łatwiej promować w skali globalnej kolejne chamowate nagrania różnych Snoopy Dogów i wielkiej Beyoncé. Na pewno się sprzedadzą, a i kasa trafi na właściwe konta, z pewnością poza naszymi granicami.

Przed stu laty, w drugiej Rzeczypospolitej muzyka była grana głównie na żywo. Na samym warszawskim Trakcie Królewskim było 90 lokali z grającą dla gości rzeszą artystów, między którymi były trzy big-bandy. Dziś knajp jest niewiele mniej, ale gra w nich muzyka z plastiku, albo jeszcze częściej z sieci. O big-bandach nikt nie słyszał. A miałby kto w nich zagrać. Wykształceni muzycy jeszcze nie wymarli, ale to bliska perspektywa, bo nie mają ani etatów, ani stałej pracy. Epizodyczne zlecenia nie zapewniają ani opieki medycznej, ani emerytury. Wystarczy chwila nieuwagi, wypadek na trasie i lądują w niebycie, czyli na łasce prywatnej służby zdrowia i bogatszych krewnych. Wiele miała zmienić sieć, ale i ona nie dorasta do realnych potrzeb. Zarabiają na niej najwięksi, których odtworzenia idą w dziesiątki milionów. To im płaci Spotify, a nawet Facebook czy YouTube. Dużo gorzej mają mniej wylansowani, choć nie zawsze gorsi. Do nich trafiają resztki z pańskiego stołu, jedynie grosze. Zarazem portale obdzierają ich ze wszystkiego, co mają.

W szumiącej ciszy serwerów przepada ich twórczość, nadzieje i elementarna motywacja. Nie mają nawet tyle, by walczyć o swoje, skutecznie ścigać piratów. Adwokaci kosztują i zabierają czas, stąd mało kto decyduje się na wiele kroków prawnych. Ktoś powie: „Tak fatalnie? To niech zajmą się czymś innym, niech znajdą inną pracę". I tu budzi się moja niezgoda. Bo czymże byłby świat naszej estetyki bez tych mniej lub bardziej bezimiennych, których słuchamy niekiedy tylko kątem ucha, ale nas cieszą i inspirują. Tworzą ekosystem kultury, z którego wyrastają wielkie osobowości i kariery. Nie byłoby wielkich bez mniejszych. Otaczałaby nas pustynia.

Nie tak dawno przegraliśmy jako twórcy batalię o europejską dyrektywę o prawach autorskich. Miała lepiej nas wyposażyć w środki prawne do ochrony swoich praw. Stworzyć mechanizmy współdziałania z wydawcami, wymusić obowiązki licencyjne na „grubych misiach" internetu. Obronili się. Sypnęli kasą na nieuczciwe kampanie piarowskie o rzekomym „podatku od linków" czy ACTA 2. Przekonali młodzież, że twórcy są przeciw wolności w sieci. Jak to cofnąć? Jak wytłumaczyć pokoleniu YouTube, że „kontent", by zaistniał, trzeba wytworzyć, że nie ściąga się go po prostu myszką z chmury. Słabość artystów to słabość ich twórczości. A brak artystów to brak twórczości! Bez ochrony twórców będziemy coraz bliżej tej perspektywy. Dlatego apeluję do środowisk odpowiedzialnych za polskie życie publiczne. Chrońcie treść cywilizacji, w której żyjemy. Chrońcie twórców i ich własność intelektualną. Bez niej oddajecie pole międzynarodowemu bełkotowi bez tożsamości i ojczyzny. Dziś jeszcze możemy sobie pomóc, jutro będzie za późno.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL