fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Ciepły uśmiech zimnego drania

Eugeniusz Bodo z aktorką Norą Ney. W 1933 roku zostali wybrani królewską parą polskiego kina
NAC
Był najpopularniejszym aktorem II Rzeczypospolitej, bohaterem romansów, celebrytą i biznesmenem, a jego życie tragicznie dobiegło końca w sowieckim łagrze. Eugeniusz Bodo idealnie więc nadaje się na bohatera serialowej opowieści.

Do nakręcenia jego biografii przymierzał się kilkanaście lat temu Andrzej Kotkowski, scenariusz miał pisać Józef Hen, ale zabrakło wsparcia, głównie finansowego. Dopiero sukces rosyjskiego serialu o Annie German uświadomił decydentom, że losy Eugeniusza Bodo to kapitalny materiał filmowy łączący miłosne przygody, przeboje i żarty dawnych kabaretów z koszmarem II wojny oraz sowieckim terrorem. Efekty obecnej pracy ekipy TVP widzowie poznają więc w przyszłym roku.

Gdy ogląda się okładki tygodników sprzed 80 lat, na których Eugeniusz Bodo uśmiecha się w nienaturalny sposób, pokazując dwa rzędy białych zębów, trudno doprawdy uwierzyć, że był kiedyś obiektem westchnień niemal wszystkich Polek. Przypomina podtatusiałego amanta, choć dopiero przekroczył trzydziestkę. Wyglądem odbiega od dzisiejszych kanonów męskiej urody. Nie jest ani typem wiecznego chłopca, ani prawdziwego macho, ale jego kariera może być wciąż wzorem dla tych, którzy marzą o sławie.

Z licznego grona filmowych gwiazdorów, którzy zawładnęli widownią w dwudziestoleciu międzywojennym, tylko on nie popadł w zapomnienie. Dla pokolenia naszych rodziców i dziadków, którzy w czasach PRL pamiętali inną polską rzeczywistość, pozostał idolem. A kiedy w latach 60. i 70. zaczęto przypominać stare filmy z udziałem Eugeniusza Bodo, umocniło to jego legendę. Podobnie jak piosenki, które śpiewał na ekranie, a w naszych czasach przejęli je inni: „Umówiłem się z nią na dziewiątą", „Baby, ach te baby", „Seksapil", „Już taki jestem zimny drań", „Ach, śpij kochanie" i wiele innych. Zawsze dobierał je starannie, nieprzypadkowo do większości filmów z jego udziałem muzykę komponował najpewniejszy w II RP dostawca przebojów – Henryk Wars.

Grywał w komediach, w których jako sklepowy sprzedawca udawał dyplomatę („Jego ekscelencja subiekt") lub był hrabią przebranym za szofera („Jaśnie pan szofer"). Miał też w dorobku role dramatyczne, choćby wysoko ocenionego oficera niemieckiej marynarki w „Wietrze od morza" według powieści Stefana Żeromskiego albo komisarza Szczerby w „Bezimiennych bohaterach" o pracy polskiej policji. Do tego filmu sam zresztą napisał scenariusz.

Gwiazdor

Jego filmografia liczy ponad 30 tytułów, ale dają one tylko częściowe wyobrażenie o aktorstwie Eugeniusza Bodo. On zresztą początkowo nie miał przekonania do ekranowych opowieści. Przed kamerą stanął po raz pierwszy w 1925 roku w komedii „Rywale", uznanej potem za jedno z większych osiągnięć polskiego kina niemego. Miał wówczas 26 lat i nazwisko wyrobione występami w kabaretach z legendarnym Qui Pro Quo na czele, co dla niego było znacznie bardziej prestiżowe.

Ta początkowa niechęć do kina wydaje się wszakże dziwna, bo przecież towarzyszyło mu ono od najwcześniejszych lat. Bodo urodził się w Genewie w 1899 roku, ojciec – Szwajcar Teodor Junod – wkrótce potem przeniósł się z rodziną do Łodzi, gdzie na rogu Piotrkowskiej i Cegielnianej otworzył kinoteatr Urania. Prezentował tam filmy kręcone przez siebie i innych, ale wabił też publiczność występami orkiestr, cyrkowców, tancerek, kuplecistów i szansonistek.

Jego syn wychowywał się za kulisami Uranii, a zadebiutował, mając dziesięć lat. Jako mały kowboj śpiewał, tańczył i popisywał się zręcznością w posługiwaniu się lassem. Ojciec chciał co prawda, by zdobył porządny zawód, ale chłopak nie miał głowy do nauki. Marzył o karierze i w 1917 roku po prostu uciekł z domu.

Początkowo szukał szczęścia na scenkach w Poznaniu czy Lublinie. Aktorski fach poznawał w praktyce. Był samoukiem, czym zresztą później zbytnio się nie chwalił. W dokumentach przesłuchań, jakim w czasie II wojny poddawali go funkcjonariusze NKWD, w rubryce: wykształcenie, zapisano: siedem klas gimnazjum.

Na więcej nie wystarczyło ani czasu, ani ochoty. Stosunkowo szybko bowiem został dostrzeżony, bo miał talent i ogromną intuicję. Kiedy po przyjeździe do Warszawy zgłosił się na przesłuchanie do dyrektora Qui Pro Quo Jerzego Boczkowskiego, a ten poprosił młodego, nieznanego mu aktora o zaśpiewanie jakiejś piosenki, odparł: „Ja nie śpiewam, ja robię piosenki".

W tym stwierdzeniu nie było nic z młodzieńczej bezczelności. Bohdan Eugeniusz Junod, który przybrał pseudonim Eugeniusz Bodo, szybko udowodnił w Qui Pro Quo, że każdą piosenkę traktuje jak zadanie aktorskie. Walorami głosowymi ustępował co prawda najpopularniejszym wokalistom tamtych lat, Mieczysławowi Foggowi czy Tadeuszowi Faliszewskiemu, za to przewyższał ich umiejętnościami aktorskimi i tanecznymi. Nie zachowały się zapisy jego kabaretowych występów, próbkę tych umiejętności utrwalił natomiast w filmie „Piętro wyżej", w którym w kobiecym przebraniu nawiązującym do wizerunku hollywoodzkiego wampa, Mae West, śpiewał: „Seksapil to nasza broń kobieca...".

Dzieląc czas między kabaret i film, z rzadka pojawiał się na scenie teatralnej, proszony o to przez dyrektorów, którzy jego nazwiskiem na afiszu chcieli podreperować finanse. Zapraszano go z reguły do kasowych komedii, ale talent Bodo doceniał nieskory do pochwal Antoni Słonimski. W recenzji z premiery „Zemsty nietoperza" w warszawskim Teatrze Polskim napisał: „Pierwszy akt miał zgrabność i lekkość, bez której komedia muzyczna niewiele ma sensu. Głównie dzięki grze Boda, pełnego wdzięku i umiaru w stosowaniu groteski. Bodo był współczesny i żywy". Pozostali aktorzy biorący udział w przedstawieniu zostali potraktowani przez Słonimskiego znacznie surowiej.

Kochanek

Na potrzeby serialowej opowieści od dokonań artystycznych znacznie ciekawsze jest wszakże życie prywatne. Pod tym względem Eugeniusz Bodo ułatwił zadanie scenarzystom, choć muszą też zdać się na własną wyobraźnię.

Kiedy trzy lata temu ukazała się obszerna biografia aktora, pod adresem jej autora Ryszarda Wolańskiego skierowano pretensje (m.in. w „Gazecie Wyborczej"), że nie rozjaśnił tajemnicy homoseksualizmu swego bohatera. W świetle dzisiejszych sądów ktoś, kto nigdy się nie ożenił, mieszkał z matką i niechętnie opowiadał o życiu uczuciowym, musi być gejem. Bodo spełniał te wszystkie kryteria, na dodatek w „Piętro wyżej" śpiewał w kobiecym przebraniu, wystąpił w teatrze jako Ciotka Karola w znanej brytyjskiej farsie, natomiast jego ulubionym zajęciem domowym były... koralikowe wyszywanki.

Nie ma jednak dowodów na to, że rzeczywiście wolał mężczyzn. „Jestem wierny miłości, a nie w miłości" – powiedział w jednym z nielicznych wywiadów, w których zgodził się mówić nie tylko o swych rolach. Odpowiedzi na bardziej szczegółowe pytania jednak odmówił. Znane są natomiast historie jego kilku dłuższych związków z kobietami, choćby z aktorką Norą Ney, która w wieku 18 lat zadebiutowała u jego boku w nakręconym w 1926 roku filmie „Czerwony błazen". Z kolei Mira Zimińska wspomina w autobiografii, jak pewnego razu Bodo zaczął ją napastować w teatralnej garderobie w celach całkowicie jednoznacznych.

Najgłośniejszy był jego romans z piękną Tahitanką Reri, która stała się hollywoodzką gwiazdą po zagraniu w filmie „Tabu". Miała go promować trasą po Europie i dlatego w 1933 roku trafiła do Warszawy, gdzie w Alhambrze popisywała się tańcem i śpiewem. W dalszą podróż po Polsce wyruszyła już razem z Bodo. Wkrótce potem zamieszkali razem (i z jego mamą) w mieszkaniu na ulicy Marszałkowskiej, a on napisał dla niej do spółki z Anatolem Sternem scenariusz filmu „Czarna perła". Akcja rozgrywała się na Tahiti, Bodo zagrał polskiego marynarza, ona – Moanę, miejscową piękność.

Film miał tragiczne zakończenie, w życiu również ich związek nie doczekał się happy endu. Na przeszkodzie stanęła jej skłonność do nocnych zabaw i mocnego alkoholu. Bodo szukał zapomnienia na występach w Palestynie, Reri wyjechała z Polski. Kilka lat później spotkał ją na jednej z polinezyjskich lagun Arkady Fiedler. Spędzała wtedy czas głównie przy mocnych drinkach, ale z czułością wspominała polskiego kochanka.

Tym romansem przez kilkanaście miesięcy żyła polska prasa, podobnie jak wcześniej związkiem Bodo z Norą Ney, słynną z urody i odważnych strojów. W 1933 roku zostali wybrani na królewską parę polskiego kina. Oboje byli oblegani przez dziennikarzy i fotoreporterów. On dodatkowo chętnie pozował do zdjęć z ulubionym psem, dogiem Sambo, który miał wstęp do wszystkich warszawskich restauracji i kawiarni. Zabiegali o to ich właściciele, bo obecność gwiazdora z czworonożnym pupilem była znakomitą reklamą.

Z dzisiejszego punktu widzenia Eugeniusz Bodo to pierwszy nasz celebryta, nieustannie dostarczający tematów mediom. Najbardziej bolesną dla niego sprawą był wypadek samochodowy, który spowodował w 1929 roku, jadąc chevroletem z Warszawy do Poznania. W okolicach Łowicza na źle oznakowanym zakręcie wpadł na kupę kamieni i auto, koziołkując, runęło z wysokiego nasypu. Na miejscu zginął kolega z kabaretu Morskie Oko – Roland (Wiktor Konopka), kierowca i pozostali pasażerowie wyszli praktycznie bez szwanku.

Bodo dopiero od niedawna miał prawo jazdy, istniało też podejrzenie, że prowadził pod wpływem alkoholu, choć temu zaprzeczał. Faktem jest, że od tego tragicznego wydarzenia został zdeklarowanym abstynentem. W wyniku długo toczącego się śledztwa stanął w 1932 roku przed sądem, który uznał go za winnego i skazał na sześć miesięcy więzienia w zawieszeniu na trzy lata. Karę wymierzono jednak również burmistrzowi Łowicza i jego zastępcom za brak należytego zabezpieczenia zakrętu.

Od początku kariery wiedział, jak wykorzystać swą popularność, czego mogliby się od niego uczyć dzisiejsi gwiazdorzy. Już w 1924 roku, gdy w Qui Pro Quo odniósł pierwszy poważniejszy sukces, śpiewając opracowaną dla niego przez Andrzeja Własta polską wersję francuskiego przeboju „Titina, ach Titina", w programach do przedstawień natychmiast pojawiły się reklamy warszawskich krawców, którzy szyli dla niego ubrania.

Promował krawaty Chojnackiego, kapelusze Młodkowskiego i buty Kielmana (ta warszawska firma istnieje do dziś), czekoladki Wedla, a nawet „Przegląd Sportowy", choć kiedyś powiedział w wywiadzie, że z dyscyplin sportowych uprawia jedynie myślistwo. Swój słynny uśmiech sprzedał oczywiście producentom pasty do zębów. Odmówił natomiast reklamowania wódki Baczewskiego.

Producent

Sławę próbował zdyskontować w działalności biznesowej. Firmował serię „Bodo nuty" wydawaną przez Gebethnera i Wolfa, przede wszystkim jednak w początkach kina dźwiękowego założył wytwórnię B-W-B, do spółki z Adamem Brodziszem, z którym rywalizował o miano najpopularniejszego aktora ekranowego, oraz z reżyserem Michałem Waszyńskim (jego bujny życiorys mógłby być tematem międzynarodowej koprodukcji serialowej).

Najgłośniejszym przedsięwzięciem B-W-B stał się nakręcony w Algierii w 1932 roku „Głos pustyni". Bodo był współproducentem, odtwórcą głównej roli szejka Abdullaha oraz autorem scenariusza, który napisał na kanwie powieści Ferdynanda Ossendowskiego. Na ekranie partnerowały mu Nora Ney i Maria Bogda (żona Brodzisza). Szefową ekipy w Algierii była matka Bodo, Jadwiga Junodowa.

Po wyprodukowaniu „Bezimiennych bohaterów" oraz „Głosu pustyni" wytwórnia B-W-B wszakże zbankrutowała. Bodo wrócił na scenę, ale już niespełna rok później został współzałożycielem nowego przedsięwzięcia: Urania-Film, które wystartowało jako producent komedii „Jego ekscelencja subiekt". Przez następne cztery lata Urania-Film firmowała sukcesy ekranowe swego współwłaściciela, a Bodo nie tylko grał oraz pisał scenariusze, ale i zaczął reżyserować. Być może to zajęcie w przyszłości zdominowałoby jego życie artystyczne. W planach miał ekranizację powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza „Kariera Nikodema Dyzmy". Tytułowego bohatera na pewno zagrałby znakomicie.

Krótko przed wybuchem II wojny światowej wszedł w jeszcze jeden biznes. Użyczył nazwiska kawiarni Cafe Bodo na ulicy Foksal 17, za co otrzymywał stałe, comiesięczne wynagrodzenie od jej właściciela. Zaczął też przygotowania do filmu „Uwaga – szpieg!", którego temat dobrze wpisywał się w niespokojne czasy.

W pierwszych tygodniach września 1939 roku zdecydował się opuścić Warszawę, zostawiając psa i matkę, która sama go do tego namówiła. Uważała, że w razie klęski grozi mu niebezpieczeństwo ze strony hitlerowców za antyniemieckie żarty w ostatnim programie kabaretu Tip Top. Eugeniusz Bodo wyruszył więc na wschód i tak się rozpoczęła jego ostatnia wędrówka, która serialowej opowieści doda rysu tragicznego. Ta część biografii w czasach PRL spowita była tajemnicą. W oficjalnych źródłach określono datę jego śmierci: po 4 lipca 1941 roku, co miało sugerować, że zabili go Niemcy po wkroczeniu do Lwowa.

Więzień

W tym mieście spotkał przyjaciela, kompozytora Henryka Warsa, który szybko założył zespół estradowy Tea Jazz, a Bodo stał się jego gwiazdą. Jeździli z koncertami po całym Związku Radzieckim – spotykali się z szykanami, ale mieli pracę i uniknęli losu innych Polaków, którzy znaleźli się pod sowiecką okupacją.

W odkryciu tego, co wydarzyło się dalej, niemałą rolę odegrał wnikliwy badacz dziejów polskiego kina Stanisław Janicki. Jeszcze w czasach PRL dotarł do osób, które mogły wiedzieć, co się stało ze słynnym aktorem.

Wybuch wojny niemiecko-radzieckiej zaskoczył zespół Tea Jazz nad Morzem Czarnym. Wszyscy jego członkowie postanowili jechać w głąb kraju, tylko Eugeniusz Bodo wybrał powrót do Lwowa. Odradzano mu to stanowczo, ale uważał, że będzie bezpieczny. Wtedy przyjaciele dowiedzieli się, że ma szwajcarski paszport.

Nie przypuszczał, że ten dokument, zamiast ułatwić mu wyjazd, okaże się przekleństwem. 26 czerwca 1941 roku z rozkazu NKWD został we Lwowie aresztowany, potem wywieziony na wschód do Ufy, a następnie do więzienia na moskiewskich Butyrkach i poddany przesłuchaniom jako szpieg. Gdy o uwolnienie aktora starali się przedstawiciele polskiej ambasady w Moskwie, usłyszeli od władz sowieckich stwierdzenie, że los obywatela Szwajcarii nie może być przedmiotem takich rozmów. Z tego samego powodu nie objęła go amnestia dla Polaków ogłoszona po podpisaniu porozumienia z rządem gen. Sikorskiego.

Henryk Wars i artyści z Tea Jazzu opuścili Związek Radziecki z armią Andersa. W sprawie oskarżonego o szpiegostwo Eugeniusza Bodo kapitan Gałkin wnioskował zaś w listopadzie 1942 roku do kierownictwa NKWD: „jako karę wyznaczyć skierowanie na pięć lat do obozu pracy poprawczej". Tak też postanowiono, ale do łagru w Kotłasie w obwodzie archangielskim Bodo trafił dopiero w maju 1943 roku. Dostarczono go chorego i w stanie skrajnego wycieńczenia. Zmarł kilka miesięcy później, 7 października.

W 1991 roku „Żano-Bodo Eugeniusz Bogdan, syn Teodora", jak figurował w kartotekach NKWD, został przez Federację Rosyjską zrehabilitowany. Archiwum dokumentujące jego śmierć przekazano stronie polskiej dopiero dziewięć lat później.

W pracy nad artykułem korzystałem z biografii „Eugeniusz Bodo – Już taki jestem zimny drań" Ryszarda Wolańskiego wydanej w 2012 roku przez Rebis

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA