fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Marcin Kędryna, hipster pana prezydenta

Plus Minus
Prawicowi blogerzy piszą o nim z niechęcią, że „wygląda jak ktoś zdjęty z ulicy i przekazany pod kuratelę ośrodka opieki społecznej". Kim jest Marcin Kędryna, współtwórca wyborczego sukcesu Andrzeja Dudy, a dziś współautor jego polityki informacyjnej?

Przerośnięty krasnal ogrodowy" – pisali o nim przed kilkoma miesiącami w satyrycznej rubryce tygodnika „wSieci" Robert Mazurek i Igor Zalewski, zwracając uwagę na to, co pierwsze rzuca się w oczy – niezwykły jak na urzędnika Kancelarii Prezydenta wizerunek. Długa broda i zupełnie nieurzędnicza fryzura, a także noszone do niedawna płaszcze i kolorowe marynarki na pierwszy rzut oka każą go zaklasyfikować raczej jako stałego bywalca knajpek umiejscowionych przy warszawskim placu Zbawiciela niż etatowego pracownika Pałacu Prezydenckiego. Nic bardziej mylnego – odkąd Andrzej Duda wygrał wybory prezydenckie, Kędryna zawsze jest blisko głowy państwa.

Resortowe dziecko

Z prezydentem Dudą, którego jest rówieśnikiem, Kędryna zna się jeszcze z czasów szkoły podstawowej. I – jak mówi Grzegorz Kapla, dziennikarz, który pracował z Kędryną w „Ozonie" i „Malemanie" – jest to prawdziwa przyjaźń. – To relacja osobista, bardzo dla Marcina ważna. Jest w tym coś, do czego w dzieciństwie wszyscyśmy tęsknili, czytając „Trzech muszkieterów" – mówi znajomy Kędryny.

Czytaj więcej

– Kędryna jest wobec prezydenta Dudy lojalny. Bardzo wiele zrobi dla niego, zaciskając zęby – mówi z kolei Maciej „Pertyn" Pertyński, dziennikarz motoryzacyjny, który również dobrze zna prezydenckiego doradcę. Znajomi Kędryny nie mają wątpliwości – to osobista relacja z prezydentem sprawiła, że trafił do świata wielkiej polityki.

Nie ukrywa zresztą tego sam Kędryna. – Nie mam szans na zostanie senatorem PiS – śmieje się, po czym już zupełnie poważnie dodaje: – Nie mam żadnych ambicji politycznych. W tym momencie zajmuję się – jakkolwiek górnolotnie by to zabrzmiało – służbą dla prezydenta. To samo w sobie jest fascynujące. Do tego prezydentem jest człowiek, którego znam od 35 lat i do którego mam zaufanie. Chyba pierwszy raz w życiu jestem przekonany, że działam w dobrej sprawie, co po dwudziestu paru latach pracy w mediach jest dziwnym uczuciem.

Kędryna służył radą Andrzejowi Dudzie od czasu, gdy ten w 2006 roku trafił do Warszawy (Duda został wówczas podsekretarzem stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości kierowanym przez Zbigniewa Ziobrę). Owo doradzanie polegało na tłumaczeniu, jak różne polityczne działania PiS i samego Dudy postrzegane są przez osoby spoza polityki, niebędące sympatykami Prawa i Sprawiedliwości (w roli takiego nieformalnego, zewnętrznego konsultanta występowała również Bożena, partnerka życiowa Kędryny).

Te przyjacielskie pogawędki o polityce zostały sformalizowane w 2014 roku, gdy – po wyborach do Parlamentu Europejskiego – Kędryna został jednym z asystentów ówczesnego europosła. A w lutym 2015 roku Duda, już jako kandydat na prezydenta, zaproponował Marcinowi Kędrynie, by przyjechał do siedziby PiS przy Nowogrodzkiej w Warszawie i zobaczył, czy nie mógłby pomóc przy nabierającej tempa kampanii. I tak Kędryna znalazł się nagle w samym sercu maszerującego po władzę Prawa i Sprawiedliwości.

Marcin Kędryna jest synem Lesława Kędryny – znanego fanom sportu w Krakowie trenera drużyn siatkarskich Wisły Kraków. To właśnie ze względu na klub, w którym w latach 80. pracował jego ojciec, Kędryna określił się w jednym z wpisów w Salonie24 jako „resortowe dziecko".

– W PRL jedni mieli lepiej, drudzy gorzej. Ja przez to, że – będąc trenerem siatkówki w Wiśle, mój ojciec miał etat milicyjny – miałem lepiej – tłumaczy, zaznaczając, że jego ojciec nie tylko nie angażował się w politykę po stronie komunistycznych władz, ale – mimo że był trenerem milicyjnego klubu – popierał „Solidarność".

Kędryna bycia „resortowym dzieckiem" się nie wstydzi. „Było mi zdecydowanie łatwiej osiągnąć to, co osiągnąłem. I tu nie chodzi o międzynarodowy spisek, tylko prozaiczne rzeczy. Mieszkanie, na które mój ojciec czekał z pół roku, resortowe żarcie, paczki na święta. I pewien rodzaj spokoju, którego dzieci działaczy opozycyjnych na pewno nie miały. U nas, nawet kiedy była raz rewizja, panowie starali się specjalnie nie bałaganić" – możemy przeczytać we wpisie „Pani Kani nie wierzę ani ani", jaki przed laty umieścił w Salonie24.

W tym samym wpisie Kędryna zarzuca autorce „Resortowych dzieci" Dorocie Kani, że jako dziennikarka śledcza jest niewiarygodna z racji pożyczki, jaką zaciągnęła u teściowej Marka Dochnala. „To, że zrobiła to nieświadomie, jest okolicznością łagodzącą tylko przed sądem. Zawodowo – dyskwalifikuje" – przekonuje Kędryna, który zarzuca Kani również to, że w książce, zamiast opisywać historie „resortowych dzieci", skupia się na „osobach, których nie lubi". Ten jeden wpis na zawsze zraził do Kędryny część prawicowej blogosfery.

Dziś wyjaśnia, że chciał zwrócić uwagę na fakt, iż problem „resortowych dzieci" świetnie pokazuje niesprawiedliwość PRL. – Jeżeli ktoś należał do lepszej kasty – działaczy partyjnych, rodzin związanych z „resortami" czy kulturą, miał lepsze i łatwiejsze życie. Nawet jeżeli angażował się w działalność opozycyjną – tłumaczy. To właśnie dlatego – jak dodaje – bohaterstwo osób w żaden sposób niezwiązanych z władzą w walce z komuną było dużo większe. – W „Resortowych dzieciach" nie lubię tego, że pomija zupełnie ten aspekt. Gdyby ta książka miała tytuł „Źli ludzie" albo „Ludzie, których nie lubimy", nie miałbym pretensji – podsumowuje.

Koledzy z V LO w Krakowie nie wspominają go jednak jako „resortowego dziecka". Pamiętają przede wszystkim, że przyjaciel Andrzeja Dudy już wtedy zwracał na siebie uwagę oryginalnym wyglądem „na pograniczu dziwactwa". – Miał specyficzny sposób ubierania się: potrafił przyjść do szkoły w starym palcie lub w butach z czasów II wojny światowej – mówi adwokat Dawid Mizierski.

Inny kolega z klasy, Marcin Rymar, określa styl Kędryny jako „młodopolski". – Kiedyś zimą przyszedł do szkoły ubrany w kożuch furmana i skórzaną czapkę pilotkę – wspomina. Dodaje, że Kędryna wyróżniał się też noszeniem zeszytów w aktówce, a jako przycisku do papieru potrafił używać cegły albo kawałka szyny.

Choć przełom lat 80. i 90. był politycznie gorącym okresem, Marcin, jak wspominają szkolni koledzy, nie interesował się polityką. Fascynowały go natomiast fortyfikacje wojskowe z czasów II wojny światowej (co ciekawe, to dzięki zainteresowaniom syna Anna Kędryna, absolwentka Akademii Muzycznej, która przez lata pracowała jako stroiciel fortepianów, wydała wraz z Robertem Jurgą 16 książek na temat historii fortyfikacji) i fotografia. W latach 1990–1991 Kędryna na pewien czas został też prezydentem – tak nazywano bowiem w tamtym czasie przewodniczącego samorządu szkolnego w V LO.

Zakaz pedałowania

Zainteresowanie fotografią sprawiło, że Kędryna znalazł dla siebie miejsce w dziennikarstwie – najpierw jako fotograf, a potem przez lata fotoedytor. Pracował m.in. w „Gazecie Krakowskiej" i „Przekroju", a w pierwszej dekadzie XXI wieku trafił do założonego przez Janusza Palikota (w tamtym czasie kreującego się na konserwatystę) „Ozonu".

Dziś sam przyznaje, że to było ważne doświadczenie. – Wcześniej byłem trochę lemingujący, a w „Ozonie" poznałem ludzi ze środowiska, którego wcześniej nie znałem, otworzyły mi się oczy na pewne rzeczy – tłumaczy.

W „Ozonie" zetknął się m.in. z Tomaszem Terlikowskim czy Robertem Tekielim. O tym pierwszym napisze w przyszłości, że „szanuje go jako człowieka o konkretnych poglądach, choć z większością z nich się nie zgadza". Wspominając drugiego, w jednym z wpisów na blogu stwierdzi, że gdyby Tekieli zobaczył złotego chińskiego kotka, który stoi u Kędryny na kredensie, „zapisałby go do satanistów, bo kotek – w jego rzeczywistości – na pewno ma coś wspólnego z jakimś demonem".

Kiedy pracował w „Ozonie", po raz pierwszy – choć pośrednio – usłyszała o nim cała Polska. To bowiem fotoedytor Kędryna był pomysłodawcą słynnej okładki, na której para młodych ludzi trzyma znany z demonstracji Narodowego Odrodzenia Polski symbol „Zakaz pedałowania".

Pytany o tę okładkę Kędryna tłumaczy, że – o czym dziś nikt nie pamięta – miała ona ilustrować tekst mówiący, iż z punktu widzenia norm Rady Europy 70 proc. Polaków jest homofobami. – Zaproponowałem zdjęcie rodziny – na kanapie mieli siedzieć rodzice z dziećmi i wszyscy mieli trzymać tabliczki z „zakazem pedałowania". Chodziło o to, aby pokazać, że z perspektywy Rady Europy niemal każdy Polak jest homofobem. Ostatecznie zamiast rodziny pokazaliśmy młodą parę – chłopaka i dziewczynę – trzymających tę tabliczkę – mówi. Dodaje, że nie spodziewał się, iż sama okładka zostanie uznana za homofobiczną.

– Mój błąd – mówi dziś, dodając, że tego rodzaju wpadki są typowe dla fotoedytorów. – Człowiekowi się wydaje, że czytelnik zna tekst, a ten znać go nie może, bo w przeciwieństwie do edytora jeszcze go nie przeczytał – tłumaczy.

Całopalenie tęczy

Fotoedytor Kędryna dziennikarzem został w „Malemanie", magazynie kierowanym przez Oliviera Janiaka, mającym wyznaczać trendy dla odnoszących sukces mężczyzn. Wprawdzie obrusza się, gdy jego ówczesną pracę określa się mianem dziennikarstwa, bo – jak sam przyznaje – wiele materiałów miało po prostu piarowy charakter, ale np. wywiady z politykami czy ambasadorami, które przeprowadzał wraz z Grzegorzem Kaplą, piarowskimi materiałami nie były.

Jako dziennikarz Kędryna dał się poznać jako gawędziarz. Obecny pracownik Kancelarii Prezydenta potrafił płynnie przechodzić od historii o koledze z podstawówki, który chciał zostać leśnikiem, do prezentacji fabryki lodówek. Innym razem zaczynał od tego, że uważa polską muzykę z lat 80. za coś – delikatnie mówiąc – niewartego uwagi, by od tej refleksji przejść do prezentacji nowego modelu luksusowego samochodu. To w tym czasie zaczął być przedstawiany jako ekspert w dziedzinie motoryzacji.

W tym samym okresie działał już jako aktywny bloger w Salonie24.pl – większość jego wpisów stanowią wprawdzie przedruki materiałów z „Malemana", ale zaczynają się pojawiać również tematy polityczne – np. wpis na temat stanu wojennego i gen. Jaruzelskiego czy wspomniany wcześniej wpis poświęcony Dorocie Kani.

Przyjaciele Kędryny mówią, że zwierzęciem politycznym był zawsze, choć długo objawiało się to głównie przez udział w dyskusjach toczonych w prywatnym gronie, m.in. w Kraken Rum Barze (to ulubione miejsce Kędryny w Warszawie, „jego kawałek Krakowa w stolicy" – jak mówi Kapla).

– To błyskotliwy facet o ogromnej zdolności kojarzenia faktów i dostrzegania całości, a nie tylko detali – charakteryzuje go Pertyński. Przyjaciel Kędryny dodaje, że nigdy nie był on ślepo zapatrzony w żadną ideę. – Ma swoje poglądy, ale nie traktuje ich bezkrytycznie. Potrafi zmienić zdanie, jeśli ktoś przekona go argumentacją odwołującą się do rozumu, a nie do emocji – podkreśla.

Kapla wspomina z kolei, że – jeszcze w czasach „Malemana" – Kędryna lubił brać udział w dyskusjach organizowanych w wydawnictwie ThinkTank Pawła Rabieja (dziś związanego z Nowoczesną), gdzie mógł się konfrontować z osobami o liberalno-lewicowych poglądach. – Uwielbiał takie dyskusje – podkreśla.

Jednocześnie Kędryna wciąż potrafił prezentować odrobinę specyficznego „hipsterskiego szaleństwa", które w młodości kazało mu przychodzić do szkoły z szyną. Wspomnianemu Rabiejowi wraz z Grzegorzem Kaplą ukradł kiedyś – dla żartu – zdjęcie Bronisława Komorowskiego wiszące przed jego gabinetem. – Z perspektywy czasu widać, że była to symboliczna zapowiedź przegranej Komorowskiego w wyborach prezydenckich – śmieje się Kapla.

Z kolei w krótkiej notce na portalu Fronda.pl, gdzie pojawił się jego artykuł, Kędryna określił się jako „orędownik odbudowy tęczy na pl. Zbawiciela, jak również całopalenia jej z okazji różnych świąt". – Lubię słuchać swoich żartów, a ten mi się spodobał – tłumaczy ze śmiechem. Przez pewien czas podrzucał również Rafałowi Madajczakowi, twórcy internetowego AszDziennika (znają się z „Przekroju"), tematy do jego serwisu. Do dziś prowadzi też facebookowy profil „Męskie blogerki modowe", na którym kpi z krawatów, koszul i marynarek polskich polityków.

Z kim się witał, z kim był na „ty"

W

czasie kampanii prezydenckiej Kędryna pracował w zespole skupionym wokół Pawła Szefernakera, który zajmował się prowadzeniem kampanii w mediach społecznościowych. Działaczem PiS nigdy jednak nie został. Szefernaker, pytany o Kędrynę, mówi, że pamięta, iż znalazł się on w jego zespole z polecenia Andrzeja Dudy.

– Twierdził, że nie lubi PO, bo popchnęła go w stronę PiS – mówi Pertyński, pytany o polityczne wybory Kędryny. I dodaje, że ten w przeszłości potrafił mówić o politykach PiS per „pisuary". – Z pewnością nie jest oddanym wyborcą i sympatykiem PiS, ale PO też nie. Kędryna widzi wady i zalety wszystkich ludzi – podkreśla.

Pewnym dystansem do wykonywanej pracy Kędryna próbował zresztą zarażać swoich współpracowników, wykrzykując co jakiś czas – w czasie pracy na Nowogrodzkiej – że nienawidzi PiS (według innej wersji miał mówić, że zagłosuje na PiS, dopiero jeśli znajdzie w tej partii pięciu takich polityków jak Paweł Szefernaker).

Sam Kędryna podkreśla jednak, że na Nowogrodzkiej spotkał wiele świetnych osób z drugiego i trzeciego szeregu partii, które nie pojawiają się w mediach. – Chociaż wydawało mi się, że jestem odporny na przekazy medialne, to jednak początkowo patrzyłem na tych ludzi jak na osoby, które zjadają dzieci na śniadanie – wspomina.

Na brodatego Kędrynę wielu działaczy PiS też patrzyło nieufnie. Jedna z osób wówczas z nim pracujących wspomina, że dał się zapamiętać jako osoba niezdolna do systematycznej pracy. – Był raczej kimś, kogo pytało się o zdanie, kiedy jakiś pomysł był już gotowy. On wtedy mówił, jak widzi to okiem człowieka z zewnątrz. W takiej roli sprawdzał się bardzo dobrze. Na pewno jednak nie był kimś, z kim można przygotować jakiś projekt od początku do końca – twierdzi nasz rozmówca.

Ludzie pracujący przy kampanii Dudy wykorzystywali też fakt, że Kędryna zna dobrze przyszłego prezydenta – za jego pośrednictwem sugerowano kandydatowi PiS, że należy np. zmodyfikować któryś z jego kampanijnych pomysłów.

Swoją cegiełkę do sukcesu Dudy Kędryna dołożył, a po wygranych wyborach Joachim Brudziński miał mu zaproponować przejście na „ty". Z kolei po wyborach parlamentarnych – jak pisał Kędryna na swoim blogu – działacze podchodzili do niego i gratulowali mu udanej kampanii, a on musiał wyjaśniać, że nie miał z nią nic wspólnego. – Widocznie uznali, że skoro na sali jest ktoś, kto wygląda jak ja, to musiał odegrać w kampanii dużą rolę – śmieje się. Po czym, już poważnie, dodaje, że ważniejsze od wyglądu było to, z kim się witał i z kim był na „ty".

Przed zaprzysiężeniem Andrzeja Dudy Marcin Kędryna pełnił funkcję nieformalnego rzecznika prezydenta. To on wyjaśniał m.in. kwestię wakacji prezydenta elekta w willi byłego prezesa firmy informatycznej Infovide-Matrix, której nazwa pojawiała się w kontekście tzw. infoafery. To również Kędryna wyjaśniał mediom polskim i zagranicznym niejasności związane z niezaproszeniem szefa Rady Europejskiej Donalda Tuska na uroczystość zaprzysiężenia Dudy. – Dumny jestem z tego, bo uważam, że zdecydowanie przekraczające moje kompetencje obowiązki wykonałem dobrze – mówi dziś.

Rzecznikiem prezydenta został jednak Marek Magierowski. A Kędryna? Formalnie odpowiada za obsługę Facebooka, a za swój największy sukces uważa fakt, iż to Andrzej Duda jako pierwszy polityk na świecie zaczął aktywnie korzystać z Facebook Mentions – narzędzia umożliwiającego prowadzenie transmisji na żywo w tym serwisie społecznościowym. Mentions, w założeniu mające służyć do robienia czegoś w rodzaju wideoselfie przez gwiazdy popkultury, Marcin Kędryna wykorzystał do tworzenia quasi-telewizji i transmitowania najważniejszych wydarzeń z życia Pałacu Prezydenckiego.

– Udało się stworzyć narzędzie, które uniezależnia nas od telewizyjnych nadawców, a którego koszt ogranicza się do rachunku za komórkę – mówi Kędryna. I dodaje, że taka facebookowa telewizja ma jeszcze jeden plus. – Tu nie ma montażu, transmisja jest na żywo, to daje szansę na obnażanie medialnych manipulacji – podkreśla. – Na światowym blogu Facebooka było to opisane jako success story. Nie padło tam jednak moje nazwisko i sam muszę opowiadać, że ten dział Facebooka w Kancelarii Prezydenta to jestem ja i mój telefon – podsumowuje Kędryna.

Tak naprawdę jednak Kędryna w Kancelarii Prezydenta jest po trosze wolnym elektronem i pomaga swojemu przyjacielowi tak, jak pomagał mu przez lata – mówiąc, co sądzi o różnych pomysłach na aktywność Pałacu jako człowiek patrzący na wszystko z zewnątrz. – Trochę za moją namową stara się zająć pozycję stojącego obok faceta, do którego wszyscy przychodzą po radę – mówi Pertyński.

Kędryna z pewnością może być cennym doradcą, bo – jak zgodnie podkreślają jego przyjaciele – jest człowiekiem bardzo przywiązanym do faktów i konkretów. Kapla podkreśla, że nigdy nie podałby np. liczby demonstrantów na marszu z 7 maja bez policzenia ich – głowa po głowie – na zdjęciach.

Brak dbałości o takie szczegóły Kędryna często zarzuca dziennikarzom – we wpisie „Zapiski z działu foto" w Salonie24 opisuje wiele historii, których bohaterami są dziennikarze wymyślający sobie rozmówców, mylący miejsca, o których piszą, i naginających fakty do założonej przez siebie tezy. – Zakładam, że nie ma demokracji bez kontroli medialnej, ale kontrola medialna musi być rzetelna – podkreśla.

Tylko na chwilę

Dlaczego Kędryna nie został rzecznikiem prezydenta? On sam tłumaczy, że „o ile obsługę czworga przyszłych ministrów i prezydenta elekta mógł jakoś sam ogarnąć, o tyle rzecznikowanie dość ważnemu urzędowi w państwie wymagało kogoś o większych kompetencjach". – Jak Marek [Magierowski], który jest w tym, co robi, świetny – dodaje.

To pewnie jednak tylko część prawdy. Nie sposób bowiem nie zauważyć, że to, co jest siłą Kędryny w jego obecnej roli, tak naprawdę raczej uniemożliwia mu stanie się osobą publiczną związaną z obozem władzy. I nie chodzi nawet o jego dość eklektyczne poglądy (jeden z przyjaciół określa go jako krakowskiego konserwatystę, inny mówi o lewicowej wrażliwości), lecz o wizerunek osoby z zupełnie innego świata.

Kiedy Kędryna zaczął się coraz częściej pojawiać w otoczeniu Dudy, na celownik wzięło go dwóch popularnych w prawicowym internecie blogerów – Toyah i Coryllus. „On wygląda jak ktoś zdjęty z ulicy i przekazany pod kuratelę ośrodka opieki społecznej" – pisał ten pierwszy. „Niech ludzie Prezydenta mają na niego oko na tyle czujne, że gdy on zacznie na dobre świrować, przewrócą go na ziemię, zwiążą i zamkną w piwnicy, aż oprzytomnieje" – kontynuował, uznając aktywność Kędryny za „oryginalną w taki sposób, że z punktu widzenia normalnego człowieka na tle dzisiejszej Polski stanowi zdecydowany i oczywisty dysonans".

Coryllus (Gabriel Maciejewski), pytany o Marcina Kędrynę, mówi, że „ktoś taki jak Kędryna, a chodzi mi tutaj zarówno o jego hipsterski styl, jak i o możliwości autorskie, mógłby reprezentować Kancelarię Prezydenta tylko przy zachowaniu całkowitej tajności". – To znaczy: Kędryna jest tak dobry w jakimś zakresie, że nie możemy się go pozbyć, bo wszystko się zawali, ale wygląda, gada i pisze, jak widać, więc musimy go ukrywać. Inne okoliczności nie mają prawa zajść – dodaje. Komentarz wydaje się zbyteczny – dla twardego elektoratu prawicy Kędryna jest po prostu nie do zaakceptowania.

On sam zresztą zapewnia, że jest świadom, iż w politycznym świecie jest tylko na chwilę. – Mam na szafie dwa pudła, w każdej chwili jestem w stanie się spakować – podkreśla. I dodaje, iż ma świadomość, że „nie pasuje do pewnego układu to, iż świeci na zdjęciach".

Jako przyjaciel Andrzeja Dudy będzie w Pałacu Prezydenckim tak długo, jak długo będzie prezydentowi potrzebny. A dopóki w nim będzie, pewnie wielu będzie widziało w nim kogoś, kim w rzeczywistości nie jest. – Ludzie poprawiają sobie samopoczucie, nadając mi supermoce. Mogą wtedy opowiadać: „Znam człowieka, który jest prawą ręką prezydenta" – mówi Marcin Kędryna.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA