fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Jan Maciejewski: Naiwność Marka Cichockiego

Marek A. Cichocki „Północ i Południe”
Archiwum
W rankingu najbardziej niedocenianych cnót naiwność zostawiłaby wszystkie inne daleko w tyle. Podobny los czekałby jej konkurentów w rywalizacji o tytuł słowa najmniej rozumianego.

Wydaje się, że jest tylko o krok od głupoty. Ma twarz zagubionego, nierozumiejącego, co się wokół niego dzieje, dziecka. A tak naprawdę jest kompletnie na odwrót. Z naiwności się nie wyrasta, tylko do niej dojrzewa. Jest pokorą wobec rzeczywistości, ale nie ma nic wspólnego z rezygnacją, bardziej z wiernością. Naiwność to wierność światu. Dlatego jest zawsze o krok przed mądrością.

Piszę to wszystko i zastrzegam się na każdą stronę tylko po to, żeby móc w końcu z czystym sumieniem wyrzucić z siebie, że Marek Cichocki, szanowany profesor, opublikował właśnie do bólu naiwną książkę. „Północ i Południe" jest naiwne, bo łączy porządki, których nie wypada ze sobą zestawiać. Polityczność i nawrócenie, władzę i grzech.

Północ to pustka, która zaczyna przeglądać się w cywilizacji Południa. Barbarzyńca, który zakochuje się w Rzymie i postanawia odwrócić się od zła i wybrać dobro, przestrzegać jego reguł. Polityka przestaje być w tej opowieści grą sił i interesów, sztuką zarządzania koniecznością. Zamiast tego jest funkcją, odbiciem stanu duszy obywateli. Jeżeli to nie jest naiwność, to czym ona jest?

Być może poszukiwaniem analogii między przeszłością a teraźniejszością. Bo po przeczytaniu „Północy i Południa" zdałem sobie sprawę, że ta książka jest komentarzem do współczesności. I to pomimo tego, że ani Cichocki (jak mi się wydaje) nie chciał o tym pisać, ani mnie (czego jestem pewien) nie chciało się w jego książce tego doszukiwać. Po prostu tak jakoś samo wyszło.

Tak wyszło, że kiedy pisze on o upadku starożytnego Rzymu, o tym, że nie spowodował go napływ barbarzyńców z Północy, tylko raczej barbaryzacja Rzymian, skojarzenia z kryzysem uchodźczym jakoś same się nasuwają. To nie pojawienie się obcych, ale odwrócenie się przez samych obywateli Imperium od dotychczasowego sposobu życia i myślenia, rzymskiej formy, na której stała rzymska cywilizacja, doprowadziło do upadku tej ostatniej. Wystarczy zamienić barbarzyńców z Północy na uchodźców z Południa i Imperium Rzymskie na europejskie.

Albo kiedy Cichocki pisze o kanclerzu Zamoyskim, jego politycznej potędze i psychologii „self-made mana", kogoś, kto tylko sobie samemu może zawdzięczać fakt, że doszedł na szczyt, a nawet tam, gdzie jeszcze nikt wcześniej przed nim nie stał, „niesiony szerokim, rwącym prądem szlacheckiej demokratyzacji. Prawdziwy ojciec szlacheckiego narodu i kreator nowego, demokratycznego ustroju. Ale czy państwa?" – czy nie opowiada jednocześnie historii Jarosława Kaczyńskiego? I nawet więcej, czy nie podsuwa mu alternatywnej wersji jej możliwego zakończenia, kiedy pisze, jak Zamoyski zrozumiał, że są sytuacje, z którymi nawet on nie jest w stanie sobie poradzić? W końcu „wielkie żywioły nie zawsze dają się pokierować".

Jeszcze raz: jestem prawie pewien, że Cichocki nie zamierzał pisać książki z kluczem, przemycać współczesnych analogii. Jeżeli jednak – co do czego jestem równie mocno przekonany – można je tam bez większego trudu znaleźć, to fakt ten wynika z naiwności autora „Północy i Południa". Z tego, że książka ta jest wierna światu. Jak zwierciadło przechadzające się gościńcem polskiej kultury i historii odbija w sobie to, co spotyka.

I okazuje się wtedy, że nie ma nic nowego pod słońcem, że cokolwiek byśmy sobie myśleli o nieuchronności postępu i jak bardzo lepsi czulibyśmy się od naszych przodków, będziemy się na nowo i wciąż spotykać z tymi samymi niebezpieczeństwami. I zawsze będziemy stać przed tym samym wyzwaniem: jak wybrać dobro i odwrócić się od zła. To tak strasznie naiwne, że chyba musi być prawdziwe. ©?

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA