Plus Minus

Satysfakcja na jeden klik

Getty Images
System on demand jest kwintesencją rzeczywistości, w której stery przejmują ludzie z internetem w kieszeni. W świecie, w którym wszystko oddalone jest od nas o jedno kliknięcie, nie ma miejsca na czekanie na nic. Jeśli czegoś chcę, to chcę tego teraz. Potem będzie za późno, bo zapragnę czegoś innego.

22-letnia Amerykanka Tia Freeman o tym, że jest w ciąży, dowiedziała się dopiero w trzecim trymestrze. Wcześniej przytyła jedynie pięć kilogramów – uznała, że to efekt zbyt rzadkiego odwiedzania siłowni. Nie miała żadnych innych ciążowych dolegliwości, więc do lekarza udała się dopiero wtedy, gdy brzuch zaczął się jej podejrzanie zaokrąglać.

To, że za chwilę zostanie matką, nie powstrzymało Freeman przed podróżą do Niemiec, która miała być jej ostatnią wycieczką przed „uziemieniem" przez dziecko. Podczas 14-godzinnego lotu kobieta zaczęła odczuwać skurcze, ale wzięła je za efekt zatrucia pokarmowego. Kiedy jednak wylądowała w Turcji, gdzie miała spędzić noc w oczekiwaniu na przesiadkę, pojawiły się kolejne objawy: pocenie się i mdłości. Freeman zdołała jakoś dotrzeć do pokoju hotelowego.

I co następnie zrobiła 22-latka, świadoma tego, że jest w finałowej fazie ciąży i odczuwa niepokojące dolegliwości? O pomoc zwróciła się do... Google'a, który potwierdził jej przypuszczenia, że właśnie zaczęła rodzić. Następnie więc odwiedziła YouTube'a, gdzie zaczęła szukać instrukcji dotyczących tego, w jaki sposób urodzić dziecko. „Jak na milenialsa przystało, postanowiłam sprawdzić to na YouTubie" – pisała potem na Twitterze, na którym – a jakże – zrelacjonowała to, co ją spotkało.

Na szczęście poród przebiegł bez komplikacji, a kobieta dowiedziała się z YouTube'a również tego, jak w bezpieczny sposób przeciąć pępowinę i urodzić łożysko.

Czy to zaskakujące, że młoda matka, świadoma tego, że rodzi dziecko, w pierwszym odruchu sięga po smartfon – nie po to, żeby dzwonić po pomoc specjalisty, ale po to, by znaleźć w internecie szybką instrukcję samodzielnego rozwiązania problemu? Proszę się nie dziwić. Witajcie w świecie „na żądanie".

Cyfrowi tubylcy

Freeman jest przedstawicielką tzw. pokolenia Z, czyli pokolenia postmilenialsów. Podobnie jak inne osoby urodzone od połowy lat 90. XX w. do połowy pierwszej dekady XXI w. dorastała w świecie, w którym dostępność internetu jest czymś tak oczywistym, jak dla jej rodziców to, że mogą korzystać z elektryczności.

Zaledwie trzy lata po jej przyjściu na świat w Japonii pojawiły się pierwsze, skierowane do masowego odbiorcy smartfony. Gdy miała 13–14 lat, smartfony zaczęły wypierać klasyczne telefony komórkowe, które przecież – jeszcze dla jej rodziców – były rewolucjonizującą życie nowinką technologiczną, a w 2013 r. można je było traktować już jako taki sam archaizm jak telefony stacjonarne, na których numery wybierało się za pomocą tarczy. Gdy miała siedem lat, Mark Zuckerberg wraz z grupą przyjaciół zakładał Facebooka. Rok później mogła już oglądać pierwsze filmy na YouTubie, a po kolejnym roku – ćwierkać na Twitterze.

Tia Freeman należy do pierwszego pokolenia, które jest w pełni cyfrowe – jej najwcześniejsze doświadczenia życiowe związane są z rozwojem technologii, która zrewolucjonizowała świat w stopniu nieznanym od czasu rewolucji przemysłowej.

Pokolenie Z to tzw. cyfrowi tubylcy, w odróżnieniu od pokolenia Y, milenialsów, czyli tzw. cyfrowych imigrantów. To ludzie, których mała ojczyzna ma od zawsze wirtualny charakter – to grupa znajomych na Facebooku, followersów na Instagramie i Twitterze, ulubionych stron internetowych i forów tematycznych. Smartfon zastępuje jej nie tylko realną przestrzeń, ale jest również podstawowym źródłem komunikacji, dostarczycielem rozrywki, a często również narzędziem pracy. Ich dom jest tam, gdzie ich smartfon.

A jednocześnie Freeman należy do szczęśliwego pokolenia urodzonego po ogłoszeniu przez Francisa Fukuyamę końca historii. Pierwszego pokolenia od początku XX w. (sic!), które nie żyło w świecie, nad którym unosiło się widmo światowej wojny. Pokolenia, dla którego zimna wojna i II wojna światowa to wydarzenia równie odległe jak np. wojna trzydziestoletnia.

I nie jest to przesada – w USA przeprowadzono badania, w których sprawdzono, co Amerykanie wiedzą o Auschwitz I Holokauście. Wynik? 66 proc. milenialsów nie wiedziało, czym był obóz Auschwitz, a 22 proc. nigdy nie słyszało o Holokauście! Wśród postmilenialsów wyniki byłyby zapewne jeszcze gorsze.

W kontekście milenialsów i postmilenialsów mówi się o tzw. pokoleniu Płatków Śniegu – pokoleniu indywidualistów utwierdzanych w przekonaniu o swojej wyjątkowości przez rodziców – szczęśliwych, że ich pociechy dorastają w tak sprzyjających warunkach, których zabrakło im i kilku poprzednim pokoleniom. Nazwa pokolenia to nawiązanie do cytatu z książki „Fight Club", który brzmi: „Nie jesteście wyjątkowi; nie jesteście pięknymi i niepowtarzalnymi płatkami śniegu".

Otóż milenialsi i postmilenialsi właśnie wyjątkowi są – a przynajmniej tacy się czują. I dobrze im z tym. – Oni nic nie muszą, to jest to, co postmilenialsów wyróżnia od innych pokoleń. Są bardzo mocno przekonani od urodzenia, że są wyjątkowi, i cały świat czeka na nich otworem – mówi socjolog dr Kamila Tuszyńska.

Szybciej, więcej, lepiej

Dlaczego Freeman – po upewnieniu się w internecie, że rodzi dziecko – postanowiła kontynuować poród w asyście YouTube'a, a nie lekarza? Aby zrozumieć jej decyzję, należy przyjrzeć się, jak w świecie Płatków Śniegu wygląda sposób dostarczania rozrywek i usług.

Pojawienie się na rynku smartfonów, a więc przeniesienie internetu ze stojącego na biurku komputera do kieszeni każdego z nas, było akuszerem narodzin zjawiska, które można określić mianem gospodarki on demand (ang. na życzenie).

Określenie on demand kojarzy się przede wszystkim z pierwszą usługą tego typu, czyli materiałami wideo. W USA już w latach 90. eksperymentowano z różnego rodzaju platformami, które miały umożliwiać konsumentom oglądanie filmów, seriali, wydarzeń sportowych wtedy, kiedy tego chcą – niezależnie od telewizyjnej ramówki. Nieco ponad 20 lat później fakt, że to widz decyduje o tym, co i kiedy ogląda, jest już czymś oczywistym, a platformy internetowe takie jak Netflix czy Showmax w świecie postmilenialsów wyparły już całkowicie klasyczną telewizję.

System on demand jest kwintesencją rzeczywistości, w której stery przejmują ludzie z internetem w kieszeni. W świecie, w którym wszystko oddalone jest od nas o jedno kliknięcie, nie ma miejsca na czekanie na nic. Jeśli czegoś chcę, to chcę tego teraz. Potem będzie za późno, bo zapragnę czegoś innego.

Ale on demand od dawna nie ogranicza się już tylko do telewizyjnej rozrywki. 11 sierpnia 1994 r. doszło do prawdopodobnie pierwszej sprzedaży produktu w internetowym sklepie. Dan Kohn, twórca strony NetMarket, sprzedał za 12,48 dol. album Stinga „Ten Summoner's Tales". Co ciekawe, w tym samym roku Jeff Bezos założył internetową księgarnię Amazon, która ubiegły rok zakończyła z przychodami na poziomie niemal 178 mld dol. Dla milenialsów i postmilenialsów chodzenie po sklepach w poszukiwaniu interesującego ich produktu to fanaberia. Klik i sprowadzam sobie wymarzone buty z USA. Chwilę później mogę znowu oglądać ulubiony serial.

Tak naprawdę system on demand staje się nakładką na coraz więcej „klasycznych" rodzajów aktywności gospodarczej. Sen z oczu taksówkarzom na całym świecie spędza Uber – platforma umożliwiająca szybkie kojarzenie pasażera z kierowcą, znacznie elastyczniejsze i wygodniejsze niż klasyczne dzwonienie do korporacji taksówkowej i oczekiwanie na przyjazd licencjonowanego kierowcy.

Planujesz wakacje? Wystarczy wejść na serwis w rodzaju Trivago i już za chwilę mieć zarezerwowany hotel na drugim końcu świata. Albo skorzystać z serwisu Airbnb i znaleźć kwaterę u kogoś, kto akurat w tym czasie nie potrzebuje swojego mieszkania. Głodny? Serwisy w rodzaju Pyszne.pl, PizzaPortal czy Uber Eats dostarczą ci szybko to, co chcesz, skąd chcesz i gdzie chcesz. Książkę, o której opowiedział ci znajomy, możesz czytać już kilka minut później, kupioną w formie e-booka w jednej z internetowych księgarni.

W USA już kilka lat temu w systemie on demand można było zamówić takie usługi, jak np. zatankowanie samochodu dzięki przyjazdowi mobilnej stacji benzynowej; zamówić do domu manikurzystkę, masażystkę, a nawet krawca, który zdejmie z ciebie wymiary w miejscu, w którym akurat stoisz, a następnie uszyje ci koszulę lub garnitur na miarę. Istniały też serwisy pozwalające błyskawicznie skorzystać z pomocy kogoś, kto wypierze nam ubrania czy wyprowadzi na spacer naszego psa.

Ale współczesny świat w systemie on demand zaspokaja również innego rodzaju potrzeby. W 2016 r. w Rzymie uruchomiono aplikację Scooterino Amen, dzięki której wierni czujący potrzebę nagłego wyspowiadania się mogli wezwać księdza, którego na skuterze przywoził do nich inny użytkownik aplikacji, mający akurat czas i ochotę pomóc komuś w zaspokojeniu potrzeb duchowych.

Z kolei osoby szukające swojej drugiej połowy mogą skorzystać z mnogości serwisów randkowych, z których najbardziej symboliczny jest Tinder – widzisz kogoś, kto ci się podoba, przesuwasz aprobująco palcem po ekranie smartfona. Jeśli druga osoba zrobi to samo – właśnie umówiłeś się na randkę. A jeśli mamy jakikolwiek problem życiowy – od wątpliwości co do tego, czy prać ubrania czarne z białymi, po nurtujące Freeman pytanie: „jak urodzić dziecko w pokoju hotelowym?" – zawsze możemy o to spytać najlepszych przyjaciół każdego postmilenialsa – wujka Google'a i ciocię YouTube. Bo informacja też jest we współczesnym świecie towarem on demand.

Usługi on demand oferują cyfrowym tubylcom dwie absolutnie kluczowe dla nich rzeczy. „Płatki śniegu" są niepowtarzalne, więc każdy z nich musi mieć możliwość wyboru takich ścieżek samorealizacji, jakie uzna za najlepsze dla siebie. A w systemie on demand wybór wyznaczany jest przez pragnienia i nie jest ograniczany przez problem dostępności narzędzi do realizacji owego pragnienia. Z drugiej strony system on demand oferuje oszczędność jedynej rzeczy, jakiej w świecie, w którym tempo życia wyznaczają służące do permanentnej komunikacji Twitter i Snapchat, nikt nie ma w nadmiarze – czasu.

– Ostatnio byłam w restauracji, czekałam na kogoś i rozglądałam się po ludziach. Przy stoliku obok mnie czekał pewien mężczyzna. Nerwowo zerkał na zegarek, widać było, że ktoś się spóźnia na spotkanie z nim. I w pewnym momencie ten mężczyzna wyjął telefon, założył słuchawki i zaczął oglądać jakiś film. To wyznacznik naszych czasów: ludzie przestają obserwować otoczenie, będąc w tym otoczeniu – mówi dr Tuszyńska. W cyfrowym świecie na rzeczywistość po prostu szkoda czasu.

Cóż, beczka miodu wydaje się już pełna. Teraz czas dodać łyżkę dziegciu.

Pułapka obfitości

Wprawdzie od przybytku głowa podobno nie boli, jednakowoż życie w świecie, który oferuje nam tak dużo, może wiązać się z pewnym kryzysem przesytu. Zjawisko to opisywane jest jako tzw. paradoks wyboru. – Im więcej mamy opcji do wyboru, tym bardziej się gubimy – tłumaczy psycholog internetu Jakub Kuś z Uniwersytetu SWPS. – Mózg w warstwie neuronalnej został wykształcony wiele tysięcy lat temu. Nie jest przygotowany na to, żeby radzić sobie z tak szybkim tempem zmian, z jakim mamy do czynienia w naszym świecie – dodaje.

O tym samym mówi socjolog dr Dominik Batorski. – Dużo lepiej idzie nam wybieranie jogurtu w sklepie, kiedy są trzy różne opcje, niż kiedy tych opcji jest 20 – tłumaczy istotę tego paradoksu. Zwraca też uwagę na problem inflacji informacji we współczesnym świecie. – Tym, co okazuje się rzadkim dobrem, jest nasza uwaga – podkreśla.

Innymi słowy, chłonięcie informacji i treści zastępuje głębszą refleksję i analizę nad nimi. Na końcu tej drogi mamy wiele informacji, ale nie mamy wiedzy.

Prof. Jacek Pyżalski z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu również mówi o nadmiarze, który prowadzi do pewnej makdonaldyzacji internetowych treści. – Wiadomo, że jeśli wszystkiego jest dużo, to możliwości przetwarzania są ograniczone. Stąd też choćby zjawisko fake newsów. Byłoby ono niemożliwe, gdyby odbiorcy tego typu informacje przetwarzali głębiej – mówi.

Nadmiar spycha nas na internetowe manowce. Prof. Pyżalski zwraca uwagę, że pokolenia milenialsów czy postmilenialsów nie można traktować jako jednorodnej całości. – Badania przeprowadzone przez ostatnie 20 lat pokazują, że grupa młodych ludzi, którzy używają nowych technologii prospołecznie i prorozwojowo, to kilka procent całego pokolenia. Kolejnych kilkanaście procent korzysta z nich pozytywnie, ale już nie tak skutecznie. Kilka procent młodzieży robi to w sposób patologiczny, a ok. 60 proc. pokolenia korzysta z nich bardzo przeciętnie – mówi.

W efekcie to 60 proc. używa wirtualnego świata nieograniczonych możliwości głównie w celach rozrywkowych. Tym samym świat on demand nie służy im do oszczędzania czasu, tylko dla owego czasu zabijania. A w tym, biorąc pod uwagę liczbę aplikacji rozrywkowych, serwisów online z grami komputerowymi czy bijących rekordy popularności filmów z kotami na YouTubie, internet potrafi być wyjątkowo skuteczny.

I wreszcie – nawet jeśli ktoś nie ogranicza aktywności w cyberświecie do oglądania memów i filmików na YouTubie, może go dotknąć problem „prześlizgiwania się" po doświadczeniach, ze względu na ich nadmiar. – Kiedy rozmawiam z osobami, które są ode mnie kilka lat młodsze, okazuje się, że to osoby, które robiły w życiu mnóstwo rzeczy: angażowały się w działalność społeczną, robiły jakieś biznesy, prowadziły prace badawcze. Ale później, gdy z nimi rozmawiam dłużej, okazuje się, że choć dużo rzeczy robiły, to niekoniecznie „coś" zrobiły. W ramach tych wielu aktywności niekoniecznie cokolwiek udało im się doprowadzić do końca. Współczesność daje dużo możliwości, a jednocześnie poczucie, że jeśli w coś się nie zaangażujemy, to nas to ominie. Może nie angażując się w coś, stracę największą okazję w życiu? To trochę taki przymus krótkotrwałej aktywności – mówi dr Batorski.

Dr Tuszyńska, pytana o ten problem, zwraca uwagę, że postmilenialsi często radzą z nim sobie, przyjmując obronną pozę człowieka zblazowanego: – Teraz łatwo zastosować taki hejt codzienny jako kamuflaż lenistwa – mówi. I wyjaśnia, że chodzi o siedzenie ze zblazowaną miną i mówienie: „to już było, to jest za modne, to dla mięczaków...", albo wrzucanie do internetu kadrów z popularnych seriali opatrzonych emotikonem lub napisem wyrażającym pogardę. Czy taka postawa rozwiązuje problem nadmiaru? Raczej nie, co najwyżej jest próbą ignorowania problemu i zastępowania nadmiaru brakiem.

Niecierpliwi zdobywcy świata

Kolejnym skutkiem ubocznym świata on demand jest postrzeganie życia z perspektyw „tu i teraz". Opisane niedawno w „Rzeczpospolitej" badanie IQS dotyczące sposobu zarządzania pieniędzmi przez polskich milenialsów pokazało, że środki, jakie pozostają im po opłaceniu wydatków stałych, najchętniej przeznaczają na bieżącą konsumpcję. To, co było imperatywem dla wcześniejszych pokoleń – wzięcie kredytu, kupienie mieszkania, cierpliwe pracowanie na to, by w perspektywie 20–30 lat mieć kawałek świata na własność – dla ludzi czasów on demand często wydaje się fanaberią.

– Dla nich to jest coś absurdalnego, żeby mając 20 lat, planować, co będzie za kolejnych 20 lat. Im się to nie mieści w głowie. To jest dla nich trochę taki wymysł stetryczałych dziadków – śmieje się dr Tuszyńska, która jednocześnie zwraca uwagę, że jest to pewien stały trend: – Już dla powojennego pokolenia X nie do pomyślenia byłoby zamawianie sypialni dębowej robionej na zamówienie przez stolarza, która przetrwa cztery pokolenia. A przecież jeszcze pokolenie urodzone przed wojną myślało właśnie w ten sposób – podkreśla. Teraz po prostu ta perspektywa skróciła się jeszcze bardziej.

Dr Batorski zwraca uwagę, że dziś od małego uczymy się, że cel ma przychodzić szybko: – Jeżeli dziecko układa puzzle na tablecie, to jest to łatwa czynność. Elementy same się do siebie dopasują, wystarczy je tylko przesunąć w odpowiednie miejsce. To zupełnie inne doświadczenie, niż układanie prawdziwych puzzli, które może rodzić frustrację, bo elementy trzeba dopasować, co czasem jest trudne. Dziecko musi wtedy mierzyć się z przeciwnościami – tłumaczy. W efekcie dziś – jak mówi socjolog – dzieci mają „dużo mniejszą zdolność do mierzenia się z przeciwnościami i angażowania się w przedsięwzięcia, które mają odroczoną w czasie wypłatę". – Uczenie się dzisiaj czegoś, co może okazać się przydatne za dziesięć lat, z perspektywy młodej wydaje się kompletnym absurdem – dodaje.

– Postmilenialsi żyją w tempie Twittera, są przyzwyczajeni, że wszystko się dzieje szybko i tak naprawdę nic nie jest stałe: ani praca, ani związek, ani miejsce zamieszkania. Stały jest tylko smartfon – podsumowuje dr Tuszyńska.

Z jednej strony taka postawa jest zrozumiała: tempo zmian w świecie, w którym żyją postmilenialsi, jest zawrotne – może się okazać, że za 20 lat będą wykupywać sobie kwaterę w kolonii na Marsie, więc faktycznie branie 40-letniego kredytu na M3 w Krakowie mogłoby ich niepotrzebnie krępować. Z drugiej strony można się obawiać, czy rozpowszechnienie się takiego tymczasowego czerpania z życia nie jest zapowiedzią przyszłych kryzysów: ekonomicznych, gdy nastawieni na konsumowanie postmilenialsi doprowadzą do przegrzania gospodarki, i społecznych, gdy postmilenialsi osiągną wiek, w którym nie będą już piękni, młodzi i dynamiczni.

Co ciekawe, problem ten nie jest nowy. Już w „Gorgiaszu" Platona był hedonista Kalikles, który doskonale odnalazłby się w świecie on demand ze swoim przekonaniem, że szczęście zapewnia zaspokajanie pragnień człowieka w możliwie jak najszybszym tempie. Sokrates porównał jego styl życia do ptaka, który żywi się własnymi odchodami, co pozwala mu być wiecznie zaspokojonym. Pytanie o to, czy to właśnie jest klucz do spełnienia, to jednocześnie pytanie o to, czy powinniśmy martwić się o postmilenialsów.

Dr Tuszyńska pytana o ową „tymczasowość" życia pokolenia Z stwierdza, że aby dokonać oceny, czy to dobra czy zła zmiana w podejściu do życia, trzeba byłoby zacząć wartościować określone zachowania: – Czy lepiej jest przez pięć lat pracować nad związkiem, nad pokonywaniem kolejnych szczebli w pracy, mimo że nie dają nam one szczęścia i mamy poczucie marnowania życia, czy może lepiej to porzucać i próbować czegoś nowego, bez spalania się? – pyta.

Niepoprawni optymiści

Postmilenialsi, dzieci końca historii, dla których jedynym ograniczeniem może być rozładowana bateria smartfona, są pokoleniem przygotowanym na dobre czasy. Zapewne poradzą sobie z postępem technologicznym, nawet jeśli ten jeszcze bardziej przyspieszy. Ale czy poradzą sobie, gdy na horyzoncie pojawią się czarne chmury?

– Rośnie pokolenie, które nawet nie umie sobie wyobrazić czarnych scenariuszy. Rosną w dobrobycie cywilizacyjnym z nieograniczonym dostępem do nowych technologii. A tu nie trzeba snuć żadnych apokaliptycznych wizji science fiction, żeby wiedzieć, że to nie jest dane raz na zawsze – mówi Jakub Kuś.

Dr Tuszyńska zwraca z kolei uwagę, że już dziś widać problem z wrażliwością tego pokolenia, co sprawia, że wśród postmilenialsów notuje się dość duży odsetek osób z zaburzeniami psychicznymi, takimi jak depresja czy wahania nastroju. Czasem kończy się to tragicznie: liczba samobójstw wśród młodzieży w ostatnim roku wzrosła nie tylko w Polsce, ale też np. w USA. Źródłem depresji może być dziś przeciążenie informacyjne, a do targnięcia się młodej osoby na swoje życie prowadzi często cyberprzemoc, a jednocześnie wydaje się, że problemem może być ów brak cierpliwości i konieczność szybkiego realizowania pragnień w systemie on demand.

Niepowodzenie w takiej rzeczywistości staje się źródłem wyjątkowo silnej frustracji. Radzeniu sobie z problemami nie sprzyja też osłabienie kompetencji społecznych czy raczej zmiana ich charakteru – w świecie Twittera i Snapchata łatwo utrzymywać wiele znajomości, ale trudniej wypracować znajomości głębsze niż te, które ograniczają się do polubienia wpisu na Facebooku. W efekcie, w momencie kryzysu obok może po prostu brakować drugiego człowieka.

Nawet jeśli uda nam się uniknąć poważnych kryzysów o charakterze globalnych, postmilenialsi prędzej czy później zmierzą się z rzeczywistością, w której ich możliwość wyboru zostanie znacznie ograniczona. Wielu przedstawicieli pokolenia Z zaliczanych jest do grupy tzw. yummies, czyli młodych ludzi przyzwyczajonych do życia na wysokim poziomie za pieniądze swoich rodziców – najczęściej przedstawicieli pokolenia X, ostatniego, które ceniło sobie stałą pracę.

Problem polega na tym, że społeczeństwo on demand doprowadziło – jak zauważa prof. Pyżalski – do niepokojącego sprzężenia zwrotnego. Z jednej strony potrzeba dostępu do usług w systemie na żądanie sprzyja elastyczności zatrudnienia w branżach oferujących tego typu usługi. Z drugiej strony – im bardziej elastyczne zatrudnienie, tym mniejsza liczba miejsc pracy dających stabilność finansową, co z kolei skłania do życia „tu i teraz", czyli wspierania rozwoju gospodarki on demand. Pytanie, jak starzejące się społeczeństwo utrzyma postmilenialsów w wieku emerytalnym, nie jest bezzasadne. Pytanie też, jak oni poradzą sobie z możliwą pauperyzacją, która przyjdzie z wiekiem.

Na razie jednak wspomniana na wstępie Freeman i jej rówieśnicy się tym nie martwią. W świecie na żądanie nie ma czasu na zmartwienia. Gdyby Freeman miała czas na martwienie się, pewnie przyszłoby jej do głowy, że poród, przy którym asystuje wyłącznie YouTube, może zakończyć się naprawdę tragicznie, jeśli tylko coś pójdzie nie tak.

Tym razem jednak się udało.

Artur Bartkiewicz

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL