Plus Minus

Eutanazja czyli wiara nie może być ślepa

McPhoto/Ullstein Bild/Getty Images, Christian Ohde
Legalizacja eutanazji w Belgii nie tylko zmieniła sytuację osób dotkniętych chorobami w fazie terminalnej, ale w ogóle zaczęła zmieniać stosunek społeczeństwa do życia i śmierci. Zadziałała zasada równi pochyłej: decyzja o zakończeniu życia stała się zbyt prosta.

David Goodall rozpoczął ostatni lot swojego życia w środę, 2 maja, z lotniska w Perth. Po międzynarodowej zbiórce pieniędzy 104-letni australijski naukowiec spędził kilkanaście godzin w klasie biznes, z większymi wygodami. Przeprowadziwszy serię badań, które miały rozstrzygnąć, czy jest w pełni świadomy swojej decyzji, w czwartek lekarze kliniki Exit w szwajcarskiej Bazylei mieli podać mu koktajl śmiertelnych substancji i zgodnie z przepisami tego kraju pozostawić samego w pokoju.

– O tak, po to tu w końcu przyjechałem – odpowiedział po przylocie do Zurychu Goodall na pytanie dziennikarzy, czy jest zdecydowany zakończyć życie. – Bardzo żałuję, że dożyłem tak sędziwego wieku. Nie jestem z tego powodu szczęśliwy. Chcę umrzeć. W tym nie ma niczego szczególnie smutnego. Smutne jest to, że moja wola nie jest respektowana. Każdy, kto dożyje 50 lub 60 lat, powinien mieć możliwość samodzielnie zdecydować, czy i kiedy chce przerwać swoje życie – dodał bardzo przytomnym głosem ekolog.

O takich tematach ogromna większość z nas woli nie myśleć. A już na pewno nie o sytuacji, w której dotknięci nieuleczalną chorobą albo w bardzo podeszłym wieku, pozbawieni możliwości normalnego działania, mielibyśmy sami podjąć decyzję o odejściu z tego świata lub, co jeszcze bardziej przerażające, oddać tę decyzję w ręce lekarzy lub prawników.

Ale takie fundamentalne dylematy egzystencjalne brutalnie wdzierają się do debaty publicznej, gdy pojawia się wyjątkowo drastyczny przypadek eutanazji. Nagle miliony ludzi uświadamiają sobie, że za sprawą niezwykłego postępu medycy jest całkiem możliwe, że kiedyś i oni, ich dzieci lub współmałżonkowie staną przed pytaniem, czy za wszelką cenę podtrzymywać życie, a jeśli nie, to w jakim momencie i na jakich warunkach je przerwać. Przypadek doktora Goodalla nagle staje się dla wielu całkiem bliski, wręcz osobisty. Przyczynia się do zmiany nastawienia opinii publicznej i niejednokrotnie zmusza władze różnych państw do regulacji prawnych warunków przeprowadzenia eutanazji.

Połowa zgonów w rękach lekarzy

Taka debata z nową siłą wybuchła w Wielkiej Brytanii po śmierci pod koniec kwietnia Alfiego Evansa, niemowlaka dotkniętego nieuleczalną chorobą neurodegeneracyjną. Po wielu bataliach prawnych, a nawet zaangażowaniu papieża Franciszka i próbie zmiany obywatelstwa pacjenta na włoskie, brytyjski sąd przychylił się do opinii szpitala pediatrycznego Alder Hay i wbrew woli rodziców odłączył aparaturę podtrzymującą organizm przy życiu. Pięć dni później Alfie zmarł.

W Wielkiej Brytanii, gdzie nie ma spisanej konstytucji, a prawo jest zasadniczo oparte na precedensowych wyrokach sądów, jeszcze trudniej niż gdzie indziej uregulować warunki, w jakich pacjenci kończą swoje dni. Jednak przypadek Alfiego uświadomił bardzo wielu ludziom, jak ważne jest uzupełnienie tej luki: 75 proc. Brytyjczyków uważa, że pomoc przy przeprowadzeniu samobójstw powinna być w Zjednoczonym Królestwie prawnie dopuszczalna – wynika z badań instytutu youGov.

– W rozwiniętych krajach zachodnich od 40 do 50 proc. zgonów następuje w wyniku decyzji lekarza. Mówimy przede wszystkim o raku i chorobach krążenia. Współczesne techniki medyczne pozwalają podtrzymać pacjenta przy życiu nawet w bardzo trudnych warunkach. Tylko do jakiego stopnia ma to sens? Czy człowiek po wylewie, którego mózg już nie pracuje, ale serce tak, powinien nadal żyć? Nie ma jasnej odpowiedzi, jest tylko szara strefa uporczywej terapii, w ramach której w którymś punkcie ktoś uzna, że warto jeszcze leczyć, a ktoś inny – że już nie. W każdym razie lekarz w pewnym momencie podejmuje decyzję, aby przerwać zabiegi, zdając sobie doskonale sprawę, że prowadzi to do śmierci – mówi „Plusowi Minusowi" Yvon Englert, rektor Universite Libre de Bruxelles (ULB), wybitny ginekolog i badacz ludzkich zarodków, który odegrał kluczową rolę w legalizacji eutanazji w Belgii w 2002 r.

Belgia wraz z Holandią i Luksemburgiem to do tej pory jedyne kraje, które zdecydowały się na legalizację „aktywnej" eutanazji, czyli sytuacji, w której pod ściśle określonymi warunkami lekarz nie tylko przygotowuje środki kończące życie pacjenta, ale też podaje je doustnie lub wstrzykuje. To wynik specyficznych doświadczeń historycznych krajów Beneluksu, bardzo wysokiego poziomu opieki socjalnej i medycyny oraz bardzo daleko posuniętej laicyzacji. Wszędzie indziej zmiana przepisów następuje etapami, często nawet małymi kroki, w miarę zmiany nastawienia opinii publicznej.

W Australii apel doktora Goodalla w niewielkim stopniu został wysłuchany przez stan Wiktoria. Przegłosowano tam ustawę, która od czerwca 2019 r. pozwoli na pomoc przy przeprowadzeniu samobójstwa, ale tylko pacjentom dotkniętym nieuleczalną chorobą, dla których prognoza życia nie jest dłuższa niż sześć miesięcy. W Nowej Południowej Walii podobne rozwiązanie zostało w ubiegłym roku odrzucone przez parlament. Ale żaden z tych stanów nie zajął się przypadkiem ekologa, który po prostu miał dość życia, choć nie był dotknięty śmiertelną chorobą. – Wątpię, aby mój apel został wysłuchany w Australii w ciągu najbliższych dziesięciu lat – przyznał David Goodall.

Oda do piękna świata

Przez szok, który dziś przeżywa Australia, rok temu przeszła Francja. Tyle że z jeszcze większą siłą. Na ostatniej prostej kampanii przed wyborami prezydenckimi w telewizji wystąpiła 59-letnia Anne Bert dotknięta nieuleczalnym stwardnieniem zanikowym bocznym. Znana pisarka zapowiedziała wówczas, że za kilka miesięcy pojedzie do sąsiedniej Belgii, aby położyć kres swojemu życiu, zanim jej zdrowie wejdzie w stan krytyczny. Wcześniej jednak poprosiła każdego z kandydatów do najwyższego urzędu w państwie o odpowiedź, czy opowiadają się za legalizację eutanazji, czy też nie.

Wówczas okazało się, że w kraju, który laickość uważa za część własnej tożsamości, nagle jakby odżyły dawniej powszechne przekonania religijne. Bo oto za przyznaniem każdemu prawa do decydowania o tym, kiedy zakończyć życie, opowiedzieli się tylko kandydaci radykalnej lewicy Jean-Luc Melenchon, Benoit Hamon i Philippe Poutou. Emmanuel Macron nie udzielił wówczas jasnej odpowiedzi, ale najwyraźniej problem go na tyle dręczył, że 13 lutego zaprosił do Pałacu Elizejskiego na kolację kilka czołowych postaci zaangażowanych w problem eutanazji, w tym przedstawicieli Kościoła katolickiego i wspólnot protestanckich, a także społeczności żydowskiej. I tym razem francuski prezydent nie ujawnił swojego stanowiska, ale podkreślił m.in., że „samobójstwo jest zawsze aktem przemocy" oraz że jego zdaniem słowa „samobójstwo" i „wsparte" to oksymoron. Macron podkreślił też, że „można sobie zadać pytanie", do jakiego stopnia osoba decydująca się na eutanazję „ma wolny wybór".

– Nie wiem, czy jest wierzący, ale z pewnością zadaje sobie pytania. To jak na warunki Francji dużo – tłumaczy „Plusowi Minusowi" tok rozumowania prezydenta bliski mu nestor francuskiego dziennikarstwa Alain Duhamel.

Na razie we Francji obowiązuje przyjęty w styczniu 2016 r. przez Zgromadzenie Narodowe niejasny kompromis, zgodnie z którym lekarze mogą doprowadzić do „znieczulenia aż do śmierci" dotkniętych terminalną chorobą pacjentów. Słowo „eutanazja" nigdzie się jednak nie pojawia, bo prezydent François Hollande, po masowych manifestacjach przeciwko ustanowieniu małżeństw homoseksualnych, nie chciał się ponownie narażać konserwatywnej części społeczeństwa.

Czy Emmanuel Macron pójdzie o krok dalej i odpowie na apel Anne Bert? Pisarka, zgodnie z zapowiedzią, przyjęła 2 października w jednym z belgijskich szpitali dawkę barbituranu, która wprowadziła ją w głębokie uśpienie. Następnie lekarze wstrzyknęli w jej żyły miorelaksant, który sparaliżował mięśnie pisarki, także serce. Dwa dni później ukazała się jej książka „Ostatnie lato" („Le tout dernier été "), kronika ostatnich wakacji spędzonych w Charente Maritime nad Atlantykiem. A tak naprawdę oda do piękna świata, jaki musi porzucić.

7 kwietnia 2017 r., a więc mniej więcej w tym samym czasie, gdy Francja zadumała się nad apelem Anne Bert, na oczach Hiszpanii śmierć zadał sobie również dotknięty stwardnieniem zanikowym bocznym Jose Antonio Arrabal.

58-letni elektryk nie był co prawda osobą publiczną, ale wybrał rozwiązanie jeszcze bardziej szokujące: nagranie ostatnich chwili życia kamerą zainstalowaną przez dziennik „El Pais". Widać na nim z trudem poruszającego się mężczyznę, który pozostaje sam w mieszkaniu (w Hiszpanii pomoc przy przeprowadzeniu samobójstwa jest karana trzema latami więzienia). Na stole starannie ułożony testament, dowód osobisty, pismo do sędziego, świadectwo zdrowia i kartka z napisem literami: „NIE REANIMOWAĆ!".

– Czeka mnie stała degradacja stanu zdrowia, aż stanę się rośliną. Nie chcę, aby moja żona i dwóch synów musiało się oddać pielęgnacji kogoś takiego. W tym nie ma żadnego sensu! Zawsze byłem bardzo niezależny. Oburza mnie, że muszę umierać w podziemiu – mówi Arrabal. Z wyraźnym strachem wypija truciznę. – To jest ohydne, k...a, jak to smakuje! – słychać jeszcze na nagraniu.

Rządzona przez konserwatywną ekipę Mariano Rajoya Hiszpania nie jest dziś gotowa na wielki skok, jakim byłaby legalizacja eutanazji czy nawet pomocy przy samobójstwie. Ale tragiczne doświadczenie Jose Antonia Arrabala i tu sprowokowało debatę nad tą sprawą. Liberalne ugrupowanie Ciudadanos, które ma całkiem spore szanse przejąć władzę po wyborach za dwa lata, wniosło do Kortezów projekt ustawy precyzującej zasady terminalnej sedacji nieuleczalnie chorych. Królestwo idzie więc w ślady laickiej Francji, sąsiada z północy, którego tradycyjnie naśladowało.

Piętnaście lat podtrzymywania przy życiu

Inaczej jest w Portugalii. W tym jednym z nielicznych krajów Unii rządzonych dziś przez lewicę jeszcze w maju będzie omawiany projekt znacznie dalej idącej ustawy o „samobójstwie wspomaganym". Jego przyjęcie jest w zasadzie przesądzone, bo Partia Socjalistyczna oraz dużo bardziej radykalny Blok Lewicy mają w parlamencie większość i zdecydowanie popierają takie rozwiązanie.

Podobny krok Niemcy zrobiły trzy lata temu. Ale Republika Federalna, ze względu na ciężar historii (naziści przeprowadzili eutanazję na przeszło 200 tys. osób niedorozwiniętych psychicznie i fizycznie), posuwa się ostrożnie. Właśnie dlatego stanęło na kompromisie: pomoc w przeprowadzeniu samobójstwa chorych jest legalna, ale pod warunkiem że wynika z motywacji altruistycznych, a nie komercyjnych.

Przypadkiem eutanazji, który do tej pory najbardziej wpłynął na światową opinię publiczną, pozostaje śmierć Terri Schiavo w Stanach Zjednoczonych. Od zawału serca w 1990 r., który spowodował masowe i nieodwracalne zmiany w mózgu pacjentki, do ostatecznego odłączenia aparatury zasilającej minęło aż 15 lat. W tym czasie złożono 14 odwołań w sądach, doszło nawet do bezpośredniej interwencji prezydenta George'a W. Busha i jego brata, gubernatora Florydy Jeba, a także Sądu Najwyższego. W tym dramatycznym sporze mąż Terri Michael twierdził, że jego żona, wobec braku realistycznych szans na odzyskanie świadomości, chciałaby zakończyć życie, podczas gdy rodzice pacjentki, wskazując na jej katolickie poglądy, uważali, że nigdy nie podjęłaby decyzji o odłączeniu aparatury zapobiegającej jej śmierci.

Odejście Schiavo zbiegło się ze śmiercią Jana Pawła II 2 kwietnia 2005 r. Papież nie zgodził się wtedy na uporczywą terapię. Do opinii publicznej dotarł z mocą jego apel do lekarzy: „Pozwólcie mi wrócić do domu Ojca".

Pod koniec batalii o życie Schiavo poparcie dla prawa do eutanazji wśród Amerykanów skoczyło do 75 proc., najwyższego poziomu w historii – wynika z sondażu Instytutu Gallupa. I zasadniczo nigdy już radykalnie nie spadło (dziś wynosi ok. 73 proc.).

Na legalizację eutanazji Stany Zjednoczone nigdy jednak się nie zdecydowały. Jest ona tu zabroniona, choć w sześciu stanach (w tym w Kalifornii), a także w Dystrykcie Kolumbii dozwolona jest pomoc przy przeprowadzeniu samobójstwa.

Równia pochyła

Belgia pozostaje więc na razie tym krajem świata, który poszedł najdalej w logice dającej pacjentowi coraz większy wpływ na moment i warunki zakończenia życia. Tylko tu o prawo do śmierci mogą poprosić także dzieci (w Holandii nie jest to możliwe dla osób, które nie ukończyły 12. roku życia), choć z wyjątkiem chorych psychicznie.

Belgów do tej wielkiej zmiany cywilizacyjnej sprowokował na przełomie wieków drastycznych przypadek znanego prezentera telewizyjnego, człowieka pozytywnie nastawionego do życia, który w terminalnej fazie raka powiedział wprost do widzów, iż „obawia się, że umrze w straszliwych męczarniach, uduszony we własnych ekskrementach".

Lekarze, choć wciąż nielegalnie, do tego nie dopuścili, przeprowadzając zabieg eutanazji. A niedługo później, korzystając z zepchnięcia do opozycji chadeków, zdominowany przez socjalistów i liberałów parlament w Brukseli zalegalizował możliwość podjęcia przez pacjenta decyzji o zakończeniu życia.

– Prawo do eutanazji jest aktem wiary. Ale wiary w zdolność człowieka do przejęcia pełnej odpowiedzialności za swój los, aktem głębokiego humanizmu – mówi „Plusowi Minusowi" Philippe Mahoux, lider socjalistów w Senacie Parlamentu Federalnego Belgii, inicjator ustawy z 2002 r. – Nie chodzi o to, czy ktoś jest za legalizacją zabijania, czy nie – każdy chce żyć tak długo, jak to możliwe, to oczywiste. Pytanie brzmi: kto ostatecznie podejmuje decyzję o śmierci: sam pacjent czy osoba od niego zależna – dodaje.

Piętnaście lat obowiązywania nowych przepisów wprawdzie zaoszczędziło cierpień wielu pacjentom, ale także zrodziło wątpliwości, które przyczyniają się do tego, że kraje Beneluksu do tej pory nie znalazły naśladowców na świecie.

Jedną z nich jest podnoszona przez przeciwników takiego rozwiązania teoria równi pochyłej: legalizacja eutanazji skłania wiele osób do skrócenia swoich dni, choć wcześniej by o tym nie pomyślały. W 2003 r., pierwszym roku obowiązywania nowych przepisów, na eutanazję zdecydowało się 259 osób. Teraz jest to blisko dziesięć razy więcej. Już niedługo co 20. zgon Belga będzie więc wynikiem świadomej decyzji. Co ciekawe, 80 proc. wszystkich decyzji o eutanazji w tym 11,5-milionowym kraju podejmują Flamandowie, choć stanowią tylko 57 proc. społeczeństwa. A jednocześnie Flandria, która zajmuje północną część Belgii, jest jednym z tych regionów Europy, gdzie od lat wskaźnik samobójstw był wyjątkowo wysoki.

W ten sposób legalizacja eutanazji nie tylko zmieniła sytuację osób dotkniętych chorobami w fazie terminalnej, ale w ogóle zaczęła zmieniać stosunek społeczeństwa do życia i śmierci. Tym bardziej że w tej sprawie podzielił się i tak już bardzo zmarginalizowany Kościół tego teoretycznie katolickiego kraju.

– Wiara nie może być ślepa, nie może się opierać tylko na dogmatach, ale ma polegać na wizji Boga, który przekazuje człowiekowi coraz większy zakres odpowiedzialności, także w sprawie życia i śmierci. Na tym polega rozwój duchowej głębi każdego z nas – uważa były prorektor Uniwersytetu Katolickiego w Louvain Gabriel Ringlet, jedna z czołowych postaci belgijskiego katolicyzmu.

Gdy od Ameryki Donalda Trumpa przez Zjednoczone Królestwo w dobie brexitu po Włochy populistycznej Ligi i Ruchu Pięciu Gwiazd wiele krajów zachodnich szuka raczej osłony przed globalizacją, powrotu do korzeni, takie głębokie zmiany dotykające sedna tożsamości narodowej i cywilizacyjnej nie są łatwe do zaakceptowania.

Tym bardziej że na tym kontrowersyjne doświadczenia Belgii się nie kończą. Choć prawo zakłada, że specjalna komisja złożona ze specjalistów różnych dziedzin musi zatwierdzić decyzje dwóch lekarzy (trzech w przypadku chorób psychicznych) o pozbawieniu życia pacjenta, praktycznie nigdy się nie zdarza, aby zdecydowała się ona na szczegółową weryfikację jakiegoś przypadku. Medycy mają więc kluczowy, dla wielu nadmierny, wpływ na ostateczny wybór pacjenta.

Jeszcze bardziej kontrowersyjna jest zgoda na eutanazję osób dotkniętych chorobami psychicznymi, która przecież zakłada, że pacjent jest w pełni świadomy tego, co robi. No i możliwość wystąpienia o śmierć przez dzieci (do tej pory zdarzyło się dwukrotnie), które w każdej innej sprawie nie mają osobowości prawnej.

Jacqueline Herremans, przewodnicząca stowarzyszenia, która stało za legalizacją eutanazji, zna chyba najwięcej przypadków śmierci na życzenie, bo o radę zwraca się do niej wielu pacjentów i lekarzy. „Plusowi Minusowi" opowiada historię kobiety, które stała się pełnomocniczką siostry po wylewie, bo ta na jakiś czas straciła kontakt z rzeczywistością.

– Przekonywała mnie, że problem siostry trzeba „rozwiązać". Zwróciłam się do ośrodka, w którym ta przebywała, a lekarze mówią mi, że pacjentka cieszy się każdym dniem życia, wcale nie chce go skończyć. Chodziło o względy finansowe? Nie wiem – mówi pani Herremans.

Legalizacja eutanazji może więc zrodzić przypadki równie szokujące jak brak możliwości decydowania przez pacjenta o swojej śmierci. Ale na razie szeroka opinia publiczna o tym nie wie.

Historia Alfiego Evansa

Los Alfiego Evansa głęboko poruszył brytyjską opinię publiczną. 26 kwietnia, kilka dni po odłączeniu sztucznego oddychania, aż 92 proc. mieszkańców kraju poparło apel ojca dziecka Thomasa Evansa o przewiezienie pacjenta do Włoch, gdzie aparatura byłaby ponownie podłączona. Jednak dwa dni później dziecko zmarło.

Półroczny Alfie został przyjęty do szpitala Alder Hey w Liverpoolu w listopadzie. Rozpoznano u niego chorobę neurodegeneracyjną, która z niewiadomych przyczyn doprowadziła do niemal całkowitego zniszczenia mózgu chłopca. Wiosną zespół lekarzy uznał, że wobec braku jakichkolwiek perspektyw wyprowadzenia dziecka ze stanu wegetatywnego kontynuowanie uporczywej terapii nie ma sensu. Jednak decyzji o odłączeniu aparatury podtrzymującej niemowlaka przy życiu sprzeciwili się rodzice. Z ich inicjatywy powstała Armia Alfiego: ruch na rzecz utrzymania dziecka przy życiu za wszelką cenę.

Thomas Evans i jego żona Kate James wystąpili do szpitala Alder Hey o wydanie dziecka tak, aby mogło być przewiezione do rzymskiego szpitala Bambino Gesu, który zobowiązał się do podłączenia Alfiego do systemu sztucznego oddychania. Ordynator placówki w Liverpoolu odmówił, wskazując, że w trakcie lotu stan dziecka jeszcze bardziej mógłby się pogorszyć. Rozpoczęła się prawna batalia o to, kto powinien mieć prawo do decydowania o życiu nieletniego pacjenta: jego rodzice czy władze publiczne na podstawie fachowej analizy lekarskiej.

Do tej ostatniej opinii przychylił się Wysoki Sąd w Londynie, wskazując na analizę medyczną niedającą szans na poprawę stanu zdrowia dziecka. Podobnie sprawę ocenił Sąd Odwoławczy dla Anglii i Walii. Odwołanie do Sądu Najwyższego na wniosek rodziców dziecka nie zostało przyjęte. Także Europejski Trybunał Praw Człowieka uznał, że nie może zająć się sprawą, bo nie ma obaw, że brytyjskie władze pozbawiły skarżących podstawowych praw.

18 kwietnia na 20-minutowej audiencji Thomasa Evansa przyjął Franciszek. Papież zaapelował do brytyjskich władz o „wysłuchanie cierpienia rodziców Alfiego" i podjęcie jeszcze raz próby podtrzymania chłopca przy życiu. Zaraz potem na wniosek liderki skrajnie prawicowego ugrupowania Bracia Włosi Giorgi Meloni resort spraw zagranicznych zapowiedział, że „natychmiast" przyzna dziecku włoskie obywatelstwo.

I to jednak nie zmieniło stanowiska szpitala Alder Hey. Pod jego budynkiem zebrała się kilkutysięczna manifestacja, w trakcie której doszło do słownej agresji wobec personelu medycznego. Sprawą zajęła się prokuratura, a Thomas Evans przeprosił za to zachowanie.

Po odłączeniu sztucznego oddychania 23 kwietnia dziecko jeszcze żyło przez pięć dni. Jego rodzice podjęli wówczas ostatnią próbę przeniesienia Alfiego do Włoch – bez skutku. Po jego śmierci 28 kwietnie oskarżyli personel szpitala o morderstwo. Później jednak Thomas Evans wystąpił do lekarzy Alder Hey z propozycją ugody.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL