Plus Minus

Bogusław Chrabota: Wartości Zachodu nadal są żywe. A Europa wciąż oddycha

Fotorzepa, Maciej Zienkiewicz
Nie wiem, co nam uświadomił Alfie Evans, ale sam fakt, że mogliśmy o tym dyskutować, świadczy, że Europa wciąż oddycha, że wartości, które tworzą jej dziedzictwo, wciąż są żywe, choć różnie interpretowane.

Ledwie kilka dni temu, w poniedziałek 7 maja, w felietonie opublikowanym na łamach „Rzeczpospolitej" prof. Marek A. Cichocki pytał, czym jest Zachód jako wspólnota reguł, zasad i wartości. Odpowiedź na to pytanie jest jego zdaniem szczególnie ważna „w czasach wewnętrznych kryzysów, (...) zagrożeń pod postacią coraz większych nierówności, migracji, skonfliktowanych interesów i tożsamości". Zwłaszcza że „mówimy o demokracji, praworządności, sprawiedliwości społecznej, o wolności przez pryzmat (...) odmiennych tradycji i historycznych doświadczeń".

W istocie doświadczenia historyczne są różne, ale nawet wątpiący po augustiańsku Cichocki wylicza fundamentalne wartości na jednym oddechu, nie bez przyczyny przypisując je do jednego kręgu kulturowego. Tak, ten katalog jest tożsamy z tradycją kulturową Zachodu i gdyby go uzupełnić o uniwersalizm, można by powiedzieć, że to wkład, jaki wniosła do światowego dorobku cywilizacyjnego Europa.

Korzenie tej aksjologii są oczywiste i nie trzeba w nieskończoność powtarzać, że są dziedzictwem trzech porządków: greckiego, judejskiego i rzymskiego, które po raz pierwszy zintegrowało schrystianizowane ostatecznie przez Teodozjusza Imperium Romanum. Wszystko, co było później, to już tylko doskonalenie tego systemu i nawet rewolucja francuska ze swymi hasłami „wolność, równość, braterstwo" była na ścieżce uszczegółowiania pierwotnej aksjologii. Nie cierpimy krwawej dyktatury jakobińskiej, ale cenimy sobie Kodeks Napoleona, który dał szansę wolnościowemu kapitalizmowi. Pytanie, czy to drugie wydarzyłoby się bez pierwszego, zostawię jako retoryczne.

Także idee społeczne końca XIX w., z jednej strony równościowe tęsknoty socjalistów, z drugiej odpowiedź Leona XIII w encyklice „Rerum novarum" – miały korzeń z gruntu chrześcijański i wychodziły z postulatu sprawiedliwości społecznej, znanego już starożytnym Ojcom Kościoła. Co więcej, mimo że polemiczne – tworzyły konsens, na gruncie którego systematycznie reformowano prawo w duchu równościowego humanitaryzmu. Dopiero totalitaryzmy dramatycznie, choć na krótko, przerwały tę dość spójną aksjologię. Dziś, nie mam wątpliwości, wciąż jesteśmy na tej samej ścieżce i mimo że integrujemy odmienne „doświadczenia historyczne", tradycyjne (choć bardzo szerokie) rozumienie sensu demokracji, praworządności, sprawiedliwości społecznej czy wolności wciąż jest żywe.

Cichocki przytacza również w swoim felietonie poglądy amerykańskiego politologa Johna Ikenberry'ego, który: „przyznał wprost, że spójność i jednorodność Zachodu jest (...) jako koncepcja »artefaktem« – sztucznym tworem, który trwa (...) tak długo dzięki hegemonii Stanów Zjednoczonych". „To samo przecież można powiedzieć – pisze Cichocki – o koncepcji europejskiego Zachodu, który trwać będzie tak długo, jak na naszym kontynencie dominować będzie UE, która wymusza jakąś postać europejskiej jednorodności naszych odmiennych tradycji i doświadczeń...". Obaj panowie mają rację co do faktów, ale zapominają, że zarówno Stany Zjednoczone, jak i Unia Europejska to na równi artefakty będące dziedzictwem myśli i tradycji Zachodu.

Nie byłoby amerykańskiej Deklaracji niepodległości ani dynamiki federalizujacego się państwa, gdyby nie oświeceniowa synteza wartości z dziedzictwem uniwersalizmu na czele. A czyż nie to samo wypada powiedzieć o projekcie europejskim? Unia to w prostej linii spadkobierca idei Pax Romana i jej licznych dzieci. W tym sensie wspólnota, której jesteśmy członkiem, i nasz sąsiad zza Atlantyku to ta sama tradycja wzbogacona o odrębne „doświadczenia historyczne" i rozstrzyganie, kto jest hegemonem, a kto zakładnikiem, nie ma żadnego sensu. Choć namysł nad tym, czym jest, a zwłaszcza czym stanie się w nieodległej przyszłości Zachód jako wspólnota reguł, zasad i wartości – to sprawa absolutnie fundamentalna.

Jako konserwatysta powiem na koniec, że wobec niepewnego jutra bardziej od „bojaźni i drżenia" odczuwam satysfakcję, że w naszym świecie można było stoczyć tak solidną bitwę o życie umierającego dziecka. W innych niż nasz gnijący Zachód częściach świata byłoby to raczej niemożliwe.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL