fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Zbiorowa depresja w cieniu Akropolu

Kiedyś protesty były wielotysięczne, dziś bierze w nich udział tylko garstka. Na zdjęciu demonstracja w Atenach przed hotelem, w którym zebrali się wierzyciele Grecji, przeciwko polityce cięć socjalnych. „Jakże miło jest żyć bez emerytury, pracy, domu” – głosi napis na plakatach.
AFP, Louisa Gouliamaki
Grecy już nie śnią o buncie, o postawieniu się Niemcom. Znają swoje miejsce w szeregu.

Aleksis Cipras przez dłuższą chwilę musi się zastanowić, zanim odpowie na pytanie: jak w dzisiejszych realiach rozumie swoją misję bycia lewicowym politykiem, skoro i tak musiał co do litery wypełnić surowy program oszczędnościowy napisany pod dyktando Angeli Merkel w Berlinie.

– Wiesz, lewica nie może być tylko od protestów, demonstracji. Musi też pokazać, że potrafi wziąć odpowiedzialność za los ludzi, za poprawę warunków ich życia – odpowiada niepewnie. – W dzisiejszym globalnym świecie nie wystarczy, że zmieni się układ polityczny w jednym kraju, on musi się zmienić przynajmniej w obrębie całej Unii – dodaje, jakby na usprawiedliwienie.

Nie poznaję człowieka, który przez wiele miesięcy szachował całą Europę. 3 lipca 2015 r. to on apelował do 250 tys. rodaków zebranych przed parlamentem, aby w referendum odrzucili „niemiecki" plan ratowania Grecji przed bankructwem. – W niedzielę podejmiemy decyzję nie tylko o tym, aby pozostać w Europie, ale także aby żyć z godnością w Europie – mówił Cipras, a dwie trzecie Greków mu uwierzyło.

Dziesięć dni później po tej „godności" nie było już śladu. – To był poker. Cipras założył, że Merkel ustąpi, bo przestraszy się, że wyjście Grecji ze strefy euro doprowadzi do niekontrolowanej paniki na rynkach finansowych. Tymczasem kanclerz, a przede wszystkim jej minister finansów Wolfgang Schäuble nie tylko nie poprawili oferty dla Aten, ale nawet wycofali tę, która była do tej pory na stole. Powiedzieli jasno, że Berlin jest gotowy wyrzucić Grecję z unii walutowej, bo pozostałe kraje Eurolandu są zabezpieczone, efektu domina i paniki nie będzie, niemieckie i francuskie banki już dawno wyzbyły się greckich kredytów – mówi „Plusowi Minusowi" Aleksis, dziennikarz ateńskiej gazety „Kathimerini".

Po 17 godzinach negocjacji 13 lipca 2015 r. kręgosłup Ciprasa, a właściwie całego greckiego narodu, został złamany. Premier, który doszedł do władzy na fali obietnic, że nie będzie dłużej słuchał „dyktatu Merkel", musiał w zamian za kolejne kredyty warte 85 mld euro pogodzić się z jeszcze surowszymi warunkami niż jego poprzednik, konserwatysta Antonis Samaras.

– Kasa była wtedy pusta, a państwo nieprzygotowane na powrót do waluty narodowej. Wiadomo było, że kurs drachmy do euro natychmiast załamałby się przynajmniej o połowę. Cipras wiedział, że to doprowadziłoby do rewolucji – tłumaczy dziennikarz „Kathimerini". – O wyniku negocjacji zadecydowało jeszcze jedno: narastająca fala populizmu w całej Europie, której zresztą sam Cipras przetarł drogę, dochodząc do władzy w styczniu 2015 r. Aby ją powstrzymać, aby uratować jedność Unii, Angela Merkel chciała pokazać, co oznacza wybór demagoga. Grecja miała zostać przykładnie ukarana.

Kocham swój kraj, ale wyjeżdżam

Nieco ponad rok później Grecy rzeczywiście już nie śnią o buncie, o postawieniu się Niemcom. Znają swoje miejsce w szeregu. A właściwie zapadli na zbiorową depresję. – Cipras zrobił, co mógł. Nikt nie wyciągnie kraju z zapaści, lepiej nie będzie – mówi mi Despina, na oko 50-letnia kobieta, która pracuje w kuchni w jednym z hoteli w okolicy stołecznego placu Syntagma. To tu, przed siedzibą parlamentu, jeszcze całkiem niedawno Grecy protestowali dzień w dzień przeciwko kolejnym ustawom odbierającym zabezpieczenia socjalne czy podnoszącym podatki. Dziś miejsce tamtych demonstrantów zajęły znacznie mniejsze zbiorowiska różnej maści ekscentryków.

„Jeśli jest ciemno, postaraj się uczynić jasność" – taki żywy napis utworzyła właśnie grupka miłośników filozofii, w tym Anastasia, absolwentka pielęgniarstwa. – Nie pracuję w zawodzie, nie ma jak. Dorabiam w barach. Filozofia mnie psychicznie ratuje – rzuca, wyraźnie nie chcąc rozwijać tematu.

Opodal kilka osób zebrało się wokół ubranego na czarno popa i mężczyzny trzymającego niebiesko-białą flagę Grecji, jego zdaniem „najpiękniejszą, jaką świat widział". – Grecja musi być tylko dla Greków, nie może się zgodzić na więcej emigrantów – próbuje złożyć zdanie z pojedynczych słów po angielsku.

Syntagma to wizytówka greckiej stolicy, choć i tu płyty z białego marmuru pękają, a niepolewana od dawna trawa zmienia się w klepisko. Wystarczy jednak wejść do parku botanicznego, który sąsiaduje z budynkiem parlamentu, aby zobaczyć bezdomnych koczujących przy bocznych alejkach, między zasadzonymi jeszcze w XIX wieku palmami. – Trzeba być najlepszym z najlepszych, aby mieć szansę na pracę. Kocham swój kraj, jest piękny, ale będę musiał wyjechać – mówi 18-letni Konstantin, student biologii.

Od wybuchu kryzysu w 2008 r. z 11-milionowej Grecji wyjechało ponad 600 tys. młodych ludzi, nadzieja narodu. To tak, jakby Polskę opuściły 2 mln osób. – Pracuję jako asystentka nauk biologicznych. Pomagam studentom na sześciu różnych uczelniach w przygotowaniu się do zajęć. Razem uzbieram miesięcznie jakieś 600 euro. To za mało, aby się usamodzielnić: wynajem kawalerki na obrzeżach Aten kosztuje 250 euro. Musiałam wrócić do rodziców – mówi mi trzydziestokilkuletnia Viki. Razem z koleżanką właśnie wyszła z jednej z prastarych ateńskich cerkiewek, gdzie każdego dnia modli się po drodze do pracy i wracając do domu. To kolejny sposób, aby utrzymać psychiczny pion.

– Przed kryzysem zarabiałem 1050 euro, teraz 700. Ale i tak mam wielkie szczęście, że utrzymałam etat – przyznaje Despina, ta od pracy w hotelowej kuchni.

Grecja od dziewięciu lat jest w permanentnym kryzysie. W tym czasie dochód narodowy obniżył się o niemal jedną trzecią. To więcej niż w Stanach Zjednoczonych w okresie Wielkiego Kryzysu. Z tego powodu w zeszłym roku średni dochód Greka po raz pierwszy był niższy niż Polaka (uwzględniając realną siłę nabywczą).

Jednocześnie w ramach trzech programów pomocowych Grecja dostała od Unii Europejskiej i Międzynarodowego Funduszu Walutowego kolosalną kwotę 320 mld euro, największe wsparcie, jakie kiedykolwiek otrzymał jakikolwiek kraj na świecie. W Polsce proporcjonalnie kilkanaście razy mniejsza pomoc pozwoliła na prawdziwy skok cywilizacyjny, budowę tysięcy kilometrów autostrad i setki oczyszczalni ścieków. W Helladzie widać tylko nędzę.

– Program pomocowy miał przede wszystkim kupić czas: zapewnić, że strefa euro przygotuje się do ewentualnego bankructwa Grecji i zapobiegnie efektowi domina: panice na rynkach, która wyrwie z Eurolandu Hiszpanię, Portugalię, Włochy i rozerwie całą Unię – tłumaczy Nicolas Veron, ekonomista brukselskiego Instytutu Bruegla.

Unijnych setek miliardów euro Grecy nigdy więc nie widzieli. Poszły na zrekompensowanie poniesionych strat niemieckim, francuskim czy włoskim bankom, które w latach prosperity lekką ręką dawały im kredyty. Przeznaczono je także na zasypanie greckiego deficytu budżetowego i uspokojenie rynków finansowych.

Dziś Grecja jest jak człowiek, który budzi się z ogromny kacem. Dług kraju urósł do 320 mld euro, 180 proc. dochodu narodowego. Wiadomo, że nigdy nie zostanie spłacony. – Nasi partnerzy obiecali, że jeśli będziemy wdrażać reformy, skreślą część zadłużenia. Pacta sunt servanda, umów trzeba dotrzymywać. One obowiązują nie tylko słabszych, ale także silniejszych – mówi Cipras.

Redukcja długu to ostatnia batalia, z której jeszcze nie zrezygnował, a także jedyny argument, którym mógłby zapewnić populistycznej Syrizie utrzymanie się u władzy po wyborach w 2019 r. Postulat popiera zresztą MFW, który uważa, że przyciśnięty tak ogromnymi zobowiązaniami kraj nigdy nie wyjdzie na prostą. Tyle że o darowaniu zobowiązań nie chce słyszeć Angela Merkel, a już na pewno nie przed wyborami do Bundestagu jesienią 2018 r. Taki prezent dla „greckich darmozjadów" bardzo utrudniłby jej partii, CDU, utrzymanie się u władzy.

Skutek: gospodarka przyciśnięta niezwykle wysokimi podatkami, które teoretyczne mają wydusić z niej pieniądze na spłacenie długu, ciągle się zwija. Wierzyciele jednocześnie naciskają na kolejne ograniczenie wydatków państwa, ostatnio na emerytury. Rok 2016 Grecja, jako jedyny kraj Unii, zakończyła spadkiem dochodu narodowego.

Smog i bezrobocie

Hiszpania, Irlandia, Portugalia. Dlaczego inne kraje jakoś przeżyły tę niemiecką kurację odchudzającą, a Grecja nie jest do tego zdolna? – pytam Aleksisa, dziennikarza „Kathimerini".

Jemy kolację we wspaniałym muzeum Akropolu, jednym z nielicznych spektakularnych, nowoczesnych budynków stolicy. Przez ogromne szyby widać na wzgórzu świątynię Zeusa, miejsce narodzin europejskiej demokracji i europejskiej tożsamości. Symbol ogromnego wkładu Greków w ludzką cywilizację. – To jest nasze przekleństwo – mówi nagle Aleksis, wskazując na Akropol. – Góruje nad miastem, ze wszystkich miejsc go widać, nigdy nie daje nam zapomnieć o naszej wielkiej przeszłości. Właśnie dlatego Grecy zawsze czuli się wyjątkowi, nigdy nie chcieli, aby ktoś obcy im dyktował, jak mają zmieniać kraj. Odrzucali zmiany.

Siedem lat po uruchomieniu pierwszego programu pomocowego, który przecież był uzależniony od przeprowadzenia głębokich reform, Grecja spadła na 61. pozycję na liście państw, w których najlepiej prowadzić biznes, za tak lekceważonymi przez nią krajami regionu, jak Albania, Serbia, Mołdawia czy Kosowo. Sądy wciąż pozostają sparaliżowane, administracja skorumpowana, infrastruktura transportowa nawet w porównaniu z Polską jest archaiczna. Wszędzie rządzą układy. – Byliśmy setki lat pod panowaniem Otomanów. To drugi powód naszej niezdolności do reform – przekonuje Aleksis.

Przynajmniej od lat 60. ubiegłego wieku wpływami w kraju podzieliło się kilka rodów, przede wszystkim Karamanlis i Papandreu. Tę tradycję przerwał Cipras, ale być może nie na długo: za dwa lata jego głównym rywalem będzie lider konserwatywnej Nowej Demokracji Kiriakos Mitsotakis, syn premiera z lat 90. Konstantinosa Mitsotakisa. – Nazwisko nie może się stać moim przekleństwem. Doszedłem do obecnej pozycji ciężką pracą, bez szczególnego wsparcia – zapewnia, gdy pytam go, czy Grecji nie grozi powrót w koleiny dawnego, zamkniętego systemu politycznego.

W kraju, gdzie przynajmniej co czwarty dorosły nie ma pracy, nie wszyscy w równym stopniu dźwigają jednak ciężar kryzysu. – Na razie nasza sytuacja nie jest zła, nie zmieniono nam emerytur. Nie ma co narzekać – mówi dwóch starszych panów, których spotykam, gdy wychodzą z ogrodu botanicznego obok parlamentu. Kilka metrów za nimi idą ich żony. – Jesteśmy wojskowymi w stanie spoczynku – ucinają rozmowę.

Takich uprzywilejowanych klas społecznych jest znacznie więcej. Najważniejsza grupa to wielcy armatorzy, którzy zarejestrowali swoje spółki na Karaibach lub w innych egzotycznych miejscach, z dala od greckiego fiskusa. – Oni w spłacie długu nie bardzo chcą uczestniczyć – zauważa dziennikarz Aleksis.

Za kryzys płacą inni. Na ulicach Aten rzuca się w oczy bieda. Widok śpiących w bramach bezdomnych, zabitych dyktą witryn sklepowych, sypiących się fasad jest powszechny. Metropolia, w której żyje niemal połowa wszystkich mieszkańców kraju, jest sparaliżowana ciągłymi korkami, a nad miastem unosi się permanentny smog.

Na powierzchni utrzymuje Grecję turystyka. Gdy minęła najostrzejsza faza kryzysu, a bankomaty znów zaczęły być zaopatrywane w euro, o greckich wyspach przypomnieli sobie turyści. Dodatkowo, z powodu kłopotów greckiej gospodarki, ceny stały się bardzo konkurencyjne dla obcokrajowców. Położenie geograficzne Grecji jest też jednak jej przekleństwem, bo siłą rzeczy tędy wiedzie najbliższa droga z Bliskiego Wschodu do Europy. Niektórzy czują się jak na słynnej nowojorskiej wyspie, przez którą przewinęły się miliony emigrantów przybyłych do Stanów Zjednoczonych. – Stajemy się Ellis Island Europy – mówi Ioannis Muzalas, odpowiedzialny za sprawy imigracji w konserwatywnym gabinecie cieni.

Od zawarcia rok temu umowy między Merkel i prezydentem Turcji Recepem Tayyipem Erdoganem liczba uchodźców co prawda wyraźnie spadła, ale narastający konflikt między Brukselą i Ankarą z powodu budowy przez tureckiego przywódcę autorytarnego reżimu grozi w każdej chwili zerwaniem porozumienia. I bez tego każdego dnia na greckie wyspy przedostaje się około setki imigrantów, którzy zgodnie z umową powinni być odesłani na turecki brzeg. Powinni, ale nie są.

– Mamy już przeszło 65 tys. uchodźców, którzy nie zdołali wyjechać z Grecji przed zamknięciem „drogi bałkańskiej" i wpadli w pułapkę – podkreśla Ioannis Muzalas.

Cipras przypomina, że w Grecję uderzył nie tylko kryzys ekonomiczny, ale i migracyjny. I z żadnym z nich nie potrafiła się do tej pory uporać. O ile w odczuciu przeciętnego Greka Niemcy, narzucając politykę bezwzględnego zaciskania pasa, powodują, że jego kraj nie może się wyrwać z biedy, to kraje Grupy Wyszehradzkiej, w tym Polska, wykazały się egoizmem, odmawiając przyjęcia części uchodźców. Cipras sugeruje, że kraje Europy Środkowej powinny zostać ukarane za swoją postawę utratą części funduszy strukturalnych.

Coraz mniej Europy

Obóz dla uchodźców w Eleonas na obrzeżach Aten został sfinansowany przez Unię Europejską, choć teren przekazała gmina. Rzędy prefabrykowanych domków ciągną się wzdłuż szerokich alejek, jest czysto, schludnie. – W osobnej części mieszkają rodziny, w osobnej ludzie samotni. Staramy się też odseparować narodowości, które tradycyjnie odnoszą się do siebie wrogo – mówi Paula Pleusen, niemiecka wolontariuszka, która przyjechała na kilka miesięcy pomóc uchodźcom. – Dzieci przez osiem godzin dziennie chodzą na zajęcia z takich przedmiotów, jak angielski czy informatyka. Mamy jednak także zajęcia dla dorosłych, przede wszystkim kobiet. Chcemy je uaktywnić, wyemancypować – dodaje.

56-letni zegarmistrz Mohammed uciekł z rodziną z Aleppo. Gdy opowiada historię przeprawy przez morze do Grecji, jego żona Siha podaje kawę. Choć rodzina zostawiła w Syrii wszystko, gość nawet w tak skromnych progach zawsze musi być traktowany wyjątkowo. – Jedziemy do Portugalii, już mamy zaproszenie – mówi przez tłumacza Mohammed, który w Eleonas spędził dziewięć miesięcy w oczekiwaniu, aż któryś z krajów Unii ich przyjmie. Przez ten czas jego dzieci na tyle nauczyły się mówić po angielsku, że komunikacja staje się możliwa.

Eleonas to jednak obóz, który najczęściej pokazuje się zagranicznym dziennikarzom, bo należy do najlepszych. Zdaniem międzynarodowych organizacji humanitarnych, takich jak Oxfam, w innych częściach kraju, a przede wszystkim na wyspach, sytuacja jest nie tylko o wiele trudniejsza dla przyjezdnych, ale nieraz wręcz tragiczna.

Wielu cudzoziemców o śniadych twarzach widać także na ulicach Aten. To często nigdzie nie zarejestrowani młodzi mężczyźni, którzy utrzymują się z dorywczych zajęć. Ich obecność jest kolejnym elementem, który powoduje, że grecka stolica zdaje się coraz bardziej odróżniać od miast zachodniej i środkowej Europy, a upodabniać do metropolii Bliskiego Wschodu.

Pozostaje Akropol. Przypominam sobie słowa Aleksisa, jak bardzo ta wspaniała budowla, która góruje nad Atenami, demobilizowała Greków, utrudniała reformy. Ale też myślę, że jest ona źródłem nadziei dla tego obolałego narodu. Bo Europa nie może przecież zostawić kraju, z którego wywodzi się jej cywilizacja. To byłaby kapitulacja całej Unii.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA