fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Zdort: Komunizm trzyma się mocno

Fotorzepa
Dopiero dziś w Polsce skończył się komunizm – powiedziała redakcyjna koleżanka po obejrzeniu naprawdę pięknego i godnego pogrzebu „Łupaszki".

W sensie symbolicznym nie sposób się z tym nie zgodzić – przemilczanie lub zohydzanie Żołnierzy Wyklętych w czasach III RP niewiele różniło się od propagandy czasów PRL. Nie nazywano ich już wprawdzie „bandami", ale ich bohaterstwo podważano i relatywizowano, powtarzając wciąż, że przecież „strzelali do Polaków".

Nie wspominano, rzecz jasna, że owi Polacy byli przedstawicielami sowieckiego okupanta, a wielu z nich można by wprost nazwać zdrajcami ojczyzny i opór przeciw nim był po prostu postawą patriotyczną. Jeśli prawdziwa jest teoria na temat tego, że historię piszą wygrani, to do 2016 roku wygranymi w Polsce wciąż byli komuniści.

Innym symbolicznym dowodem, że komunizm zaczyna się kończyć dopiero w tym roku, mogłyby być rewizje w domach generałów Czesława Kiszczaka i Wojciecha Jaruzelskiego. Trudno pojąć, dlaczego doszło do nich tak późno, czego bali się kolejni prezesi IPN – a przecież byli wśród nich także ludzie związani z prawicą! – że nie przetrząsnęli domów członków WRON jeszcze za ich życia. Ta bierność to najlepszy dowód, że komunizm wciąż trwał.

Niestety, docenienie Wyklętych przez państwo oraz rewizje w domach dawnych peerelowskich kacyków to tylko symbole. Także w wielu naprawdę ważnych dziedzinach Polska nie została zdekomunizowana. Liczono na to, że z czasem, wraz z wymianą pokoleń, pozostałości komunizmu po prostu zanikną. Nie wzięto jednak pod uwagę, że są środowiska, w których zawód przechodzi z ojca na syna i z syna na wnuczka, w których pozycja rodziców gwarantuje przyjęcie dzieci na branżowe studia, a środowiskowe więzy i interesy są silniejsze niż poczucie odpowiedzialności za państwo – bo rzadko się myśli o korzyści dla państwa, a częściej o zyskach własnych i korporacji.

Takie reprodukujące się z pokolenia na pokolenie grupy społeczne nie tylko nie zamierzały się oczyszczać, ale zaczynały uznawać się za elitę lepszą od reszty Polaków, nietykalną, nieuznającą ustaw przyjmowanych przez parlament i jedyną mającą wystarczające kompetencje, aby decydować o najważniejszych sprawach kraju.

W latach 90. miałem zaszczyt się spotkać i odbyć długą rozmowę z Adamem Strzemboszem, podówczas pierwszym prezesem Sądu Najwyższego i kandydatem prawicy na prezydenta. Pisałem dla „Rzeczpospolitej" jego sylwetkę. Profesor przyjął mnie w swoim sądowym gabinecie i tłumaczył cierpliwie, że w czasach rządu Tadeusza Mazowieckiego – był w nim wiceministrem sprawiedliwości – i później, jako prezes SN, zawsze sprzeciwiał się weryfikacji sędziów, gdyż uważał, że środowisko prawnicze może oczyścić się samo, a w ostateczności dzieła dokona nieuchronna wymiana pokoleń.

Jak wiemy, takie oczyszczenie nigdy nie nastąpiło. Czego smutne skutki odczuwamy do dziś.

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA