fbTrack

Plus Minus

Jaguar Kalisza czy moherowy beret

Czy quasi-sarmacki Janusz Korwin-Mikke mógłby być uosobieniem stylu polskiej prawicy?
Fotorzepa, Roman Bosiacki
O naszym „lajfstajlu" decyduje nie gust, nie przynależność partyjna, ale średnia krajowa. To ona wpisuje nas w tłum i nie pozwala wystawać z szeregu. Ubieramy się podobnie i podobnie mieszkamy.

Postępowość połączona z upodobaniem do życia towarzyskiego oraz wyposażenia, którego ono wymaga". Tak francuska encyklopedia Petit Larousse określa termin „lewica kawiorowa", zaznaczając, że ten neologizm powstały w latach 80. XX wieku ma znaczenie pejoratywne. „Ktoś, kto podając się za socjalistę, zaprzecza wartościom, które z tą ideą się wiążą, a to oznacza hipokryzję " – uzupełnia Wikipedia.

Termin powstał w kręgach francuskiej lewicy i kierowano go do prezydenta François Mitterranda. Jednak jego zasięg terytorialny jest większy, bo ma swoje odpowiedniki w innych krajach. Champagne socialist, chardonnay socialist – Wielka Brytania, limousine liberal – USA, Salonkommunist – Niemcy, radical chic – Włochy.

We Francji tak mówiono o byłej socjalistycznej kandydatce na prezydenta Segolene Royal, kiedy okazało się, że unika płacenia podatków, o Dominique'u Straussie-Kahnie, byłym szefie Międzynarodowego Funduszu Walutowego, i jego żonie (obecnie już byłej) Anne Sinclair, córce marszanda milionera Paula Rosenberga. I o wielu innych.

A u nas? Jak funkcjonujący u nas podział na prawicę i lewicę wyraża styl życia tych ludzi? Jak się do tego mają jaguar Kalisza, rezydencje Kwaśniewskiego, workowate garnitury Kaczyńskiego, moherowe berety?

Ponurzy panowie, niewyjściowe panie

O uroku mody stanowi zmiana. Jej naturą jest poszukiwanie nowego, kontestacja, ruchliwość. W takim ujęciu moda może być nazwana lewicową. W samym XX wieku wszystkie jej rewolucje odbywały się pod hasłami zmiany. Po I wojnie światowej moda odrzuciła XIX-wieczne zasady, uprościła garderobę, uwolniła kobiety od gorsetów, skróciła suknie. Pod koniec lat 60. i w latach 70. nastąpiło wywrócenie zasad klasycznej europejskiej elegancji. Zakwestionowano jej podstawy: schludność, harmonijny dobór kolorów, dostosowanie ubrania do okazji i do wieku, nieodsłanianie ciała, niepokazywanie bielizny. Do garderoby przyjęto gości z egzotycznych kultur. Podważono zasadę, że ubranie męskie ma się różnić od damskiego.

W swojej istocie lewicowy jest również design, który powstał jako wynik rewolucji przemysłowej i rozwijał się ramię w ramię z klasą robotniczą. Bo historycznie design to nic innego jak projektowanie dla mas, dla odbiorcy, którego potrzeby i oczekiwania estetyczne zostały zoptymalizowane i sprowadzone do średniej. W tej średniej zawarta jest też cena: design ze swej natury miał być demokratyczny, miał tworzyć produkty ogólnie dostępne i tak jak międzynarodówka – ponadnarodowe.

Lewicowy w swych korzeniach jest również modernizm – pierwszy styl, w którym wzornictwo przemysłowe i architektura pokazały mieszczaństwu, że można żyć bez zbędnych dekoracji, że funkcja może określać formę i że mniej może znaczyć więcej. Marsylska jednostka mieszkalna Corbusiera czy krzesła ze stalowych rurek Marcela Breuera pokazują zupełnie nowy gust i styl ściśle powiązane ze światopoglądem. Design był ideologiczny od początków swojego istnienia.

Szarawy „lajfstajl" PRL od luksusów się odżegnywał, ale też miał swoje aspiracje. Na miarę czasu. Dygnitarze o plebejskich rodowodach nie mieli na ogół wygórowanych potrzeb materialnych, ale gdy nadarzała się możliwość korzystania z przywilejów, nie odmawiali. Sklepy za żółtymi firankami, kupowane za bezcen działki na Mazurach, mieszkanie w alei Róż...

Władysław Gomułka, człowiek siermiężnych gustów, uważał, że cytryny nie są Polakom potrzebne, bo mają cebulę. Polecił zniszczyć prototyp sportowej syreny sport, projektu Cezarego Nawrota, bo uważał, że klasie robotniczej wystarczy tramwaj. Sam jednak jeździł mercedesem, a garnitury i koszule zamawiał u znanego warszawskiego krawca Zaremby. Jego sekretarz Walery Namiotkiewicz zapamiętał, że Rosjanie z podziwem mówili o jego garderobie. Józef Cyrankiewicz miał jaguara i też ubierał się u Zaremby, a jego żona Nina Andrycz uchodziła za jedną z najelegantszych kobiet swego czasu. Przejawiała upodobanie do toalet całkiem niesocjalistycznych, nigdy nie widziano jej bez makijażu i starannej fryzury. Pochowano ją w futrze z norek.

O życiu prywatnym polityków PRL społeczeństwo wiedziało niewiele. O tym, jak żyją, jakie mają domy i żony, krążyły tylko plotki. Ponurych panów oglądało się w „Dzienniku Telewizyjnym" tylko na plenach, otwarciach, rocznicach. Zawsze w garniturach. Dla mężczyzny urodzonego przed wojną publiczne pokazanie się bez marynarki i krawata było nie do pomyślenia.

Edward Gierek, sztywny, oficjalny, pozornie prowadził skromny tryb życia. Jednak w latach 70. powszechnie plotkowano o jego majątku. Dopiero w latach 80. NIK odnalazła dokumenty, z których wynikało, że pierwszy sekretarz i jego rodzina za państwowe pieniądze wznieśli na Śląsku cztery wille...

Równie sztywne jak ich mężowie były żony przywódców Paktu Warszawskiego. Chociaż nie brały udziału w życiu publicznym, to pretendowały do elegancji i interesowały się modą. Na pokazy Mody Polskiej przyjeżdżała pani Tito i pani Gorbaczow epatująca strojami od radzieckiego kreatora Sławy Zajcewa, zwanego czerwonym Diorem. Jednak poruszanie się w „wielkim świecie" przychodziło tym paniom z trudem. Nie miały obycia ani doświadczenia w tych sprawach.

„Wyjście żon z podziemia to była bardzo trudna sprawa" – pisze Jerzy Antkowiak w swojej biografii „Sekrety modnych pań". „Zlecono nam przygotowanie strojów dla pani Gierek. Projektowaliśmy je, potem kilkuosobowa grupa dopuszczona do misterium jeździła na ulicę Parkową. Halina Kłobukowska, wtedy dyrektor do spraw mody, dyskretnie uczyła ją stosownych na tę okoliczność manier. Pani Stanisława dostała od nas ściągawkę, co jak się nosi i do czego. Zaakceptowała to wszystko i zażądała jednej z naszych krawcowych, która skrupulatnie pomagała jej wprowadzić tę ściągawkę w życie. Podprasowywała, co należy, wiązała kokardę, tak jak my ją wiązaliśmy, wkładała kapelusze pod odpowiednim kątem. Tak właśnie odbyła się wizyta u Giscarda d'Estaing i wszystko poszło dobrze".

Całkiem inaczej było z pokoleniem '68, które w odróżnieniu od zaściankowej nomenklatury komunistycznej przesiąkło zachodnim luzackim stylem. Młodość tych, którzy pod koniec lat 60. mieli niewiele ponad 20 lat, upłynęła już w duchu kontestacji. To nic, że w Europie protestowano przeciw kapitalizmowi, a u nas przeciw komunizmowi – ekspresja westymentarna była podobna. Długie włosy, niedbałe marynarki, swetry.

„Dla ludzi z pokolenia '68, którzy pierwszy chrzest bojowy przeżyli podczas wydarzeń marcowych, eleganckie ubranie było strojem establishmentu. W swojej nonszalancji w kwestii ubioru i wrogości wobec garniturów i krawatów polscy dysydenci nie byli odosobnieni. To strój zarówno Adama Michnika, Joshki Fischera czy Daniela Cohn-Bendita" – pisze Piotr Szarota w książce „Od skarpetek Tyrmanda do krawata Leppera".

Pegeerowski szyk

Z początkami III RP najbardziej kojarzy się postać Jacka Kuronia w dżinsowej koszuli, symbolu nonkonformizmu. Był w niej nawet wtedy, gdy odbierał od Aleksandra Kwaśniewskiego Order Orła Białego. Tylko w czasie wyborów prezydenckich włożył garnitur. „Przy okazji wyborów prezydenckich na siłę wduszono mnie w garnitur i krawat" – wyznał dużo później w wywiadzie.

Pamięć o Andrzeju Lepperze w dużej mierze przykryły konflikty ostatnich lat. Ale biało-czerwone krawaty Samoobrony i pegeerowski szyk defilujących ławą po Sejmie działaczek Samoobrony: Danuty Hojarskiej i Renaty Beger, trudno zapomnieć. Działaczki się nie zmieniły; Andrzej Lepper przeszedł ewolucję od siermiężnego działacza rolniczego do wyrobionego polityka. Pod wpływem specjalisty od wizerunku Piotra Tymochowicza zmienił fryzurę, zaczął nosić garnitury Ermenegildo Zegny, a skłonność do czerwienienia się ukrył pod opalenizną. Zmiany te nie przysporzyły mu zwolenników wśród elektoratu wsi. Dla niego jego stroje były zaprzeczeniem ideałów, o które obiecał walczyć.

Kiedy przyjrzeć się stylowi czołowych działaczy lewicy, widać, że głoszonym przez nich hasłom sprawiedliwości społecznej towarzyszy zbyt często słabość do ośmiorniczek, luksusowych samochodów i drogich garniturów. Posiadłości Janusza Palikota, jaguary Ryszarda Kalisza, rady Jolanty Kwaśniewskiej, że najzdrowsze dla emerytów są narty w Alpach, mają swoją wymowę.

O działaczach SLD trudno powiedzieć coś ciekawego poza tym, że wraz z upływem czasu stopniowo uwalniali się od krawatów. Najważniejsza para tej formacji: Aleksander i Jolanta Kwaśniewscy, pozostała nienaganna. On w błękitnych koszulach, dobrych garniturach, ona, niezależnie od tego, czy podziela się jej gust czy nie, staranna i dbająca o wizerunek. Ślub ich córki miał być rodzimą wersją arystokratycznych ślubów za granicą. Jedynym faux pas, jakie zdarzyło się Jolancie, była nieco zbyt krótka spódnica na spotkaniu z królową Elżbietą II.

Tylko sukienka Aleksandry Miller w napisy „sex love romance" na spotkaniu z parą cesarską z Japonii potwierdziła, że damom lewicy brak wyczucia stroju w publicznych występach.

Na tym tle świetnie wypada prezencja europosłanki Danuty Hübner. Fakt, że Katarzyna Piekarska została przyłapana na kupowaniu w lumpeksie, świadczy zapewne mniej o stanie jej finansów, a bardziej o upodobaniu do oryginalności. W przypadku kobiet naprawdę niełatwo znaleźć związek między przynależnością partyjną a stylem...

Działacze starej lewicy – dobiegającej, jak się wydaje, do końca okresu przydatności do spożycia – to jedno. Obecnie na scenę wchodzi nowe pokolenie. Bardziej na luzie, sprawiają wrażenie odpornych na pokusy luksusowej konsumpcji. Antyglobaliści, aktywiści, zieloni... Adrian Zandberg mieszka w skromnej kamienicy, nie widziano go nigdy w krawacie. Rzecznik partii Razem Maciej Konieczny zawsze występuje w dresie. Robert Biedroń do pracy jeździ na rowerze.

Tak jest na razie, bo kariery polityczne tych panów dopiero nabierają rozpędu. Doświadczenie uczy, że gdy z polityki przejdą do biznesu, ich nawyki mogą stać się mniej egalitarne... Przerabialiśmy to już z niejednym działaczem SLD.

W dziedzinie instytucjonalnej fenomenem lewicowości made in Poland stał się Instytut Wzornictwa Przemysłowego. Działał na styku ideologicznych założeń socjalizmu, inteligenckich gustów oraz ukrywanego pragnienia, żeby mieszkać i żyć jak na Zachodzie. Projektowano zgodnie z założeniem, że piękno ma być dostępne dla wszystkich i na co dzień, jak ujęła to założycielka instytutu Wanda Telakowska. Meble, tkaniny, ceramika powstawały według zachodnich trendów, ale dostosowane do masowej produkcji. W założeniu przeznaczone były dla robotniczych odbiorców, ale kupowali je raczej inteligenci. Robotnicy woleli kryształowy wazon.

Ćmielowskie serwisy Ina i Dorota oraz figurki z lat 50. i 60. wymyślone jako ideologiczny sprzeciw wobec mieszczańskiej porcelany są emblematyczne do dziś. Projektowali je twórcy tej klasy co Ludomir Tomaszewski czy Mieczysław Naruszewicz. Wyraźnie pod wpływem awangardowych rzeźb Picassa i eksperymentów z formą Henry'ego Moore'a stworzyli kolekcje tak progresywne,że trudno było znaleźć w tym czasie podobne na Zachodzie. Ceramika i meble ze sklejki z lat 50. i 60., kiedyś kupowane za grosze z inteligenckich pensji, dziś na Allegro osiągają ceny niemal światowe.

IWP stał się rodzajem wzorniczego Pewexu – towary jak zza żelaznej kurtyny, ale nasze. Kiedy zaprzyjaźniony z Telakowską Iwaszkiewicz przyprowadzał do IWP królową Belgów czy żonę premiera Szwecji Ainę Erlander, wychodziły one z pracowni projektowych IWP z przekonaniem, że w tym komunistycznym kraju powstaje design światowej klasy.

Tym projektom nie udało się ujednolicić gustu Polaków i podporządkować go jednemu, tworzonemu przez IWP lewicowemu wzorcowi estetycznemu. Ale i tak pragnienie „bycia nowoczesnym" ustawiło gust rówieśników Czterdziestolatka z filmu Jerzego Gruzy na podobnych must have: mieszkanie w bloku, meblościanka Kowalskich, fotel Chierowskiego, mały fiat, pralka Frania, radio Goplana. Jeśli popatrzymy na nie dzisiaj „niewinnym okiem", dostrzeżemy, jak dobrze je zaprojektowano.

Kiedyś symbolem trwałości domu i domowego ogniska były stół czy kanapa – ciężkie, niepodzielne, stateczne, mające towarzyszyć całemu życiu. Teraz meble zgodnie z „lewicowym gustem" mają być krótkotrwałymi towarzyszami nieustannych zmian.

Kto jest najważniejszym sprawcą upowszechnienia lewicowych ideałów wzornictwa? Oczywiście Ikea. Szwedzki potentat o globalnym zasięgu tworzy produkty demokratyczne, kosmopolityczne, tanie. Podobają się na całym świecie, choć nie biorą pod uwagę lokalnych gustów i tradycji. Oparte są na skandynawskim paradygmacie estetycznym: prostota, funkcjonalność, minimalizm. W opozycji do mieszczańskiej trwałości – lekkie, przeznaczone do samodzielnego montażu i demontażu. Brak trwałości i otwartość na zmianę to przecież manifest marksistowski.

W stylu narodowym i bez antyków

A cóż na prawicy? Wszystkie odmiany stylu mieszczańskiego i kolonialnego zakładające wyższy stan świadomości i lepszy status materialny wyróżnionej warstwy społecznej. Tam, gdzie pojawia się świadomość wartości narodowych, gust indywidualny ponad powszechnym, przywiązanie do wartości historycznych i pieczołowitość w traktowaniu materialnych śladów przeszłości – tam wyraźnie bliżej do prawicy. No i tam, gdzie za indywidualny gust trzeba drożej zapłacić.

Tyle że z polską prawicą jest kłopot, bo trudno ją zdefiniować nie tylko ideologicznie, ale i estetycznie.

Zachodni konserwatyści zazwyczaj już rodzinnie obrośnięci byli w piórka. Dziedziczyło się po przodkach. Badacz designu Deyan Sudjic w książce „Język rzeczy" cytuje brytyjskiego konserwatystę Alana Clarka, który w pamiętnikach zjadliwie opisał kolegę z rządu Michaela Heseltine'a. „Wygląda na takiego, który musi kupować meble. Przyzwoity człowiek meble ma od urodzenia, tylko lewicowy plebs musi na nie dopiero zarobić".

Nasi prawicowcy raczej należeli do takich, którzy meble kupują. Zaczynali od zera, jak wszyscy w Polsce. Nie odziedziczyli majątków ani tytułów, za to odbyli praktykę życia w jedynie słusznym ustroju. W rezultacie tych doświadczeń styl życia polskiej prawicy jest równie lewicowy jak jej program ekonomiczny. Tu rozlega się chichot historii... Polska specyfika i polski paradoks.

Bo jeśli szef francuskiej prawicy Jean-Marie Le Pen mieszka w stylowym domu z początku wieku, pełnym sztucznych antyków i atłasowych poduszek z hasłami z własnej kampanii wyborczej, Nicolas Sarkozy ma mauretańską willę w Marrakeszu, to co powiedzieć o naszych prawicowcach „biednych, niewykształconych, ze wsi", którymi wyciera sobie gębę lewa strona sceny politycznej? Jak się mają do tamtych? Ze swoją inteligenckością, zniszczonymi butami i obojętnością na dobra materialne Jarosławowi Kaczyńskiemu bliżej do Władysława Gomułki niż do Silvia Berlusconiego... Gdzie rezydencje Januszów z Podkarpacia, wąsatych wielbicieli piwka i schabowych?

Do prawicy prędzej by pasował chwacki i quasi-sarmacki Janusz Korwin-Mikke ze swoją muszką, skrzyżowanymi szablami na ścianie salonu willi świdermajer w Józefowie. I ze swoimi poglądami, oczywiście.

A cóż z naszą kosmopolityczną gwiazdą Radosławem Sikorskim, jego londyńskimi garniturami, urządzonym po szlachecku dworkiem w Chobielinie oraz pretensjami do noblesse? Mógłby on być ilustracją współczesnego polskiego prawicowca, gdyby nie był odosobniony...

Dowodem na to, jak odległe od zachodniego jest w Polsce rozróżnienie lewicy i prawicy, może być wygląd przedstawicieli tych frakcji. Ekstremalnym przykładem niech będą nieszczęsne, tak bardzo obśmiane „moherowe berety". Według definicji Jerzego Bralczyka: „określenie kobiety w starszym wieku, słuchaczki Radia Maryja, która popada w skrajne stany emocjonalne, ma niezwykle konserwatywne poglądy". Tego, że jest biedna, językoznawca już nie dodaje.

Kolejnym kłopotem, jaki napotyka próba zdefiniowania, co w „lajfstajlu" znajduje się po lewej, a co po prawej stronie, jest polska inteligencja. Ze swoim lekceważeniem dla wartości materialnych, gustem wyrastającym z tradycji ziemiańskiej odnalazła się w stylu narodowym opartym na sztuce ludowej. Najpierw zakopiańskim – stworzonym pod koniec XIX wieku przez Stanisława Witkiewicza, który wymyślił Zakopane.

Dla ówczesnej elity zaczął budować pod Giewontem luksusowe wille oparte na stolarce i motywach zakopiańskich górali. Koliba, Willa pod Jedlami czy Zofiówka – wyposażone w specjalnie projektowane „góralskie" meble, lampy, tkaniny – stały się kamieniami milowymi gustu polskiej inteligencji. Dziś, wracając z Krupówek czy krakowskich Sukiennic z ciupagą, góralskim kapeluszem i kierpcami, udowadniamy, jak dobrze Witkiewicz trafił w najczulsze punkty polskiej tożsamości estetycznej.

Na tych samych sentymentalnych wątkach oparty jest sukces Spółdzielni Artystów Ład, czyli biznesu, jaki założyli w latach 20. XX wieku najlepsi polscy projektanci: Józef Czajkowski, Wojciech Jastrzębowski, Karol Stryjeński, którzy postanowili sami produkować i sprzedawać w krótkich seriach meble, tkaniny i ceramikę z wyraźnym dążeniem do doskonałości formy, surowca i wykonania, i opierając się na wzorach ze sztuki ludowej. Kiedy w 1931 roku w Hotelu Europejskim w Warszawie otwarto sklep firmowy Ładu, urządzanie tu mieszkania należało do dobrego tonu. A ten jak zawsze ustala ten, kto ma pieniądze – bo żakardy, jesionowe jadalnie czy ceramika Rudolfa Krzywca były drogie i tym samym dostępne dla wąskiego kręgu gustotwórczych odbiorców.

Apetyt polskiej inteligencji na sztukę narodową opartą na wzorcach ludowych masowo zaspokoiła dopiero Cepelia – wielkie socjalistyczne przedsiębiorstwo, które dzięki setkom zakładów, magazynów, sklepów i punktów skupu gotowych wyrobów zalewało polski rynek zydlami, haftami, koszykami, wycinankami i miniaturkami laleczek w polskich strojach ludowych. Nie było w PRL inteligenckiego domu bez słomianki z Cepelii, bez jednego choćby kilimu czy kolorowego bieżnika na ławie.

Średnie i starsze pokolenie Polaków zostało ukształtowane przez PRL i jego równościowe nie tyle ideały, ile możliwości. Ale nawet teraz, po ćwierćwieczu transformacji, i tak o naszym „lajfstajlu" decyduje nie gust, nie przynależność partyjna, ale średnia krajowa – 1850 zł brutto. To ona wpisuje nas w tłum i nie pozwala wystawać z szeregu. Ubieramy się podobnie i podobnie mieszkamy. Adriana Zandberga można spotkać w metrze, ulubionym winem Jarosława Kaczyńskiego jest kadarka, a Anna Grodzka jeździ peugeotem 3008. Szału nie ma.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL