Plus Minus

Rewizjoniści w drodze donikąd

Debata z przechyłem w stronę rewizjonizmu. Od lewej: Mateusz Szpytma, Martyna Grądzka-Rejak, Andrzej Rychard, Andrzej Leder, Dariusz Stola, Barbara Engelking, Katarzyna Person, August Grabski.
Rzeczpospolita, Jerzy Dudek
W przededniu 75. rocznicy powstania w warszawskim getcie doszło wreszcie do debaty polskich naukowców nad relacjami polsko-żydowskimi podczas wojny. Niestety, pokazała, że do otwartego, uczciwego sporu chyba nie dorośliśmy.

Na rocznicę powstania w getcie czekano w Polsce z obawą. Jako na okazję do przedłużania, ba, eskalacji narastającego sporu historycznego między Polakami i Żydami. W końcu to przy okazji tego sporu prof. Shlomo Avineri, najważniejszy izraelski politolog, zdążył „tylko zapytać", dlaczego Armia Krajowa stała z bronią u nogi zamiast pomóc zbrojnie walczącym u schyłku likwidacji getta Żydom. Pytanie było kompletnie niehistoryczne. Nawet gdyby akowcy co do jednego pałali chęcią pomocy, przeprowadzenie takiej akcji byłoby militarnym i politycznym aktem szaleństwa.

W momencie, w którym piszę ten tekst, kilka dni przed rocznicą, mamy już zapowiedź konkurencyjnych obchodów w Warszawie motywowanych zresztą raczej bieżącą polityką. I mamy ciąg dalszy bardziej generalnej dyskusji – o naturze Holokaustu na ziemiach polskich. Uspokoić nastroje miał Marsz Żywych z udziałem polskiego i izraelskiego prezydenta. Zamiast tego pojawił się kolejny stan podgorączkowy – wraz z wieściami, że gość z Izraela przypisał Polakom współodpowiedzialność za nazizm. Okazało się, że tego nie powiedział. Aczkolwiek jątrzące relacje mediów izraelskich obudziły wielkie emocje. Reuwen Riwlin mówił zresztą, że w zbrodniach uczestniczyli „niestety, także Polacy" tak jak Francuzi, Czesi, Ukraińcy czy Litwini. Empatyczne, nie odrzucające polskich win, ale przypominające o najróżniejszych kontekstach, wystąpienie Andrzeja Dudy nie powstrzymało go przed tym.

Spór także polsko-polski

Reakcja polskich internautów nastąpiła natychmiast. Jedni żądali ostrych reakcji polskich władz, przynajmniej prostowania przerysowanych relacji w izraelskich gazetach i na portalach. Nie brakło szyderstw z podpatrzonych przez fotografów obrazków uśmiechniętej, niespecjalnie rozumiejącej gdzie się znajduje, pozującej na tle obozowego krajobrazu izraelskiej młodzieży. W tym czasie inni internauci solidaryzowali się jednak z izraelską narracją, i to nawet z tą w wersji „hard". Podział w tej sprawie odpowiada w znacznej mierze ideowo-politycznemu. Choć polscy oburzeni są liczniejsi niż sami tylko przekonani zwolennicy prawicy.

Jest to tak naprawdę również spór polsko-polski, który zresztą rzutuje na zagranicę, w tym na Izrael. Kiedy napisałem u początków wojny o ustawę o IPN, że w Izraelu i historycy, i media często powołują się na ustalenia polskich historyków z Centrum Badań nad Zagładą Żydów, zostałem oskarżony przez liberalnych komentatorów, że na nich „donoszę". Ale przecież nie tylko w prasie izraelskiej typu „The Times of Israel" czy „Haaretz", ale i na stronach BBC można było przeczytać o „co najmniej 200 tysiącach Żydów" zabitych przez Polaków podczas Holokaustu – z powołaniem się na prof. Jana Grabowskiego.

W rozmowie w TVN z Moniką Olejnik tenże uczony zdążył przedstawić kolejne wersje i liczby – teraz mowa jest o mniej więcej 60–80 tys. Żydów, którzy, próbując się ukryć, zginęli, a wina Polaków za ich śmierć nie jest wykładana tak dobitnie. Tym niemniej profesor nie stara się prostować liczby wyjściowej, która za granicą zrosła się z jego nazwiskiem. A to wbrew opiniom typu „nie rozmawiajmy o liczbach, liczą się same straszne zjawiska", jest ważne. Liczebność tych śmierci zawyża bądź zaniża skalę hipotetycznego udziału w nich Polaków – aczkolwiek, powtórzę, Grabowski ma też w swoich publicystycznych wystąpieniach trudność z udowodnieniem, że każdy Żyd, który wcześniej umknął niemieckich transportom, został zamordowany z polskiej „winy".

Jesteśmy w przededniu wydania dwutomowego dzieła „Dalej jest noc", przedstawianego jako fundamentalna naukowa praca na temat udziału Polaków w zagładzie Żydów. Ich współautorami są Barbara Engelking i Jan Grabowski. Możliwe, że w tej analizie historii z dziewięciu powiatów Generalnego Gubernatorstwa znajdziemy odpowiedzi na pytania do profesora. Jej recenzowanie pozostawiam specjalistom od tej tematyki.

Zwrócę jednak uwagę, że nieopublikowana praca już jest udostępniana we fragmentach mocno zaangażowanym w polityczne spory pismom typu „Newsweek Polska". W nich zaś prezentuje się szczególnie drastyczne fragmenty, wraz z możliwie najbardziej niekorzystnymi dla ogółu Polaków komentarzami i tytułami. A przecież świat nauki nie był zwykle zachwycony wyjmowaniem zdań z własnych prac, bez kontekstu. Tu chodzi jednak o całkiem konkretną kampanię. Nim media bardziej prawicowe, niedopuszczone zawczasu do tekstu tej książki, wydadzą pierwszy głos, „miarodajne stanowisko" zostanie zadekretowane.

Tym bardziej więc przyjąłem jako coś obiecującego decyzję Instytutu Filozofii i Socjologii PAN, aby zorganizować w Pałacu Staszica debatę „ponad podziałami" o stosunku społeczeństwa polskiego do Żydów podczas drugiej wojny światowej. Jej niezwykłość polegała na tym, że za jednym stołem zasiedli badacze z Centrum Badania Zagłady Żydów i z IPN. Dyrektor Instytutu prof. Andrzej Rychard zachwalał to jako osiągnięcie. – Takich debat w Polsce nie ma. A jest dla nich przecież miejsce w wolnej nauce – oznajmił. Zainteresowanie było tak duże, że trzeba było zmieniać salę na większą.

Czy jednak była to debata wzorcowa? Jeśli za punkt odniesienia traktować znane od dawna poglądy naukowców Centrum Badania nad Zagładą Żydów, to ich oponentami niejako „z urzędu" mogła być jedynie dwójka pracowników IPN: wiceprezes Mateusz Szpytma i szeregowa badaczka Martyna Grądzka-Rejak. Dwie osoby na siedem siedzących za stołem.

Spośród tej dwójki dr Grądzka-Rejak ograniczyła się do przedstawienia dwóch skądinąd arcyciekawych IPN-owskich projektów badawczych: próby stworzenia indeksu osób represjonowanych za pomoc Żydom oraz opracowania stosunków polsko-żydowskich w okupowanym Krakowie. Jedynie prezes Szpytma próbował odnosić się do generaliów. Przypomniał, że bez klęski wolnej Polski nie byłoby Holokaustu na polskich ziemiach. Upierał się też, że zagłada to dzieło niemieckiego państwa, przy realizacji którego wykorzystywano miejscową ludność: polską, ale do pewnego stopnia także i żydowską.

Ten głos, miękki i pojednawczy, kontrastował wyraźnie z nastawieniem większości pozostałych panelistów, także sali. Do pewnego stopnia z logiki ideowo-politycznej polaryzacji wyłamał się za to dyrektor Muzeum POLIN prof. Dariusz Stola. On także przypominał o roli Polski w koalicji antyhitlerowskiej. Odnosząc się do tematu „społeczeństwo polskie wobec Żydów", chciał maksymalnego różnicowania obrazu, łącznie z objęciem opowieścią samych Żydów, którzy byli przecież polskimi obywatelami. Wreszcie powiedział rzecz może najistotniejszą: o niemieckiej okupacji w Polsce wciąż wiemy bardzo mało.

Proporcje w tej dyskusji są naturalnie odzwierciedleniem układu sił pośród badaczy zajmujących się tematem. Zresztą reprezentująca Centrum Badań nad Zagładą Barbara Engelking oraz pracownica Żydowskiego Instytutu Historycznego Katarzyna Person wypowiadały się akurat dość powściągliwie. Prof. Engelking ograniczyła się do scharakteryzowania rozmaitych postaw etnicznych Polaków wobec Żydów.

No tak, ale do wspomnianej już piątki dołączono jeszcze dwie osoby. Dr August Grabski został przedstawiony jako pracownik Instytutu Historycznego UW. Do roku 2016 pracował jednak w ŻIH. Swoje wystąpienie zaczął od śmiałej tezy, że wszyscy: rząd i opozycja, Polska i Izrael instrumentalizują tę tematykę. To by wskazywało na zamiar spojrzenia na problem z lotu ptaka. Tymczasem sam Grabski przedstawił zaraz potem krystalicznie lewicową wizję, już nie tylko zdarzeń historycznych. Wdał się w ostre polemiki z samą koncepcją IPN, ogłosił własne werdykty w kwestii masowości ruchu oporu w Polsce (był jego zdaniem niewielki), użalał się nad demontowaniem pomników Armii Czerwonej.

Wystąpił z wykładem na temat relacji polsko-żydowskich przed wojną. Przedstawił stan relacji obu społeczności jako niemal pełną izolację i obwinił za to jednostronnie Polaków. O ile przypadki pogromów czy innych przejawów antysemityzmu istotnie obciążają polską większość, odrębność obu narodów była stanem pożądanym przez obie strony, a przez Żydów akceptowanym choćby z powodów religijnych. Poczucie obcości, o którym mówiła prof. Engelking, niewątpliwie wzmagała obojętność wielu Polaków wobec Żydów w czasie wojny. I było to złe zjawisko, ale czy dlatego należy fałszywie tłumaczyć jego korzenie?

Ale to naturalne, skoro to nie kwestia badań, a całościowej wizji świata, łącznie z niechęcią do Kościoła katolickiego i z tezą, że Polska przeszła od jednego autorytaryzmu (sanacja) do innego, powojennego komunizmu. Nie spotkałem do tej pory historyka, który nie kwalifikowałby przynajmniej stalinizmu jako systemu totalitarnego. A skoro już dr Grabski był odpowiedni, to dlaczego w sali zabrakło kogokolwiek wyrazistego z umownie mówiąc „prawej strony". Doczytałem się za to w internecie, że naukowiec tak chętnie upolityczniający tę dyskusję, działał w trockistowskim Nurcie Lewicy Rewolucyjnej. To na tym polega unikanie środowisk skrajnych przez kręgi nauki?

Jednostronności samej formuły dyskusji dowiodło zresztą po części także wystąpienie prof. Andrzeja Ledera. Ten psycholog społeczny, a nie historyk, niejedno zdanie swoich książek i artykułów oparł na przekonaniu, że bycie świadkiem, a po części profitentem Holokaustu, jest kamieniem węgielnym obecnej polskiej świadomości. Tu koncentrował się na polskiej traumie wynikłej po części z bierności, po części z domniemanego udziału Polaków w Zagładzie. Popsuła ona jego zdaniem społeczeństwo, zwłaszcza wsi i miasteczek, ucząc je nieszczerości i dwójmyślenia.

Ciekawe założenie, ale nie poparte wynikami jakichkolwiek badań. Oczywiście uczony ma prawo stawiać śmiałe hipotezy, a nawet uprawiać publicystykę, ale nawet w takim przypadku oczekiwałbym więcej empirii, przykładów, swobodnego poruszania się po omawianej epoce, zamiast doraźnych kąśliwości o potędze ONR w dzisiejszym życiu społecznym.

Radzimy we własnym gronie

Tym bardziej, że w poszczególnych wystąpieniach co i rusz pojawiało się przekonanie, że takie, a nie inne, podejście do tematyki Zagłady, jest jedynym naukowym. Wyraziła je m.in. prof. Elżbieta Janicka, przedstawiona jako slawistka. Atakowała ona koncyliacyjnego dr. Szpytmę jako propagandzistę, a jego opis Holokaustu uznała za obalony przez naukę. Sama jest autorką graniczącego z paranoją twierdzenia, że fala stawiania kapliczek na warszawskich podwórkach podczas wojny to... wyraz dziękczynienia za pozbycie się Żydów. O jej domniemaniach dotyczących rzekomego homoseksualizmu „Zośki" i „Rudego" nie chce się nawet wspominać.

Przywołuję głos Janickiej, choć padł z sali, bo był reprezentatywny dla klimatu panującego w tym audytorium. Dr Grabski ogłosił poparcie dla tezy Jana Tomasza Grossa, że Polacy zabili podczas wojny więcej Żydów niż Niemców. Ta „prawda", też niepoparta żadnym dowodem, stała się przedmiotem roztrząsania Aleksandra Smolara, który występował na spotkaniu jako honorowy gość w pierwszym rzędzie (razem z ambasador Izraela Anną Azari). Smolar uznał tezę za interesującą, obwieścił tylko, że być może to samo spostrzeżenie dotyczy Francuzów. Bóg zapłać i za taką symetrię, ale jaką ma gwarancję szef Fundacji Batorego, że sam punkt wyjścia do jego rozważań jest prawdziwy?

Głosy w jakiejś mierze wobec tej atmosfery polemiczne, gdy zainicjowano dyskusję publiki, były ledwie słyszalne. Prof. Antoni Sułek, socjolog, podważył dla przykładu wywód dr. Grabskiego o winie Polaków za wzajemną izolację obu społeczności, ale tak, żeby to nie brzmiało jak bezpośrednia polemika. Można było się przekonać, jak wyglądają granice nie do przekroczenia większości świata nauki. Kiedy dr Tomasz Domański z IPN spytał prof. Engelking, czy jej praca jest reprezentatywna, skoro poddano analizie jedynie dziewięć powiatów Generalnej Guberni na 55, w praktyce odmówiła odpowiedzi. Za to sala syczała gniewnie.

Prof. Rychard przyznał na koniec, że głosy nie rozkładają się w tym gronie tak jak w społeczeństwie. – Ale przecież niczego nie lukrowaliśmy, nie naciągaliśmy – sumitował się. Panie profesorze, wystarczyło odrobinę zmienić proporcję gości, tak aby uniknąć wrażenia przynajmniej ideologicznego przechyłu w jedną, bardzo lewicową stronę (Grabski, Leder). Ale we współczesnej Polsce jest to najwyraźniej ponad siły – w sumie każdego środowiska.

Mam wrażenie, że w takiej atmosferze ciężko o wolne i nieskrępowane badania. Kręgi bliskie Centrum Badań nad Zagładą Żydów uważają się za potencjalną ofiarę obecnych władz, ale czy nie są niewolnikiem własnego przekonania o swojej nieomylności? Kiedy ambasador w Szwajcarii, wytrawny i bynajmniej niezideologizowany dziennikarz Jakub Kumoch wytknął ostatnio prof. Grabowskiemu nieuprawnione powoływanie się na dzieło Szymona Datnera przy żonglowaniu liczbą 200 tys. Żydów zamordowanych „z winy Polaków", ten umiał być jedynie niegrzeczny. Rozmawia się jedynie ze swoimi.

Naturalnie po drugiej stronie szaleją czasem demony większego irracjonalizmu i dowolności. Udaremnienie przyznania nagrody im. Jana Karskiego dr Ewie Kurek przypomina o problemie odpowiedzi groteskowych i niepoważnych na wzbierającą falę publikacji. Strategią tej pani jest swoiste szantażowanie żydowskich środowisk badaniami nad zachowaniem samych Żydów w obliczu Zagłady. Takie badania byłyby w sumie uprawnione – w końcu do 1942 roku policja żydowska nie działała jeszcze w cieniu Zagłady, a była przedmiotem powszechnych skarg w gettach. Debata w Pałacu Staszica stałaby się pewnie bardziej symetryczna, gdyby rozważaniom prof. Ledera o polskich traumach ktoś przeciwstawił kilka uwag o traumach żydowskich przywoływanych choćby przez Hannę Arendt.

No tak, tyle że ton rozmowy proponowany przez dr Kurek wyzbyty jest elementarnej empatii wobec drastycznych wojennych losów i wyborów. A jej rozważania o Żydach bawiących się w gettach zakrawają na autoparodię, bardzo wszakże bolesną dla ofiar Holokaustu.

A zarazem ta jej krucjata nieoparta na badaniach, lecz na przeświadczeniach, to pomimo jej doktoratu z historii jedynie populistyczna akcja urażonego prawicowego ludu. Ona reprezentuje takich ludzi jak pewien zacny profesor, który oznajmił przy okazji filmu „Ida", że żadne przypadki przemocy wobec ukrywających się Żydów nie mogły się zdarzyć, skoro nie zachowały się w jego rodzinnej tradycji.

Tymczasem prof. Grabowski reprezentuje w teorii majestat zobiektywizowanej nauki. I on też jest mało empatyczny, kiedy przypomina mu się, że jedna sytuacja drugiej nierówna. Że są też przypadki polskich sołtysów donoszących ze strachu przed niemieckim odwetem. Tak zwanych zakładników, którzy we wsiach byli zobowiązani do udziału w obławach. Czy chłopów zabijających ukrywanych przez siebie ludzi, bo gdy sprawa się ujawniła, tamci mogli ich wsypać. To są sytuacje graniczne, o których warto pamiętać. Jak liczne? Chyba nigdy nie ustalimy, stąd mój apel o powściągliwość w osądach.

Mam jednak wrażenie, że czołowe twarze Centrum Badań nad Zagładą mieszają swoją misję naukową z pasjami wręcz politycznymi. Dr Grądzka-Rejak z IPN cytowała z aprobatą sensowną uwagę dr. Jacka Leociaka o dwóch zdradliwych wizjach tamtych czasów: wyidealizowanej, widzianej oczami Polaków, i jednolicie czarnej, wyłaniającej się z opowieści ocaleńców. Co jednak poradzę, że ten sam dr Leociak wystąpił ostatnio jako ekspert „Gazety Wyborczej" orzekający, że obecna Polska w pełni dziedziczy prawne i moralne winy i zobowiązania z Marca '68, po Polsce Gomułki i Moczara. Na jakiej podstawie formułował tak kategoryczny sąd? Co to ma wspólnego z nauką? I czy sprzyja wiarygodności uczonych, którzy w innych momentach odkrywają prawdy dla Polaków bolesne, wstydliwe?

Czarne dziury i coś jeszcze

Ta sama dr Grądzka-Rejak podawała konkretne ustalenia dotyczące IPN-owskiego projektu. Niespełna 5 tys. ludzi ukaranych za pomoc Żydów, z reguły śmiercią lub zesłaniem do obozu, znanych jest z nazwiska. Dużo to czy mało? Zapewne (przy świadomości, ile się nie zachowało) to za mało, aby ogłaszać bombastyczne wizje miliona sprawiedliwych. Zarazem dużo, choćby na tle podobnych historii z innych krajów. W tej debacie co do jednej sprawy zgadzali się wszyscy: konieczności badań porównawczych.

Badaczka z IPN przypomniała też, że prawie każdy z takich przypadków był poprzedzony donosem. Przez dziesięciolecia takie historie było pomijane albo pokazywane marginalnie. Podobnie jak udział Polaków w rabowaniu mienia czy przypadki mordów. Dziś ta czarna dziura jest jakoś wypełniana. Tak jak niezliczone luki w historycznej wiedzy na całym świecie – to proces nieuchronny.

Ale czy to znaczy, że ma być wypełniana ustaleniami niestarannymi, tezami pochopnymi, pomijaniem okoliczności łagodzących? I że ma być używana do jakiejś generalnej reedukacji Polaków, nicowania ich historii, ich dumy, bo tego wymagają ideologiczne zapotrzebowania takich ludzi jak dr Grabski? Więcej, bo chcą tego środowiska nieprzychylne Polakom, a one nie są wcale wymyślone.

W kolejną debatę niebędącą monologiem nie bardzo wierzę, za bardzo się te światy rozdzielają. To, co się zdarzyło w Pałacu Staszica raczej to potwierdza. Ale jeśli dojdzie do rozmowy (bardzo bym tego Polsce życzył), jedno warto powiedzieć dobitnie historycznym rewizjonistom. Samo delektowanie się moralną przewagą nad tymi, których nie ma na „naszych naukowych dyskusjach", to droga donikąd.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL